Dziś nasza 4. rocznica ślubu, dlatego wzięło mi się na wspominki. Pokazywałam Wam już nasze fotki ślubne, czytaliście również o tym, jak się poznaliśmy. Pomyślałam, że fajnie będzie Wam napisać, jak wyglądały nasze zaręczyny, bo były dość... nietuzinkowe. Przynajmniej moja wersja brzmi dość oryginalnie...

Dla kobiety moment zaręczyn jest wyjątkowy, magiczny i przeważnie długo wyczekiwany. Większość z nas jeszcze zanim pozna swego "księcia z bajki" wyobraża sobie tą chwilę. Niektóre, wręcz piszą w głowie cały scenariusz. Skłamałabym mówiąc, że o tym nie myślałam. Zwłaszcza, gdy poznałam moją Gazelę. Marzyłam jednak tylko o trzech rzeczach: by mój luby poprosił o rękę moich rodziców, by kleknął (bez tego to przecież nie zaręczyny) i by podobał mi się pierścionek. 
 
Mieszkaliśmy ze sobą od roku, gdy mój mąż nagle ni z gruchy, ni z pietruchy oświadczył mi, że wyjeżdżamy na weekend, ale nie powie mi gdzie. To niespodzianka. W mojej głowie zakiełkowała pewna myśl: Hmnnnn chyba chce się oświadczyć. Ale zaraz zwątpiłam. Przecież byliśmy razem dopiero 1,5 roku. Całą drogę o tym myślałam, ale mój mąż wciąż opowiadał o nieudanych związkach, zniechęcając mnie do małżeństwa i do wszystkiego, co z tym związane, jednocześnie przekonując, że przecież nikomu nie jest to do szczęścia potrzebne. Jednym słowem robił mi wodę z mózgu. Czułam się skołowana i nie wiedziałam co myśleć. W końcu byliśmy na trasie do mojego ukochanego Krakowa.
 
Kiedy Gazela zaczął szukać jakiejś ładnej restauracji na uboczu znów powróciła "ta" myśl. To nie było do niego podobne, żeby wybrzydzać. Mieliśmy na bakier z pieniędzmi więc, gdy zobaczyłam ceny w menu stwierdziłam, że idziemy do Mexicany. Nie stawiał oporu. Hmnnn, a może jednak chodzi o zwykły weekend? I sprawienie mi po prostu przyjemności? Tyle truję o spontanicznych wypadach, niespodziankach...?
 
Nagle zaproponował przejażdżkę dorożką. O matko, ale się ucieszyłam. Zawsze o tym marzyłam. Oświadczy się, oświadczy! Padnie na kolano. Czekałam. Napięcie rosło. Czekałam, aż powie coś romantycznego, zacznie nerwowo bełgotać. A ten nic. Hmnnnn, coś jest nie tak. Nie ma odwagi, a może nie jest zdecydowany? Tymczasem nasza przejażdżka dobiegła końca. 
 
Miłych niespodzianek jednak nie było końca. Od rynkowych kwiaciarek dostałam przepiękny bukiecik kwiatów. Skromny, malutki. Dokładnie taki, jak lubię. Zrobił się wieczór. Ohhh taki romantyczny wieczór. Dostałam nawet pluszowego smoka wawelskiego. Czekałam. Nadal nic. W końcu mąż zaproponował spacer na Planty. No może teraz? Wieczór. Kraków. Idealny nastrój. Idealne miejsce. Idealny ciepły, lipcowy wieczór. Nic. 
 
I wówczas... dostrzegłam w jego kieszeni kwadratowe pudełeczko. O ja, o ja! Oświadczy się! A może to nie to, o czym myślę? Nie. To na pewno pudełeczko z pierścionkiem. Siedzimy na ławce. On mnie przytula. Rozmawiamy i nic. Zaczyna się ściemniać, a po mojej głowie krążą czarne myśli: Nie chce mnie! Rozmyślił się! O Boże rozczarował się mną. Pewnie coś głupiego palnęłam, jak zawsze. Przestraszyłam go. Może nie jest gotów? Nagle Gazela stwierdził, że się ściemnia i pora wracać do hotelu. Serce mi pękło. Poczułam tak wielki ból i ukłucie. Rozczarowanie. Starałam się nic nie pokazywać.
 
Szliśmy wzdłuż Wisły. Kiedy mijaliśmy Wawel pojawiła się ostatnia nadzieja. Poszliśmy dalej. Łzy podpływały mi do oczu. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Usłyszałby przecież to w moim głosie. Zapytał tylko czemu jestem taka milcząca. Odburknęłam, że jestem zmęczona. Szłam dalej. Starałam się zachować resztki godności. Rozczarowana, przybita i święcie przekonana, że po prostu facet się rozmyślił. Szłam jak na stracenie. 
 
Wtem mój mąż wciąga mnie pod latarnię. Klęka i następuje cisza. Sytuacja była tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać, a na usta cisnęło mi się tylko: No zadasz wreszcie to pytanie? Oczywiście na głos tego nie powiedziałam. Czekałam. Zadał. Nawet nie pamiętam, jak ono dokładnie brzmiało, byłam tak zniecierpliwiona wyczekiwaniem i zmęczona domysłami. 
 
Nie było łez szczęścia. Nie było skakania pod niebiosa. Był wymarzony pierścionek, który sama nieświadomie wybrałam (przyjaciółka udawała, że wybiera swój, a ja przecież też musiałam wybrać swój i przymierzyć, żeby nie czuła się nieswojo), były kwiaty dla mojej mamy i prośba o rękę do taty, był uknuty cały misterny plan. Mój strateg zapomniał tylko o jednym. Że wybiera sobie za żonę bardzo spostrzegawczą, ciekawską i autodestrukcyjną kobietę, która zanim usłyszała to pytanie, już widziała oczyma wyobraźni, jak facet jej nie kocha i po powrocie rzuca. Dziś się z tego śmiejemy. Musicie przyznać, że wyszło dość oryginalnie. Wszystko tak pięknie przygotowane, uknute i zachowane w tajemnicy. Do dziś zastanawiam się, jak moja przyjaciółka mogła mnie tak nabrać, że nawet przez myśl mi nie przyszło, że Gazela chce się oświadczyć, że sama sobie wybrałam pierścionek zaręczynowy. I moja mama? Dochowała tajemnicy? Słowem się nie zdradziła, choć pytałam skąd ma takie piękne kwiaty? Nieprawdopodobne. 
 
A jaka jest Wasza historia? Podzielisz się? ja tymczasem idę zatelefonować do mężusia, który to rok rocznie w tym czasie wysyłany jest w delegację. Życie.




Upssss... I did it again! ciśnie mi się samo na usta. Tak! To prawda! Jestem w drugiej ciąży! Nie mogę Was dłużej wodzić za nos. Mam bunia wielkiego jak bęben, a posty niezbyt często się pojawiają. Myślę, że większość z Was się domyśliła, albo przynajmniej wyczuwała pismo nosem, bo nie raz skarżyłam się Wam na stan mojego zdrowia. Właśnie minął 13-sty tydzień, a więc wchodzę w drugi trymestr i nie da się mi zrobić zdjęcia tak, aby się nie wydało. Tak bardzo chciałam Wam o tym powiedzieć, ale... się zwyczajnie bałam. Ta ciąża dała mi się od początku we znaki.

Bardzo się cieszymy. Wszyscy troje. Zawsze chciałam mieć dwójkę dzieci. Sama jestem jedynaczką i całe życie powtarzałam, że mojemu dziecku takiej krzywdy nie zrobię. Pragnęłam dla Majeczki rodzeństwa, ale nie wiedziałam, czy się uda. A tu taka niespodzianka! Mąż miał najbardziej pamiętny Dzień Ojca na świecie. Bo właśnie od tego wszystko się zaczęło. Nie wierzyłam, że jestem w ciąży, ale że byłam nieco spóźniona stwierdziłam, że jeśli faktycznie zaciążyłam, to będzie niezły prezent. No i był! Tyle, że na kilka dni przed naszym wyjazdem na wakacje. Nawet nie zdążyłam zrobić testu krwi, ani umówić się z lekarzem. Pojechaliśmy nad morze.

A tam już mnie dopadło. Niestety nie mogłam dużo chodzić. Byłam nie tyle ciągle zmęczona, co strasznie bolał mnie brzuch. Mają zajmował się głównie tata, a jak wiecie dawała ostro do wiwatu. Gazeli po powrocie przydałyby się wczasy bez nas. Głównie leżałam, spałam, odpoczywałam i wytuptałam ścieżkę do toalety. Co więcej od razu wywaliło mi brzuch. Słyszałam, że w drugiej ciąży tak bywa, ale... nie do tego stopnia. Nie już w 5-tym tygodniu!? Nie dało się ukryć, że coś tam w brzuszku jest. Nie chwaliliśmy się nikomu prócz Mai, która najpierw się popłakała, nie rozumiejąc kompletnie co się dzieje. Dopiero, gdy kupiliśmy jej książeczkę o rodzeństwie bardzo jej się ta opcja spodobała. Teraz chodzi i tuli się do brzuszka mówiąc "Kocham dzidziusia" i oczekuje siostrzyczki. A ja mam miękkie kolana i mokre oczy ze wzruszenia.

Lekarz i badania potwierdziły ciążę, ale ja czułam się coraz gorzej. Skończyło się na tym, że siedziałam głównie w domu. Spacery z Mają kompletnie nie wchodziły w grę. Nie byłam w stanie przejść na druga stronę ulicy do apteki. To były dla nas naprawdę ciężkie miesiące, zwłaszcza z aktywną, pełną wigoru dwulatką. Choć jest pełna zrozumienia i empatii, to bywały dni, że naprawdę nie miałam siły do niej wstać.

Teraz już wiecie, czemu na blogu mnie coraz mniej, wpisów jak na lekarstwo, na facebooku posucha. Ja po prostu nie miałam siły. Ani też ochoty. Sami dobrze wiecie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie zamierzam robić nic za wszelką cenę. Mam nadzieję, że zrozumiecie i mi wybaczycie. Wieczorami chodziłam spać z kurami albo byłam tak spompowana, że jedyne na co mi starczało sił to kanapa, serial i lulu.

Nadal jestem na luteinie choć od tygodnia mam się nieco lepiej. Nie biegam, nie mogę sobie jeszcze pozwolić na gimnastykę, ale funkcjonuję. Zrobiłam nawet rundkę po parku, a to w moim przypadku wyczyn. Szczęście w tym wszystkim, że obyło się bez wymiotów, a dziecko ma się baaaaardzo dobrze. Objawy mam niemalże identyczne jak z Mają, tylko w znacznie intensywniejszym stopniu.

Nadal nie mogę w to uwierzyć. Całkiem niedawno chwaliłam się Wam pierwszą ciążą. A teraz znów to mogę powiedzieć! Modlę się tylko o zdrowe dziecko i szczęśliwy poród. No i boję się bardzo jak to będzie z dwójeczką w domu. Ale hej! Chyba jakoś damy radę, co? Znów jestem w dwupaku! Jest tu jeszcze ktoś wraz ze mną?
 
 

 
Rzadko sięgam po literaturę rodzimą, żeby nie powiedzieć wcale. Jednak, zaczynając coraz więcej czytać, doszłam do wniosku, że ten rok będzie moim rokiem przełomów. Postanowiłam dać szanse polskim autorom. Katarzyna Bonda nie do końca mnie przekonała, Magdalena Witkiewicz nie zachwyciła. Postanowiłam więc sięgnąć po nazwisko, które przewija się wokół mnie nieustająco: Remigiusz Mróz. Tyle w necie ochów i achów, że byłam nastawiona bardzo sceptycznie.

Sparzyłam się bardzo w zeszłym roku "Dziewczyną z pociągu" toteż, ciągle słysząc "Mróz", doszłam szybko do wniosku, że musi mi go polecić naprawdę sporo osób, bym po Niego sięgnęła. W moim Klubie Książki dziewczyny namawiały mnie bez końca. Zrobiłam unik i kupiłam pierwszy tom o Chyłce i Zordonie mojemu tacie. Zakochał się. Przeczytał wszystko. Przyszła pora na mnie i... przepadłam.

Panie Mróz wielki szacun, zyskał Pan nowego czytelnika i przywrócił moją wiarę w polską literaturę. A już straciłam nadzieję. "KASACJA", bo taki tytuł nosi pierwszy tom serii, jest nieprawdopodobna. To książka, którą dosłownie pochłaniasz. Wartka akcja, zaskakujące zwroty akcji, interesująca fabuła, rewelacyjne poczucie humoru, wyraziści bohaterowie i okrutne intrygi, do tego zakończenie, które wciska w fotel. Czego chcieć więcej? 

Warszawa. Jedna z najlepszych kancelarii prawnych dostaje ciężką sprawę. Ich klient Piotr Langer - syn jednego z najbogatszych biznesmenów, zostaje znaleziony w swoim apartamencie z dwoma zmasakrowanymi ciałami. Sekcja wskazuje, że para nie żyła już od 10 dni.  Broni jedna z najlepszych prawniczek w firmie - Joanna Chyłka, a do pomocy dostaje początkującego adwokata - Kordiana Oryńskiego. Jego pierwszy dzień w pracy wygląda nieco inaczej niż to sobie wyobrażał. Przełożona też miała być inna. Do tego sprawa wydaje się być z góry przegrana, bo klient sobie z nimi pogrywa i nie chce współpracować. Intryga goni intrygę, a sprawa wydaje się być bardziej złożona niż się prawnikom wydaje...
"Kasacja" to znakomicie skrojony kryminał prawniczy, w  którym autor z rozmysłem ukazuje okrutne prawa, jakie rządzą tym światem. Bez ogródek, bez wybielania, prosto z mostu, bardzo soczystym językiem przedstawia nam świat brutalności, zakłamania, machlojek i przekrętów finansowych. Okrutny i bezwzględny świat mafii. Jednak ta książka chyba nie byłaby aż tak dobra, gdyby nie świetnie zarysowana postać zaciekłej prawniczki Joanny Chyłki. Muszę przyznać, nie lubię soczystego języka w literaturze, ale wierzcie mi inaczej nie byłoby Chyłki.  Nic mnie tu nie razi, ani nie odstręcza. Pani adwokat nie przebiera w środkach, ani w słowach. Jest gruboskórna, ma specyficzne poczucie humoru, silną osobowość, dąży do jednego celu - wygrania sprawy. Nieokiełznana, nieprzewidywalna, twarda sztuka. W duecie z nieopierzonym aplikantem Zordonem, chłopakiem świeżo po studiach, dopiero poznającym twardy, fascynujący i bezwzględny świat prawników, tworzą niezapomniany tandem. Aż iskrzy. Polecam każdemu, kto lubi naprawdę dobry kryminał. Zdecydowanie sięgnę po kolejne tomy. A Ty? Czytałaś już?


ps. Jeśli lubisz czytać i o książkach rozmawiać, dzielić się swoimi spostrzeżeniami oraz dyskutować serdecznie zapraszam do KLUBU KSIĄŻKI "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ"

Znów minął kolejny miesiąc. Miesiąc pełen niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Nie spodziewałam się tylu zmian, w tak szybkim czasie. Niby wakacje. Niby spokój, cisza. Nic się nie dzieje. Prawdziwego lata brak, a ja z utęsknieniem patrzę na moje letnie sukienki tak desperacko pragnąc je założyć. A tu dwa ogromne przełomy w życiu mojego dziecka: koniec naszej drogi mlecznej i początek nocnikowania. A wszystko tydzień po tygodniu.

O ile o zakończeniu cysusiowania już Wam napisałam, o tyle nocnikiem jeszcze się nie chwaliłam. Nie należę do tego typu mam, które z niecierpliwością czekają na kolejny krok milowy dziecka, wręcz narzekając, że jeszcze czegoś nie robi. Cieszę się każdym jej sukcesem i nie zamierzam niczego przyspieszać. Ufam jej, daję rozwijać się rozwijać we własnym tempie. Odpieluchowywanie do delikatna sprawa. A ja doskonale rozumiem, że dziecko musi poczuć, że chce mu się siusiu, zrobić to siusiu, a potem zrozumieć, że istnieje przyczyna i skutek. Inaczej się nie da. Jasne są mamy, które wysadzają i po prostu wyrabiają w dziecku nawyk. Tak też można. Ja wolałam zaczekać, aż Maja sama zaskoczy. I zaskoczyła. Od tak! Z dnia na dzień.

Kilkakrotnie sama próbowałam ją zachęcić. Mamy w domu "Nocnik nad nocnikami". Maja zna książeczkę na pamięć. Nocnik kupiliśmy...oj nawet nie pamiętam kiedy. Nakładkę na toaletę również. Kto wie, co jej się spodoba. Nocnik jest zwykły, bez bajerów, kolorowych naklejek, stópek niedźwiadka, królewny, fanfarów czy oklasków podczas sikania. Ot jak najzwyczajniejszy ikeowy zakup. Pierwsze próby nie udane. Ewidentnie Maja nie czuła, że chce siusiu. Co więcej nie czuła, że chce czegoś więcej. I to właśnie stało się przyczyną początku przygody. Zaaferowana wycieczką rowerową z tatą nie powiedziała, że musimy ją przebrać i.... pupa w ogniu. Mąka ziemniaczana, nocnik i majteczki z kotkami na zachętę poszły w ruch. Drugiego dnia po raz pierwszy udało się załatwić sprawę na nocnik! Trzeciego już był tylko nocnik i tak zostało. W nocy żadnych problemów. Żadnych mokrych niespodzianek. Od kilku dni Maja absolutnie nawet nie chce zakładać pieluchy. A jak zakładamy na plac zabaw (tak zapobiegawczo, bo przecież zabawiona nie myśli o jakiś tam potrzebach fizjologicznych), absolutnie z nich nie korzysta. A ja pękam z dumy. No bo jak tu nie być dumnym, gdy dziecko robi takie postępy? Tydzień po tygodniu. Zaskoczyła nas kompletnie. 

Co poza tym? Maja przeżywa rozkwit miłość do książeczek. Czytamy aż do zdarcia mojego gardła. Oczywiście Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham jest u Nas numerem jeden. Udało mi się wypożyczyć dwie dodatkowe z porami roku, bo nie ma ich już niestety w sprzedaży. A może Ty masz i chętnie odsprzedasz? Daj znać! Poszukujemy. Turlututu, Naciśnij mnie, Kubuś Puchatek, Proszę mnie przytulić to nasze tytuły. Wieczorne karmienie też zamieniłyśmy właśnie na czytanie do snu.

No i mówiłam Ci już, że mam najukochańsze dziecko pod słońcem. Każdy psioczy na dwulatków. A jak kompletnie tego nie znam. Maja jest ciepła, opiekuńcza, troskliwa i grzeczna. Wciaż się przytula, całuje. Wyznaje mi miłość. Gdy gorzej się czuję pyta: Mamo jak się dzisiaj czujesz? Nie histeryzuje, nie tupie, nie krzyczy. Jasne czasem ma focha, czasem gorzej się czuje. Idą jej jeszcze zęby. Ale nie żąda, grzecznie pyta i dziękuję. 

Jest absolutnie całodobowa! Mówi cały czas, a jej teksty rozbawiają nas do łez. Zaczęła się już faza bombardowania nas tym jednym pytanie: DLACZEGO!? Bo tak!!!!!!!! ciśnie się na język za 20 stym razem. Ma niespożytkowaną energię. Biega, ściga się, specjalnie przewraca. Zaczęła się też sama ubierać - póki co tylko dół - spodenki, majtki, getry, ale na wszystko przyjdzie pora. Uwielbia też śpiewać piosenki i recytować wierszyki. Ostatnio na tapecie jest Heniper Hopez :) Auciu mama :) Padam ze śmiechu :)

Życie to scena, gdzie jest miejsce tylko na jedną solistkę - Maję! Robi wszystko by przykuć naszą uwagę. Nie lubi gdy rozmawiam przez telefon, gdy goście zamiast z nią, wolą rozmawiać ze mną. Popisuje się, rozrabia, tańczy, śpiewa i zaczepia. Ciężko radzi sobie z porażkami. Gdy tylko nie może czegoś zrobić niestety płacze, denerwuje się, woła o pomoc, więc teraz pracujemy nad pewnością siebie i cierpliwością i skupiamy się na motoryce małej. 

Mówię Ci macierzyństwo to wyzwanie, ale jak takie maleństwo się przytuli, nic innego się po prostu nie liczy. Niech sobie ktoś mówi, co chce - ja jestem niezwykle zadowolona z tego, że jestem z Majcią w domu i mogę być świadkiem wszystkich jej sukcesów i porażek. Lepiej stać się nie mogło! I w życiu bym nie powiedziała, że będę tak zakochana w mojej córeczce - choć wierz mi ma dziewczyna charakterek! 
 
 

 
Nasza droga mleczna dobiegła końca. W ubiegły poniedziałek Maja po raz pierwszy nie zawołała wieczirem piersi. Jestem z niej szalenie dumna, a jednocześnie czuję smutek i nostalgię po minionej przygodzie, bo karmienie piersią było dla mnie najpiękniejszą, najbardziej emocjonalną, wspólną przygodą. I choć droga ta nie była usłana różami, a początki były wręcz tragiczne, to nić porozumienia, jaka nawiązała się między nami podczas wspólnego karmienia pozostanie w nas na zawsze. Absolutnie zrobiłabym to jeszcze raz i jestem dumna z siebie, że wytrwałam, że dałam radę, że chciałam, że znalazłam siły.

Nasza przygoda trwała niespełna 27 miesięcy. To długo. To bardzo długo. A nawet nie planowałam karmić dziecka piersią. Poważnie. Wyobrażenia o macierzyństwie w ciąży są takie śmieszne. Dziś mnie to bawi. A wówczas podchodziłam do wszystkiego śmiertelnie poważnie. Nie widziałam siebie jako matki polki karmiącej. Ja z cycem? Nigdy w życiu. Moje wizje były takie kategoryczne. Wyciągnie mnie, będzie bolało, a potem zostaną obwisłe piersi! - myślałam. Na szczęście zaczęłam troszkę czytać artykułów w tym temacie i stwierdziłam, że co ma być to będzie. Spróbować nie zaszkodzi. Zawsze miałam bardzo drażliwy biust. Bałam się piekielnego bólu. 

Gdy Maja wreszcie pojawiła się po drugiej stronie brzuszka, nawet nie zauważyłam kiedy położna wrzuciła mi ją ba brzuch i przystawiła do piersi. Oblała mnie taka fala pozytywnych, matczynych uczuć, że po prostu wiedziałam, że przy cycu zostaniemy. Pierwszy raz był dziwny. Zabolało. Zaszczypało. A potem oblała mnie fala hormonów i już innego nie wchodziło w grę.

TRUDNE POCZĄTKI


Potem było jednak gorzej. Dużo gorzej. Rozumiem dlaczego tyle kobiet to zostawia. KArmione pięknymi obrazkami z filmów i gazet nie wiedzą, jakie to trudne. Nie potrafiłam Mai prawidłowo przystawiać. Bałam się jej. Bałam się zrobić jej krzywdę. W szpitalu obkładano mnie poduchami, więc po powrocie do domu staraliśmy się robić to samo. Koniec końców, jak już się obłożyłam tymi tysiącami poduszek, nie byłam w stanie sięgnąć sama dziecka. Jak je dostałam, bałam się piekielnie że zrobię jej krzywdę. Maja źle łapała. Krótko jadła. Za to wołała co jakieś 30 minut. Gdzieś jeszcze mam zeszyt z notatkami, w  którym położna kazała nam notować każde karmienie - jak często, jak długo. Straszyła nas, że mała za krótko je, nie najada się, pewnie schudnie. Spadnie jej waga. Niedobrze. Ja płakałam. Miałam baby blues. Czułam się okropnie.

Mała w nocy spała. A my jej nie budziliśmy. Tymczasem przyszedł nawał. A pokarm nieściągnięty na czas doprowadził do zapalenia piersi. Wystarczyło kilka godzin. Gorączka, dreszcze. Strach przed zatorem. USG. Jedno, drugie, trzecie. Antybiotyk. I ogromne wyrzuty sumienia. Co ze mnie za matka, że w drugim tygodniu po porodzie szprycuje dziecko antybiotykiem?

NAJWAŻNIEJSZE JEST WSPARCIE I DETERMINACJA


Na szczęście w szpitalu poznałam wspaniałą położną, doradcę laktacyjnego. Tylko dzięki jej wsparciu, wsparciu mojego męża, który przy mnie trwał i nie pozwalał mi się poddać, wsparciu mojej siostry, która sama karmiła piersią 2 lata i wiedziała, że to nie tylko piękny obrazek mamy karmiącej malucha, zazdrosnym spojrzeniom mojej mamy, której nie było dane karmić mnie naturalnie i Ramonie, która mimo iż sama nie wytrzymała długo, mnie wspierała niczym trener swojego najlepszego olimpijczyka dałam radę. Dałam radę. 

Tak! Przetrwałam najgorsze! Nauczyłyśmy się siebie nawzajem. Zaufałam sobie. To klucz do wszystkiego! Zaufałam sobie! Zaufałam Mai! Nauczyłam się jej. I ją rozumiałam. Wiedziałam kiedy jest głodna, wiedziałam, że chce jej się pić. Przystawiałam na żądanie. Nie wg klucza, nie z podręcznikiem w ręku. karmiłam na żądanie. Moje dziecko to była prawdziwa Pampuszka. Do pół roku dostawała tylko i wyłącznie pierś. Żądnego dopajania, żadnego dokarmiania mm.

Łatwo nie było, bo mleka z butelki nie chciała. Byłyśmy więc od siebie uzależnione. Ale byłam zadowolona i szczęsliwa. Nie przeszkadzało mi to strasznie. Chciałam karmić dłużej. Przy wprowdzaniu stałych pokarmów stopniowo wyrzucałyśmy poszczególne karmienia. Wprowadziłyśmy wodę do picia. W szczególnych okolicznościach pierś znów szła w obieg (bolesne ząbkowanie, choroba). Weszło nawet mm z kaszą na noc. Tak. I tak pierwsze odeszło karmienie obiadowe. Potem podwieczorkowe. Zostały karmienia poranne, przed spaniem w dzień, wieczorne i nocne. 

Gdy Maja skończyła 17 miesięcy odstawiła mnie sama. Byłam z niej dumna. A jednocześnie bardzo nie chciałam końca tej przygody. Byłyśmy akurat umówione na sesję w ramach kampanii MILKY WAY. A tu zonk. Odmówiłam sesji. Maja piersi. Ale za 3 dni przyszło bolesne ząbkowanie, choroba, gorączka i znów zaczęłyśmy się karmić. Nie umiałam jej odmówić. A sama nie byłam gotowa na zakończenie naszej drogi. Jednak na początku tego roku zaczęłam już odczuwać znużenie. A im bardziej nie chciałam jej karmić, tym bardziej Maja lgnęła do mnie. 

ZAKOŃCZENIE BEZ TRAUMY


W te wakacje była tak zajęta bieganiem po plaży, że zaczęła usypiać podczas drzemki popołudniowej nie wołając cycusia. Po dwóch tygodniach o tym zapomniała. Po powrocie zaczęłam jej odmawiać piersi z samego rana. Ale tylko 2 dni. Po trzecim już nawet nie wołała. Nie było łez. Było tylko czekanie do karmienia wieczornego. Po pierwszej przespanej nocy bez nas zapomniała również o karmieniu nocnym. I tak zostało nam tylko karmienie wieczorne. Ja już dawno dojrzałam do tego, żeby ja odstawić. I tego dnia, gdy miałam postanowione, że dziś odmawiam, a Maja po prostu nie zawołała. Weszła do łóżeczka i zasnęła. Po 3 dniach jej się przypomniało.  Wytłumaczyłam, że mleczka już nie ma. Skończyło się. Cycuś jest pusty. Szybko zaproponowała czytanie na dobranoc, które zostało ochoczo przyjęte. 

Nie było udawanej akcji, że cycuś chory, że lekarz nie pozwala. Nic z tych rzeczy. Nie było rysowania piersi flamastrem, by zniechęcić. Zwyczajna informacja na poziomie rozwoju dziecka: Maju mamusia ma coraz mniej mleka. JEsteś już duża, a ono znika. Od dziś już nie jemy. 

Byłam naprawdę zaskoczona, że nie było płaczu, histerii, obrażania się. Maja przyjęła do wiadomości, zaakceptowała ten fakt. A teraz? Teraz mi jest troszkę żal. Tęsknie za tym. Jak tęskni się za czymś co było piękne, ale dobiegło końca. Bo wszystko ma swój początek i koniec. Maja zrobiła się jeszcze większa przylepka. Ta potrzeba bliskości z matką nie znika. Więcej się przytulamy, więcej buziaczkujemy, wyznajemy sobie miłość i wspólnie czytamy książeczki. Po prostu znalazłyśmy inną formę okazywania sobie bliskości i intymności.

A ja zawsze będę Cię zachęcała i wspierała, byś przy trudnych początkach się nie poddawała. Determinacja i wsparcie są w tym wszystkim najważniejsze. To oraz wiara, że dajesz dziecku najpiękniejszy prezent, jaki może otrzymać od matki. Nie ważne, ile karmisz: miesiąc, trzy, pół roku, rok, dwa, a może i jeszcze dłużej. Liczy się każda kropla tego, co daje dziecku natura. A wierz mi ona bardzo sprytnie i mądrze sobie to wszystko obmyśliła.
 
 
grochy w pokoju dziewczynki
Jest lato, więc idealny czas na małe odświeżenie mieszkania i remonty. Wszak to już najwyższa pora, by Maja miała własny pokój. Muszę przyznać, że myślę o tym już od zeszłego roku, ale jakoś ciągle nam się nie składało. W te wakacje wreszcie zabraliśmy się do roboty. Powstaje tylko pytanie: jak go urządzić? No właśnie. W internecie znajdziesz miliony inspiracji. Blogerki też nie pozostają w tyle i starają się kreować modę, ale... 

No właśnie ale jest całkiem sporo. Większość tych pięknych, wypieszczonych i wypasionych pokoi kosztuje fortunę. Te piękne dodatki mogą doszczętnie zmiażdżyć budżet. Wiem, że są mamy, które kochają DIY i wiele rzeczy robią same. Ja w te klocki się nie bawię. Nie umiem. To nie na moją cierpliwość. Podziwiam, zazdroszczę. Zanim jednak przejdzie się do fikuśnych lampeczek, słodziutkich poduszeczek i absurdalnie drogich baldachimów, czy jakże modnych kurzopomponów (sobie wyobraźcie o siedlisko kurzu) wypadałoby zastanowić się nad całością. Jaki kolor ścian, jaki kolor dodatków? Tapeta? Malowanie? A może naklejki?


grochy w  pokoju dziewczynki
kropki w pokoju dziecka kropkiw  pokoju dziecka Zamiast ślepo podążać za modą postanowiłam skupić się na swojej córci i jej upodobaniach. A co Maja lubi najbardziej? Kropki i kotki! Tak więc pokój pozostanie biały (bo przestrzeń niestety mikroskopijna), a jedna ściana z całą pewnością będzie wytapetowana w groszki (Naklejki przerabialiśmy w sypialni. Są ładne owszem, ale odklejanie przed kolejnym malowaniem? katastrofa). Do tego zdecydowałam się na lekkie akcenty w kolorze mięty i różu. No i jedziemy. Za dwa tygodnie wymiana grzejnika, malowanie i tapetowanie. Potem pranie wykładziny i wybór kilku rzeczy. Lecz o meblach, dodatkach, plakatach, pudełkach na zabawki - następnym razem - bo będę na bieżąco dzieliła się naszymi etapami rozwoju pokoju Majuszki. Nie mogę się doczekać?

grochy w  pokoju dziewczynki
kropki w pokoju dziecka
kropki w pokoju dzieckakropki w pokoju dziecka

Co myślisz o takich kropach na ścianie? Jak wyglądają pokoiki Twojej pociechy? Macie jakiś motyw przewodni? No i czy możesz mi polecić jakąś zdrową dla dziecka farbę ścienne?
 
 
 
 
Odkąd urodziła się Maja mocno się głowię, w jaki sposób zaszczepić w Mai miłość do czytania. Różnie to u nas bywa. Są momenty, że Maja przychodzi i prosi bym coś jej poczytała. Jednak są również okresy, gdy na książeczki spojrzeć nawet nie chce. Są też książki, którym Maja oprzeć się nie potrafi, które uwielbia już od pierwszego momentu. Książeczki, które już samą okładką ją zachęcają. Nie jest ich wiele. O nie! Moje dziecko jest wybredne. Jednak "Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham" Sama McBratney'a pokochała miłością bezgraniczną.

Ta książeczka jest naszą ulubioną. Sama nie wiem, która z nas woli ją bardziej. Jak czytamy, to po kilka razy z rzędu. Choć czytania tu niewiele, to wiele treści do przekazania. No bo jak pokazać komuś, jak wielkie jest nasze uczucie, jak pokazać jak bardzo jest dla Nas ważny. Mały Brązowy Zajączek bardzo się stara powiedzieć Dużemu Brązowemu Zającowi, jak ważny jest dla Niego. A przy tym sam dowiaduje się jak drogi jest drugiej osobie. Ciepła, wrażliwa, wzruszająca. O tym, o czym najtrudniej jest nam mówić i najtrudniej wytłumaczyć: miłości, zrozumieniu i przywiązaniu.
 


Musicie ją mieć. Gwarantuję, że zakochacie się w niej tak samo mocno, jak my. A te ilustracje Anity Jeram? No mogłabym patrzeć na nie cały czas. Są przepiękne. Idealnie oddają ciepły klimat i treść. A Mały Brązowy Zajączek staje się przyjacielem naszego brzdąca.
 
Dotychczas poleciłyśmy Ci z Mają tylko dwie pozycje: KSIĘGĘ DŹWIĘKÓW oraz album "POLSCY POECI DZIECIOM", bo naprawdę nie lubię pisać o czymś, do czego nie mam przekonania i za czym Maja absolutnie nie przepada. Podzieliłyśmy się zatem z Tobą listą naszych marzeń, którą konsekwentnie wypełniamy. Jedne książeczki nas zachwycają, inne nie robią wrażenie, ale te które nas zachwycą z przyjemnością polecimy.

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham ukazało się również w wariancie pór roku. Ich jeszcze nie mamy, ale coś mi się zdaje, że się zdecydujemy na zakup. Na podstawie książki powstał również serial animowany dla dzieci. A samą książkę sprzedano w nakładzie ponad 22 milionów egzemplarzy i przetłumaczona na 37 języków. I wcale mnie to nie dziwi.
 


Znacie już ze swoim dzieckiem Małego Brązowego Zajączka?
 

Emily Giffin pokochałam od pierwszego czytania, czyli od książki zatytułowanej "Pewnego dnia". Książki, którą dostałam w prezencie od starej znajomej. Od razu przypadła mi do gustu i z chęcią sięgałam po kolejne. Za co tak polubiłam autorkę? Za nieszablonowe historie, za świetnie zbudowane postacie, za wyjątkową autentyczność i znajomość natury kobiecej. Jej książki zaliczone są do powieści obyczajowych, ale daleko im do lekkiej (czytaj: głupiutkiej) literatury kobiecej. Giffin nie stroni od tematów ciężkich, skomplikowanych, trudnych. Jej bohaterki nie mają życia usłanego różami, nie zjawia się tam książę na białym rumaku, ani nie ma też happy endu w stylu żyli długo i szczęśliwie, choć jej książki zawsze są ciepłe, pozytywne i pełne emocji.

Jest za to kobieta. Taka jak Ty. Normalna, autentyczna, z wadami, z kompleksami, problemami. I zawsze jest miłość. Ale nie ta banalna, jak to często bywa w książkach. Nie ta namiętna, porywająca i romantyczna lub zupełnie odrealniona, a prawdziwa, głęboka i nieustająca. I to właśnie miłość jest bohaterką najnowszej książki Emily Giffin. Miłość w różnych odsłonach. Miłość w różnych odcieniach. Miłość siostrzana, więzy rodzinne, miłość przyjacielska. Miłość, która nie od razu strzela strzałami. Miłośc która przychodzi powoli, a także miłość małżeńska, stateczna, wygasająca i miłość...

Prócz miłości bohaterkami powieści są dwie siostry Josie i Meredith. Josie to singielka, która nie może znaleźć idealnego mężczyzny, spełniająca się w swej pracy nauczycielka, optymistka pełna wigoru, która robi to co lubi, ale nie może dostać tego, o czym marzy. Meredith to jej przeciwieństwo, mężatka z małą córeczką, która w rodzinie nie potrafi odnaleźć upragnionego szczęścia i miłości, która zamiast robić to co lubi, robi to, co należy. Fabuła opiera się właśnie na ich skomplikowanych relacjach i  przyczynach tego stanu rzeczy, które ściśle powiązane są ze śmiercią ich brata. Śmiercią, która miała miejsce 15 lat wcześniej i wstrząsnęła całą rodziną. Zmieniła życie wielu osób, ale w szczególności Josie i Meredith.


"Pierwsza przychodzi miłość" to powieść wielowymiarowa, z dwoma narratorami, którymi są obie siostry. Dwie perspektywy tej samej historii oraz liczne retrospekcje sprawiają, że łatwiej nam zrozumieć problem. Akcja jest ciekawsza, a emocje aż się na czytelnika wylewają. To książka o skrywanych pragnieniach, motywach ludzkiego działania, nieustającym dążeniu do szczęścia i mnogości dróg, jakie można obrać w poszukiwaniu celu. O tym, jak trudno czasem zrozumieć własne postępowanie, zauważyć uśmiech od losu, wyciągnąć wnioski czy ponosić konsekwencje własnych wyborów i postępowania. To powieść, w której nie brakuje kontrowersyjnych tematów, trudnych kwestii walki o zachowanie swojej indywidualności i przekonań. Opisuje skomplikowane relacje rodzinne i to na właśnie na więzy rodzinne zwraca największą uwagę. To lektura o szukaniu płaszczyzn porozumienia, o miłości między rodzeństwem, o miłości również do siebie samego, zaufaniu i szacunku.

Lektura zdecydowania zasługuje na uwagę, bowiem mimo opisywanej tragedii, mimo trudnych tematów, nie jest to książka ciężka. Wręcz przeciwnie. Przynosi ukojenie i ma pozytywny przekaz. Daje jasne odpowiedzi, które podsuwane są czytelnikowi poprzez zachowanie i rozterki obu sióstr. Giffin ma nieprawdopodobnie lekkie pióro i szósty zmysł, który pozwala jej budować postacie, z którymi łatwo jest nam się utożsamiać. Odnajdujemy w nich cząstkę siebie. Rozumiemy, nawiązujemy relacje i... nie umiemy ich zostawić choćby na jeden wieczór.




Dlatego mam dla Ciebie niespodziankę. Egzemplarz tej niezwykle pięknie wydanej książki, w twardej oprawie może być Twój. Co musisz zrobić, aby ją dostać? Nic prostszego:

1. Udostępnij post konkursowy
2. W komentarzu pod tym wpisem lub na FB odpowiedz na pytanie: Dlaczego właśnie do Ciebie ma trafić najnowsza książka Emily Giffin? Wygrywa autor odpowiedzi, która najbardziej mnie urzeknie.
3. Konkurs trwa od dnia 28 lipca do dnia 4 sierpnia 2016 r. Ogłoszenie wyników nastąpi w niedzielę 7 sierpnia na fanpage SAVE THE MAGIC MOMENTS
Będzie mi również niezmiernie miło, gdy polubisz mój cały profil i zostaniesz ze mną na dłużej (KLIK) Serdecznie zapraszam!

To co? Grasz o najnowszą książkę GIFFIN? Znasz tą autorkę? Czytałaś już którąś z jej książek?
 
 
 

Nie wiem jak Ty, ale ja kocham polskie morze. Hel w szczególności. Mam do tego miejsca olbrzymią słabość i choć rzadko wracam w to samo miejsce, właśnie Hel stanowi wyjątek potwierdzający regułę. W tym roku po raz pierwszy do Jastarni zabraliśmy Maję, ale... no właśnie ale było w tym roku całkiem sporo. Zmieniło się to i owo, co nas bardzo zaskoczyło.
Po wakacjach postanowiłam sporządzić listę plusów i minusów wakacji nad polskim morzem. Choć nadal widzę zdecydowanie więcej plusów, to w moją sielankową wizję wakacji wkradło się kilka drzazg. Wiadomo Bałtyk, choć zimny, ma niepowtarzalny klimat. Te plaże, złoty piasek, szum morza, sosen, droga przez las, spacery i ten ogarniający spokój...



PLUSY

Taniej

Zdecydowanie. I nikt mi nie wmówi, że wakacje choćby z last minute byłyby tańsze. Biorąc pod uwagę ceny kwater, wyżywienia w zakresie własnym oraz zachciewajek. Biorąc pod uwagę dziecko. Wychodzi taniej. Nie wierzę, że jesteś w stanie trzyosobową rodziną jechać na wakacje pod palemką zamykając się w 3000 zł ze wszystkim (łącznie z wysłaną toną kartek). Jeśli tak daj mi proszę znać.

Bezpieczniej

Myślę, że dla większości w tym roku to argument nadrzędny. Pewnie często wręcz przechylający szalę na korzyść pozostania w kraju. Sytuacja geopolityczna i liczne akty terrorystyczne tak blisko nas sprawiają, że ludzie (zwłaszcza rodzice) zachowują ostrożność. Zwyczajnie się boją. Nad morze zawsze jedziemy tuż przed sezonem lub na samym jego początku w najgorszym wypadku. W tym roku jest oblężenie. Nasza gospodyni stwierdziła, że o tej porze roku takich tłumów jeszcze nie widziała.

Bliżej

No dobrze. Nie dla wszystkich. Pewnie co innego powie mi mama mieszkająca w górach. Wiem. Ale licząc nawet dojazd z gór wydaje mi się, że porównując go z lotem za granicę, gdzie należy jeszcze doliczyć transport na lotnisko, a potem transfer do hotelu i oczywiście oczekiwanie na lot plus ewentualne opóźnienia wychodzi mimo wszystko szybciej.

Wygodniej

Nie mam tu na myśli wygód hotelowych, których za granicą oczywiście uraczysz zdecydowanie więcej, a komfort podróżowania własnym autem i brak ograniczeń bagażu. To chyba jest zarówno plus, jak i zmora mam, bo większość z nas, która ma dzieci podróżuje niczym nomad z całym dobytkiem w bagażniku, na bagażniku dachowym, a i niekiedy pod siedzeniami albo jeszcze za nimi. Wiem, jak to wygląda. Sami jechaliśmy z własnymi poduszkami (wszak mam chory kręgosłup i spanie na poduszkach gigantach mi mocno nie służy), łóżeczkiem oraz materacem dla księżniczki. Plusem jest też fakt, że możesz swobodnie się przemieszczać między miejscowościami. Nie ma pogody - nie ma problemu - wycieczka! Leje od kilku dni - zawsze możesz wrócić do domu lub jechać, gdzie indziej.



MINUSY

Pogoda

Ta w Polsce jest nieprzewidywalna. Choć w dzisiejszych czasach, chyba jest taka wszędzie. Anomalie sprawiają, że nawet tam gdzie deszcz nie pada, zawsze spaść może. Ale fakt, nasze polskie morze jest kompletnie nie do ogarnięcia prognozowego. Co innego pokazują w prognozach, a co innego masz na miejscu. Nigdy jeszcze nie miałam tak kiepskiej pogody na urlopie, jak w tym roku. A ponoć miało być takie upalne lato. Wiesz jaki jest plus? Nad morzem wiatr szybko przegania chmury, więc nie leje na okrągło. Możesz jeszcze zaliczyć spacer. I zawsze jest nadzieja, że za 2 godziny pójdziesz na plażę. A dodatkowo ja nie znoszę leżeć plackiem na plaży, więc jakoś bardzo się tym nie zestresowaliśmy.

Jedzenie

Ceny owoców są porażające!!!!!!!!!!!!! Widziałaś kiedyś śliwki za 20 zł/kg? albo czereśnie za 19zł? A może jadłaś awokado za 9 zł?  Nie zaznasz tu zdrowego jedzenia nawet na tzw. obiadach domowych, gdzie surówki są kupione - nie robione, a po tygodniu jedzenia ziemniaków i pierogów będziesz błagała o ryż, kaszę i kluski! Co więcej w większości miejscowości nie uraczysz świeżej ryby! Absolutnie tylko mrożona. Do tego smażona. A jak znajdziesz napis z grilla - znaczy, że jest z patelni grillowej, polanej tłuszczem, gdzie pani będzie Ci wmawiała, że pomyliła zamówienie. Dlaczego? Ograniczenie połowów plus brak rybaków, którzy sprzedają w tak małych ilościach.

Komercja

No niestety, ale wszyscy chcą zarobić. Nawet w najcichsze, najmilsze miejsce jakim kiedyś była Jastarnia wdziera się komercja. Coraz więcej straganów z chińszczyzną, coraz więcej budek z lodami, które stoją jedna obok drugiej (jak tu zarobić?), coraz więcej turystów, coraz więcej SPHINXÓW na molo. Coraz mniej kameralnych, odludnych miejsc, gdzie zaznasz ciszy i spokoju. Coraz więcej Porsche, bogaczy na kajtach i wyższych cen.

Dzikie tłumy

To może przeszkadzać. Zwłaszcza, gdy wyjdzie słońce, a Ty chcesz iść na plażę. Tam są dzikie tłumy! Dzikie. Słyszałam już o chodzeniu o 7 na plażę i rozkładanie parawanów w celu rezerwacji miejsca. Widziałam, jak ludzie bezmyślnie potrafią tuż przed Wami, dosłownie na głowie postawić wózek, by zasłonić Wam widok, choć rozłożyliście się 5 m przed brzegiem, nie spodziewając, że ktoś pójdzie jeszcze bliżej i nawet nie pomyśli, że z drugiej strony parawanu absolutnie ma więcej miejsca i nic nikomu nie zasłoni. Na deptaku i molo dziecka nie możesz stracić na nonosekundę z pola widzenia, bo to pole ogranicza się do pleców przechodnia przed Tobą - czyli jakiś metr.



O kurcze i wyszło fifty - fifty. Ale ja naprawdę kocham to morze, wiesz? Tylko chyba wolę jechać jesienią, gdy nie ma tłumów, nie ma powalających cen, gdy są same rodzinki z dziećmi, które nigdzie się nie śpieszą i spacerują sobie z wózeczkami po molo. Gdy stężenie jodu sięga zenitu i mimo czapki na głowie i ciepłej kurki spacerujesz w słonku z uśmiechem na ustach, nie czekając w kolejce do restauracji. Taka się ze mnie zrobiła mamusia. A Ty jak spędzasz tegoroczne wakacje? Może też byłaś lub dopiero wybierasz się nad morze??
 
 

Dzisiejszy wpis jest pierwszym, dającym początek mojej nowej akcji książkowej. "CZYTAJ Z NAMI" to kampania blogerek tworzących Klub Książki "PRZECZYTAJ i PODAJ DALEJ", promująca czytelnictwo. Chcemy Cię nie tylko zachęcić do czytania, ale również do dyskusji na temat książek. Chcemy Cię zainspirować, pomóc poszerzyć horyzonty i zarazić miłością do książek. Pragniemy Ci udowodnić, że czytać może każdy, dokładnie to, na co ma ochotę.

Przez najbliższe kilka tygodni co sobotę, na różnych blogach będą pojawiały się wpisy z trzema minirecenzjami trzech różnych blogerek, z propozycjami książek wybranych specjalnie dla Was. Co tydzień inny motyw przewodni. Co tydzień inne książki. Co tydzień inny blog. Jak je znajdziesz? To proste: dołącz do naszego KLUBU KSIĄŻKI lub odwiedź mój facebook'owy fanpage.

Dziś tematem przewodnim jest IDEALNA KSIĄŻKA NA LATO. A opowiedzą o nich 3 wspaniałe dziewczyny: Socjopatka, Do kawy Blog i Skrytka Magdaleny. Ciekawa? To zapraszam do lektury.
 

  SOCJOPATKA poleca:

ks. Jan Kaczkowski w wywiadzie dziennikarza Piotra Żyłki

"Życie na pełnej petardzie – czyli wiara, polędwica i miłość"


Lektura na lato zazwyczaj kojarzy się z książką lekką, przyjemną – taką, która wprowadzi w dobry nastrój. Traktujemy wakacje jako chwilę relaksu, dlatego od książek również nie wymagamy zbyt wiele. Niech po prostu towarzyszą nam w błogim lenistwie. A może jednak wakacje to dobry moment, aby zastanowić się nad swoim życiem? Nad jego ulotnością i nad tym, czy na pewno podążamy odpowiednią ścieżką? Ja myślę, że idealny. W codziennym zgiełku często brakuje nam czasu na to, aby zatrzymać się i pomyśleć. Dlatego wakacje są ku temu idealną okazją.

Wybrałam dla Was książkę, która jest wywiadem ze śp. księdzem Janem Kaczkowskim. Znajdziemy w niej opisy, poczynając od domu rodzinnego, przez edukację, aż po powołanie księdza do duszpasterstwa. Ksiądz opowiada nam o seminarium, kapłaństwie, hospicjach, w których pracował i swojej chorobie.

Znajdziemy w niej także odpowiedzi na pytania, które każdy wierzący i niewierzący chociaż raz, na pewno sobie zadał: jaka spowiedź ma sens, czy są niewierzący księża i czy cuda naprawdę się zdarzają. Muszę Wam od razu powiedzieć, że ks. Jan Kaczkowski jest bardzo nietypowym księdzem. Nie zgadza się ze wszystkim, co Kościół próbuje przeperswadować, jest kawalarzem i ma zabójcze poczucie humoru – a przede wszystkim ogromny dystans do siebie i do swojej choroby.

Przy książce tej nie trudno o niekontrolowany wybuch śmiechu, jak i o niekontrolowane łzy. Czyta się ją jednym tchem i niezależnie, czy jesteś wierzący, czy nie, polubisz tego księdza jako człowieka. Ksiądz Jan jest pełny prawdy, autentyczności i przede wszystkim szczery do bólu. Nie jest to książka, o której zapomina się następnego dnia. Jest w niej wiele ukrytych metafor dotyczących sensu życia, które kołatają się w głowie i nie chcą dać o sobie zapomnieć.

Gdybyście dowiedzieli się o własnej śmierci, że w niedalekiej przyszłości już Was nie będzie, co byście poczuli? Ksiądz Jan ma w sobie tyle siły, odwagi i dystansu, że mówi o swojej nadchodzącej śmierci, jak o czymś naturalnym i normalnym. Trudno czyta się tę książkę, wiedząc, że niestety ksiądz już nie żyje, szczególnie gdy czytamy o jego planach i marzeniach na najbliższą przyszłość. Jak widać, można marzyć do samego końca – mimo tego, że wiemy, iż jutro może być nasz ostatni dzień.

Polecam tę książkę, każdemu, kto czuje, że traci sens swojego życia, ale także i temu, kto nad sensem swojego istnienia chce się na chwilę pochylić. 
http://www.socjopatka.pl/




DO KAWY BLOG poleca:

Joanna Glogaza „Slowlife. Zwolnij i zacznij żyć“


„W codziennym zabieganiu tracimy umiejętność długofalowego myślenia. Wydaje nam się, że wszystko, co niekorzystne, robimy tylko tymczasowo, ale kiedyś zaczniemy żyć naprawdę. Nie dostrzegamy, że to właśnie ten, a najzwyklejsze wtorki i czwartki w końcu składają się na sposób, w jaki przeżywamy swoje życie.“

Większość z nas jest niewolnikami „od jutra“. Od jutra zaczniemy się zdrowo odżywać, od jutra zadbamy o swoje pasje, od jutra zaplanujemy wakacje marzeń. Od najbardziej trywialnych obietnic, po najważniejsze kwestie życiowe, jesteśmy zagubieni w wielkim świecie, rozpraszających nas nieistotnych, jak się później okazuje kwestiach. Przychodzą chwile, kiedy czujemy, że to właśnie ten moment, w którym chcemy coś zmienić. Najczęściej nasze plany spalają na panewce, ponieważ nie wiemy jak się do tego zabrać. Zdarza się również, że nie potrafimy odnaleźć prawdziwej motywacji i siły by nie dać się zwieźć pokusom.

Dla wszystkich, którzy mają potrzebę zmian, bądź ugruntowania postanowień, a przede wszystkim dla wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć czym jest w praktyce głośny ostatnio styl „slowlife“ polecam książkę Joasi Glogazy „Slowlife. Zwolnij i zacznij żyć“. Autorka wspaniałego bloga Styledigger, pojawia się z drugą książką. Tym razem uporządkuje nasze głowy, w końcu szafami i stylem już się zajęła.

Książka nie jest poradnikiem jak w kilku krokach osiągnąć wielki sukces. To przepięknie i bardzo przystępnie napisane przemyślenia, na bazie osobistych doświadczeń autorki, która należy do polskich prekursorek owego kierunku w życiu, a także w naszych szafach. Wchodząc w posiadanie „Slow life” dostaniecie 270 stron szczerych i rozsądnych spostrzeżeń, dzięki którym łatwiej będzie Wam zrozumieć, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Co najwspanialsze, wszystko to przyjdzie do Was samo, „myśli same się myślą” podczas lektury. Okraszona uroczymi zdjęciami treść, sprawi, że w letnie wieczory, przy kubku herbaty bądź lampce wina (zależnie od potrzeb chwili), będziecie mogli ukołysać swoje zmysły i uczesać myśli nieuczesane.

Dla opornych i uczulonych na wersje poradnikowe, które oferują przepis na życie, chciałabym dodać, że nic takiego Wam nie grozi. Poczujecie się, jakbyście rozmawiali o sobie z najlepszą koleżanką. Joanna zadbała również o myśli na poczekaniu. Są w niej check listy, motywatory i plannery, co najważniejsze – nie zdominowały treści, jak zdarza się często w tego typu książkach. Serdecznie polecam „Slow life” wierząc, że tak jak w moim przypadku, będzie to wisienka na torcie Waszych śpiących postanowień do zmian, pozytywnych zmian.

http://dokawyblog.pl/

 

 

  SKRYTKA NA KULTURĘ poleca:

Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory"

 
Tak jak jesienią ciągnie mnie najbardziej do mrocznych, ponurych kryminałów i horrorów, zimą do klasyki, a wiosną do wzruszających romansów, tak latem największą ochotę mam na rzeczy lekkie, proste i przyjemne. Najlepiej się tu sprawdza wciągająca literatura przygodowa albo obyczajowa. Ale że jestem straszną czytelniczą marudą - to nie może być byle co! Idealna książka na lato powinna być czymś ekstra, wyjątkowym. Musi się ją czytać łatwo, lekko i szybko, musi pasować do wygrzewania się na plaży czy pikniku w parku. Z drugiej strony nie może być lekturą źle napisaną, nudną czy banalną. Ma trzymać poziom!

Te wszystkie cechy mieści w sobie przepiękna i mądra powieść Fannie Flagg „Smażone zielone pomidory”. To historia kilku wspaniałych kobiet, którym przyszło żyć w trudnych czasach, kiedy nietolerancja i rasizm panowały w najlepsze, a przemoc, zwłaszcza ta domowa, nie była niczym wyjątkowym. To opowieść o tym, co w życiu najważniejsze, ale napisana tak, że tchnie w czytelnika optymizm, radość życia i przyjemne ciepełko.

Jeszcze jedna rzecz w "Smażonych zielonych pomidorach” idealnie pasuje mi do wakacyjnego klimatu - miejsce akcji. Skąpane w słońcu amerykańskie południe, leniwe popołudnia, smakowite potrawy podawane w kawiarni Whistle Stop, zapach kawy i kwiatów. Dla mnie ta spokojna, trochę senna atmosfera jest prawdziwą kwintesencją lata.

„Smażone zielone pomidory” to wzruszająca, ciepła opowieść o sile przyjaźni, o mocy, jaką - my kobiety - mamy w sobie. To historia, która wzrusza, bawi, oburza, porusza. Przykład literatury kobiecej, która trzyma wysoki poziom - zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. To idealna lektura na wakacje, która zapewni Wam wspaniałą rozrywkę, odpowiednią porcję emocji i będzie doskonale pasowała do wygodnego leżaka i wielkiej michy czereśni/truskawek/wiśni.

PS. Na pewno kojarzycie piękny film, który powstał na podstawie prozy Fannie Flagg (a jeśli nie kojarzycie - to koniecznie musicie obejrzeć!) - książka jest tak dobra jak film, a nawet lepsza!
https://skrytkamagdaleny.com/


I jak? Wybrałaś już powieść dla siebie? Mam nadzieję, że tak! Jeśli podoba Ci się nasza akcja, udostępnij proszę ten post i koniecznie zajrzyj w przyszłą sobotę na mój fanpage na facebooku - znajdziesz tam link do kolejnej blogerki, która zaprosi do siebie 3 kolejne osoby, by wybrały dla Ciebie najlepsze ich zdaniem książki w temacie...  A, że zdradzę Ci temat? Nic z tego! :) Do zobaczenia! 

ps. oczywiście drzwi naszego klubu pozostają otwarte. Dołącz i Ty!