Mało znam osób, które lubią jesień, a ja jestem jedną z nich. Zwykle kojarzy nam się z końcem lata, odebraniem wolności, beztroski, ciepła. Jesień to koniec zwiewnych sukienek i gołych girek. To powrót do szkoły, obowiązków i rutyny. Nuda! Tymczasem ja, jako kujonica, zawsze bardzo ten czas lubiłam. To był początek czegoś nowego, ekscytacja przed rozwojem i świeżą wiedzą, powrót do koleżanek i kolegów (syndrom nieszczęśliwej jedynaczki). Dziś, gdy jestem dużo starsza jesień nadal jest dla mnie wyjątkowa.

1. Dłuższe wieczory

Nie ma nic przeciwko temu, by wcześniej robiło się ciemno. Jako mama wieczorami siedzę w domu. Jesienią wreszcie nikt się o to nie czepia. Wskakuję pod kocyk, herbatka w dłoń. Do tego lapik i jestem z Wami, albo książeczka, albo mężuś, albo film. Jest ciepło, domowo, przytulnie. jest hygge. Tak, jak lubię. Do tego wrzosy na parapet, jakieś świeczuszki, dynie dekoracyjne. No jak nie lubić tej pory roku?
 
2. Deszcz dudniący w parapet

To mój fetysz. Kocham zasypiać przy akompaniamencie deszczu zacinającego w okna lub parapet. Nieprawdopodobnie mnie to wycisza. Kocham się w ten dźwięk wsłuchiwać odkąd pamiętam. A jeszcze bardziej lubię burzę. Potrafię stać wówczas przy oknie, otulona kocykiem, rozgrzewając się gorącym kubkiem kakao. Czuję się wówczas taka bezpieczna.

3. Złota polska jesień 

Oj tak. Tak właśnie kojarzę jesień z dzieciństwa. Liście mieniące się ciepłymi barwami. Żółć, złoto, czerwień, pomarańcz. I kasztany. Spacery. Kocham spacery. Jako dziecko non stop spacerowałam z dziadkiem. Spacery to była nasza niedzielna, rodzinna tradycja. Ciepły szal, okulary przeciwsłoneczne, wygodne, ciepłe buty, kryte rajstopy, albo długie zakolanówki do spódnicy. No lubię to. I szuranie liśćmi!

4. Ciepłe swetry czyli sweater weather


Oj tak! Jesienią zdecydowanie można nosić ciepłe, opasłe swetry, które uwielbiam. W domu mam mega ciepło, więc niestety zakładać ich nie mogę, choć czasem bym chciała. Za to gdy jadę do rodziców, wówczas to sobie odbijam. Biała koszula, jeansy, wygodne buty i gruby sweter. Uwielbiam taki styl. A wiesz co jest najfajniejsze? Że możesz się dowolnie objadać czekoladą, chowając się pod takim swetrem.

5. Więcej czasu na kreatywność

 Jesień to początek szkoły, początek czegoś nowego. Nowe projekty, nowe pomysły. Jesienią zawsze więcej się dzieje. Wydawnictwa wydają lepsze książki, w kinach grają lepsze filmy, zaczynają się ciekawe festiwale, kultura rozkwita na nowo. W głowie więcej pomysłów i więcej czasu na ich realizację. Ja zawsze na jesień mam plan. Już zaplanowałam instagramowe wyzwanie na listopad, a dla moich dziewczyn z Klubu Książki mam niespodziankę na Mikołajki. Mam też sporo pomysłów tu na bloga, byle by tylko sił starczyło.


To zdecydowanie jest powód do tego, by polubić jesień, szczególnie gdy wieczory lubisz spędzać z książką. W październiku ruszamy już z czwartą edycją. Nie sądziłam, że mój niewinny pomysł przerodzi się w cykliczną imprezę, na którą będą przybywały tłumy, bo swój udział potwierdziło już niemal 90 blogerów. A przecież będziesz jeszcze Ty, prawda? Będą inni czytelnicy. Moi i pozostałych blogerów. Nie mogę się doczekać. Wciąż chodzę po domu, oglądam książki. Zastanawiam się, które wystawić, ile wystawić, jakie zdjęcia zrobić, ile będzie uczestników. 


A Ty lubisz jesień? Dlaczego? Masz miłe wspomnienia? Potrafisz dostrzec magię tego okresu?
 
 

Wakacje z dziećmi to miła zmiana otoczenia. Nie sprzątasz, nie gotujesz, ale nadal się nimi zajmujesz, karmisz, przewijasz i robisz wszystko to, co robisz w domu. Właśnie dlatego potrzebowałam czegoś innego. Odkąd Maja podrosła, ma niewyczerpane pokłady energii i nawija non stop marzyła mi się cisza, spokój, cień drzew, śpiew ptaków, sad w którym na kocu mogę usiąść spokojnie z książką. W tym roku postanowiliśmy zatem spędzić je w nieco odmienny sposób. Postawiliśmy zatem na agroturystykę?


Dlaczego warto jechać do gospodarstwa agroturystycznego?


Nie wiem, jak Ty, ale ja będąc w domu z dziećmi czuję się wyczerpana. Potrzebuję się wyciszyć i prawdziwie wypocząć. A nic tak nie wycisza, jak obcowanie z naturą. Gdzie nie pojedziesz, tam jest mnóstwo ludzi, hałas, zgiełk i szum. Odgłosy z salonów gier, głośna muzyka, krzyki, śpiewy, gwar. To wszystko sprawia, że czujemy się przeładowani. Szczególnie dzieciaki. I to właśnie one potrzebują nudy. Tak. Moim zdaniem dzieci potrzebują nudy, by rozwijać swoją kreatywność, by budować swoje poczucie wartości i pewność siebie, by polubić obcowanie z samym sobą. W dzisiejszych czasach dzieciaki otrzymują zbyt wiele bodźców: głośne zabawki, ich mnogość, tv, tablety, elektronika. Są przeładowane informacjami, a wszystko robiące zabawki bawią się za nie. Brak dziś swobody, brak wolności, brak słodkiego nicnierobienia, dzięki któremu dzieci prawdziwie mogą rozwinąć swoje skrzydła. Przeładowane informacjami i szumem nie potrafią się same wyciszać. W takim miejscu, gdzie są blisko natury, z dala od kurortów, modnych miejsc, pełnych ludzi mogą prawdziwie się rozwijać i spędzać czas z rodziną, budować relacje i zacieśniać więzy. Jeśli więc pragniesz wypocząć i nie chcesz, by Twoje dziecko biegało jedynie między straganami, naciągając Cię to na lody, to na automat, to na gofra, warto rozejrzeć się za gospodarstwem agroturystycznym z prawdziwego zdarzenia.


 

Nie musisz jechać aż na 2 tygodnie!


Spójrzmy prawdzie w oczy, w takim miejscu pewnie długo za pierwszym razem nie wytrzymasz. Nie musisz jednak jechać tam na dwa tygodnie. Czasem wystarczy długi weekend. Pamiętaj jednak, że takie miejsce musi mieć naprawdę ciekawą okolicę i być komfortowe. Wspaniale, gdy trafisz na gospodarstwo, gdzie są rozległe tereny przyległe, lasy, sad, jakaś woda. Miejscem, gdzie zapewniony jest sprzęt sportowy, a Twoje dzieci znajdą tam atrakcje dla siebie. To nie może być moloch z 500 pokojami. To musi być klimatyczne i kameralne miejsce, gdzie poszanowana będzie Twoja prywatność. Warto poszukać miejsca, które jest samowystarczalne, gdzie poznasz smak prawdziwego chleba, a obiad zostanie ugotowany na warzywach z ogródka. Nie są to tanie miejsca, a o ich zabookowaniu warto pomyśleć już teraz, ale z pewnością warto.

W tym roku zdecydowanie za późno się zdecydowaliśmy na wyjazd. Znaleźliśmy miejsce w gospodarstwie, które nie do końca nazwałabym agroturystyką, ale mieliśmy spokój, ciszę, wspaniałe jedzenie i doskonałą obsługę. Maja zaś całymi dniami szalała na trampolinie lub na tyrolce. Mnie znaleźć można było w zagonkach z poziomkami. Poranek rozpoczynałyśmy spacerem w kaloszach i podglądaniem koni, kóz i strusiów, a na śniadanie piłam świeże zioła z ogrodu. Byliśmy też blisko dużego miasta, do którego w każdej chwili mogliśmy jechać, by zwiedzić zamek czy schłodzić się na lodach.W to samo miejsce co prawda nie wrócę, ale agroturystycznego bakcyla złapałam i stwierdzam, że to najlepsza opcja na wakacje z dziećmi.
 
A Ty? Byłaś kiedyś na takich wakacjach? Korzystałaś z oferty gospodarstwa agroturystycznego. Znasz miejsca, który polecasz  z czystym sumieniem?


Jak już zapewne zdążyłaś się zorientować, mam wielką słabość do sesji fotograficznych u profesjonalnych fotografów. Nie łatwo mi dogodzić, dlatego jak już znajdę kogoś, czyj zmysł estetyczny mi odpowiada, zdecydowanie się go trzymam. Nic więc dziwnego, że sesję chrzcinową Emisia wykonała dla nas Anna Nelita. 

Zdjęcia nas nieco zaskoczyły, bo są mało chrzcinowe, ale przez to też bardzo oryginalne. Emisia była bardzo dzielna, choć jej godzina na spanie wybiła, a Ania jej postawiła wysoko poprzeczkę. Wyszło przecudownie. Przynajmniej dla mnie, choć przydałoby się więcej męża na zdjęciach i chrzestnej, która niestety na sesję mimo swoich chęci, nie dotarła. Mieliśmy jednak godne zastępstwo, które spisało się na medal.

Kocham kolekcjonować te nasze chwile pełne magii. Zdjęcia niebawem zawisną nam na naszej Erbelkowej ścianie miłości. Tylko które wybrać?

Bez zbędnego gadania, zostawiam  Cię z miłymi dla oka foteczkami. Tak przynajmniej mi się wydaje.  

 
 
 
 

ps. a teraz dla porównania polecam zajrzeć na foteczki chrzcinowe Majusi. I co podobne są dziewczyny? Bo mnie się wydają zupełnie różne.
 
 

Czytanie nie musi być drogie. W zasadzie czytać można za darmo. I wcale nie mam na myśli biblioteki, a wymianę książek. Tak! Bo książkami można się przecież wymieniać. Głęboko wierzę, że książka to nie chusteczki, nie są jednorazowe. Fakt trochę ze mnie ekolożka, ale sama pomyśl. Trzymałaś kiedyś w rękach książkę z ubiegłego stulecia? Zrobiła na tobie wrażenie? Ten zapach? Świadomość, że przed Tobą przeczytały ją setki osób. Mimo woli zastanawiasz się, kto ją miał w ręku przed Tobą. To książka z duszą. Coś wspaniałego prawda? Właśnie o to chodzi. Książka musi żyć! Książka musi spełniać swoją rolę. Musi być czytana! 
 
Założę się, że w domu, na Twoich półkach, zalega mnóstwo lektur, które tylko zbierają kurz, a mogłyby żyć, dawać innym przyjemność, zabierać ludzi w podróż. Lubisz mieć ich dużo? Jedno i drugie jest wykonalne. Wymień się. Zamień stare, na nowe, nieprzeczytane. Odświeżysz biblioteczkę, poznasz nowych ludzi, z którymi potem możesz dyskutować, wymieniać poglądy i spostrzeżenia. Do tego będziesz się świetnie bawiła i lepiej poznasz blogesferę.

WIELKA WYMIANA KSIĄŻKOWA "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" to akcja czytelnicza, która ma na celu nie tylko wymianę książkową, ale również promocję czytelnictwa. Statystyki mówią, że Polacy nie czytają. A ja mówię: guzik prawda. To już czwarta edycja wymiany i wierz mi, wiem co mówię. Wszyscy się przy tym świetnie bawią, a tytułów mamy tutaj tysiące. Nie przesadzam. Podczas gdy jedni wymieniają trzy lub cztery książki, inni znajdują koło 50 nowych. Do tego jest nas naprawdę dużo. Sama zerknij w poprzednią edycję.




DLACZEGO WARTO WZIĄĆ UDZIAŁ W WYMIANIE KSIĄŻKOWEJ?


Po pierwsze udział może wziąć absolutnie każdy, kto ma internet. W poprzedniej edycji liczba czytelników przewyższyła liczbę blogerów, z czego byłam naprawdę rada, bo właśnie do tego dążę.
 
Po drugie książkami wymieniamy się bezkosztowo. Płacisz tylko za wysyłkę własnej. Jeśli skorzystasz z alternatywy poczty polskiej, nowa książka będzie Cię kosztowała około 7.70 zł Brzmi atrakcyjnie?
 
Po trzecie to wspaniała zabawa, która nieprawdopodobnie wkręca.
 
Dagmara, czyli moja wspaniała współprowadząca SOCJOPATKA mówi, że lubi wymieniać książki, ponieważ jest to jedna z tańszych i przyjemniejszych metod poznawania nowych lektur. Z jednej strony ma przyjemność (niekiedy osobiście) poznać osoby, które podobnie jak ona uwielbiają czytać, a z drugiej strony ma możliwość wyłowienia perełki za bezcen. Dodatkowo wymiany książkowe są o tyle fajne, że możesz wyszukać nowości wydawnicze, jak i białe kruki, których nie znajdziesz nigdzie indziej, bo na przykład nie ma ich już w sprzedaży, ale zalegają od lat u kogoś na półce.
 
Czego chcieć więcej?
 

Chyba pora przejść do konkretnych informacji. Może tym Cię przekonam?


KIEDY?

WYMIANA KSIĄŻKOWA "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" trwa 10 dni! 
Od 1 do 10 października 2017 r. 
Zaczynamy w niedzielę, bo wówczas zdecydowana większość z nas ma czas. A pierwszy dzień to zwykle szaleństwo


GDZIE?

  • Tu na SAVE THE MAGIC MOMENTS.
  • U SOCJOPATKI.
  • Na Facebooku, gdzie zostało utworzone WYDARZENIE.
  • Na instagramie (wystarczy fotkę z książkami, które masz na wymianę oznaczyć #przeczytajipodajdalej4).


JAK DOŁĄCZYĆ ?


Jeśli jesteś blogerem, napisz do mnie lub Dagmary wiadomość prywatną. Z przyjemnością prześlemy Ci szczegóły. Zajrzyj też na WYDARZENIE, które zostało utworzone specjalnie dla wszystkich jego uczestników. W opisie znajdziesz wszelkie istotne informacje.

Jeśli jesteś czytelnikiem bloga wystarczy, że 1 października b.r. wejdziesz tu na bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS oraz SOCJOPATKA i w komentarzu zostawisz listę książek, które masz wystawione do wymiany. Na naszych blogach znajdziesz też przekierowanie do wszystkich blogerów, którzy zdecydowali się na udział w zabawie. Komentarze możesz zostawiać również u nich, w wydarzeniu oraz wstawić zdjęcie swoich książek na  INSTAGRAM z hashem #przeczytajipodajdalej4
 
Warto zostawić komentarz u mnie i u Dagi nawet jeśli u Nas nic nie znajdziesz.  Dlaczego? Do nas  zagląda każdy uczestnik zabawy i każdy nasze komentarze czyta. Masz więc dużo większą szansę wymieniania się z innym czytelnikiem. Sama też koniecznie zerknij, czy ktoś z osób prywatnych nie ma do zaoferowania czegoś ciekawego 

Boisz się Disqusa? Niesłusznie. Nie musisz się wcale logować. Jednak rozważ tę opcję. Disqus jest o tyle fajny, że gdy odpowiem na Twój komentarz, dostaniesz go na maila. Nie musisz wcale co rusz sprawdzać, czy ktoś Ci odpisał. Są same plusy!


A w wymianie będzie się działo. Mówię Ci. Swój udział już zadeklarowało nam już kilkudziesięciu blogerów! a wśród nich znajdziecie:

Na koniec chciałabym Ci jeszcze pokazać cudny plakat, który przygotowała dla nas Kasia z YUMMY MUMMY IDEAS.

Chciałybyśmy by wieść o naszym wydarzeniu rozniosła się po internetach, ale bez Twojej pomocy nam się to nie uda. Dlatego będziemy Ci bardzo wdzięczne, jeśli zechcesz go dla Nas udostępnić. Kto wie, może wśród Twoich znajomych czy fanów są jakieś książkowe freaki?

To co dołączysz do Nas? Co  w ogóle myślisz o moim pomyśle? A może potrzebujesz więcej informacji? Brałaś kiedyś udział w takiej zabawie?


Te cudne foteczki wykonał Bartosz Sobczak - dziękuję!
 
 

Dzień mojego ślubu jest jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Dzień, w którym nie czułam żadnego stresu ani nerwów. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mężczyzna, którego zaślubiam jest tym odpowiednim. I tej pewności życzę każdej pannie młodej. To właśnie ta pewność sprawiła, że otaczała mnie aura szczęścia. Nie obchodziło mnie, że coś nie wyszło, że odpadał kwiatek z włosów, że zcałowano ze mnie cały makijaż, ani to, że wieczór musiałam ze względów zdrowotnych zakończyć dużo wcześniej, niż byśmy się tego spodziewali. Chłonęłam ten dzień, minuta po minucie. Liczyło się tylko tu i teraz. Uważność.

Nerwus ze mnie i perfekcjonistka. Mieszanka najgorsza z możliwych. Przed ślubem byłam strzępkiem nerwów, ale tego dnia 25 sierpnia 2012 roku obudziłam się szczęśliwa, uśmiechnięta ze spokojem w sercu. Oaza spokoju. Pomknęłam na skrzydłach do fryzjerki. Dokładnie pamiętam, gdzie zaparkowałam. Pamiętam nasze ploteczki - Ania była wówczas w ciąży. Potem przygotowania ruszyły pełną parą. Ubieraliśmy się w naszym mieszkaniu. Mąż w sypialni, ja w salonie. Nie odwiedzając się, ani nie podglądając. Do mnie przyszła makijażystka. Nie ta, którą umówiłam, a  jej koleżanka, która miała ją zastąpić, bo moja uległa wypadkowi. I tak poznałam Iwonkę (doulę, z którą do dziś mam kontakt). Umalowała mnie dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam. Delikatnie. Tylko czarna kreska i neutralny cień. No i fotograf. Zakochałam się w jego zdjęciach, ale okazało się, że jest też wspaniałym człowiekiem, który doskonale wie, jak się zachować. Jak nie przeszkadzać. Kiedy i jak robić zdjęcia. No zatkało mnie, gdy ujrzałam owoc jego pracy. 
 
Do domu przybyła świadkowa, świadek, rodzice, teściowie, babcia. Było dużo śmiechu, łez i wzruszeń. Dokładnie pamiętam błogosławieństwo. Nasz ślub nie był typowy. Ja miałam krótką sukienkę w grochy, ala Audrey Hupburn. On dredy. Do ślubu jechaliśmy tylko ze świadkami. Prowadził szwagier, świadkowa razem z nim na przodzie i my z tyłu. Nigdy nie jechałam tak wolno autem, zaśmiewając się przy tym do łez. Nigdy też nie przypuszczałam, że będę płakała na własnym ślubie i to już w drodze do ołtarza.
 
Pamiętam wszystko. Słońce, które w końcu wyszło, gdy tylko podjechaliśmy pod kościół. Ludzi, którzy uśmiechali się do Nas z tramwaju, delikatny wiatr, który rozwiewał mi welon, dłoń męża, która nie puszczała mnie nawet na chwilę. Znajome twarze wyczekujące pod Katedrą, zestresowanych rodziców, perfumy mojej świadkowej. Wzruszenie, jakie mną wstrząsnęło, gdy usłyszałam rozbrzmiewające po całej katedrze silne głosy kuzynek Gazeli i groch łez, jaki popłynął mi z oczu, gdy dotarło do mnie, jak one pięknie śpiewają. Tak, ten śpiew będzie rozbrzmiewał w mym sercu do końca świata. Nie chcieliśmy marsza Mendelsona, nie chcieliśmy nikogo wynajmować. Kuzynki męża należą do Kościoła Zielonoświątkowców i te pieśni śpiewały właśnie na naszym ślubie. Są takie piękne, takie emocjonalne, takie pozytywne, pełne miłości. Coś cudownego. Płakali wszyscy. Wszyscy goście, a ja tylko pożałowałam, że jednak tego nie nagrywamy.

Pamiętam przysięgę, kazanie, przyjazny uśmiech proboszcza, na którego obecność tak bardzo liczyliśmy. Ustawianie się do grupowego zdjęcia, a potem niekończące się życzenia. Ojej, jak mnie bolały nogi. Najchętniej wróciłabym już do domu. A to był dopiero początek. Tyle ludzi, a w pamięć zapadły mi życzenia tylko od dwóch osób: te najpiękniejsze i te najgorsze.

Nie chcieliśmy wesela. Nie lubimy wesel. Zawsze się na nich nudzimy. Był obiad dla rodziny. Skromny, mały. Na 37 osób wliczając nas. Powitanie, chleb i sól, nerwowe mruganie mamy, kieliszki z wódką (ja miałam wodę!) i obiad! O matko jakie to jedzenie było dobre, aż prosiłam świadkową, by poluzowała mi gorset, bo chciałam wszystkiego spróbować. Wystrój sali, wpadające słońce, żarty, śmiechy bliskich, atmosfera miłości, radości i ciepła rodzinnego. Magia. Obiad nie trwał długo. Potem wszyscy złożyli podpisy na naszym drzewku szczęścia, złożyli szczęścia i się rozeszli, a my...

Zeszliśmy piętro niżej i czekaliśmy na znajomych. Na salce klubowej mieliśmy imprezkę. Nasi przyjaciele i znajomi. DJ grający normalną, współczesną muzykę. Nic przaśnego. Żadnych przyśpiewek, żadnego gadania. Żadnego "idziemy na jednego". Tak jak lubię. Nie było też pierwszego tańca. Mój mąż się stresował i od razu wiedziałam, że to dla niego zbyt wiele. Nie lubi występów publicznych. To introwertyk, a ja nie chciałam go do niczego zmuszać. Sama tańczyć uwielbiam. Tańczyłam w zespole przez 14 lat. Wpadłam na szalony pomysł. Przez 3 miesiące wraz ze świadkową i jej siostrą instruktorka uczyła nas układu do LOVE ON TOP mojej ukochanej Beyonce. Posłuchaj tej piosenki, wsłuchaj się w słowa. Jest idealna. To była moja niespodzianka dla męża. Mój prezent. Taniec dla Niego. Oj nie było to mistrzostwo świata. Ale miałam przy tym tyle zabawy i włożyłyśmy w to całe serce.


Co tydzień po kryjomu spotykałyśmy się w trójkę. Uczyłyśmy się, plotkowałyśmy i świetnie przy tym bawiłyśmy. Bo wszystkie trzy, ja, świadkowa i jej siostra po prostu kochamy Beyonce. Razem byłyśmy później na jej koncercie. Miałyśmy mega frajdę. Nie jesteśmy profesjonalistkami. Ale wiesz co? Był fan, było zaskoczenie, była radocha. Nie zapomnę tego do końca życia.

To była znakomita zabawa, a nawet 3 kieliszków alkoholu nie wypiłam. Nie chciałam. Chciałam pamiętać wszystko, chciałam chłonąć ten dzień. Pech chciał, że moja przyjaciółka zaciążyła. Pech dla mnie, bo małżonek kocha tańczyć, a jego partnerka nie mogła. Dorwał zatem pannę młodą, a jak. No i zwyobracał mnie na całego. Skąd biedny facet mógł wiedzieć, że panna młoda niczym obłędny rycerz ma kopnięty błędnik, który zawiedziony w pole błądzi w poszukiwaniu równowagi? No nie mógł. Po jednym tańcu byłam jak po dwóch litrach wódki. Niestety na nogi już nie stanęłam, a przy torcie mąż mnie podtrzymywał. W tym stanie dotrwałam do 1 i niestety dłużej nie dałam rady. Znajomi bawili się dalej. 

Przykro mi było, że tak się to skończyło, a jednocześnie...  cieszyłam się na myśl o wygodnych bokserkach i ciepłym, mięciusim łóżeczku. Noc poślubna? Hehehe przespałam, wracając do równowagi. Ale obudziłam się już po raz pierwszy jako Pani Erbel. 

Chciałabym móc opisać moje uczucia tego dnia, ale chyba nie potrafię aż tak czarować słowami. Mam nadzieję, że poczułaś w tym wpisie choć ociupinę tej magii.  Każdej kobiecie życzę spokoju serca, który daje pewność wyboru właściwego partnera.

No i stało się. Nadszedł ten dzień, gdy 1 września znów stał się powodem do stresu. Znów jest jednocześnie końcem wakacji i początkiem nowej przygody. Strach, ale i ciekawość. Ból brzucha połączony z motylami w jego wnętrzu. A wszystko przez to, że moje dziecko po raz pierwszy IDZIE DO PRZEDSZKOLA. 

Wiem, że stresuję się bardziej od niej. Wiem, że przeżywam to sto razy mocniej. Wiem, że to ja nie jestem gotowa. Maja jest przygotowana. Mało tego, jest pozytywnie nastawiona. Tak bardzo, że zamiast iść w poniedziałek, poszła dzisiaj. Wpadłam wczoraj niemal w panikę. Co musi wziąć, co jej dać, a czy 2 koszulki na zmianę, to nie będzie za mało? Czy pójdzie do toalety, jak będzie chciała siusiu? Czy zje obiad? Nie będzie płakała? Tyle pytań. Tyle niewiadomych, a przedszkole pod blokiem. Widzę je z okna! I to jest najbardziej przerażające. Wiem, że tam jest moje dziecko. Wiem, że mam je na wyciągnięcie ręki. Jak będzie pogoda zobaczę ją na podwórku, a jednak nie mam pojęcia, co się z nią dzieje.

Przesadzam? Pewnie tak. Ale ja z nią byłam przez te całe 3 lata i 3 miesiące. Maja nie wie, co to placówka opiekuńcza. Jest taka delikatna. Taka wrażliwa. A ostatnio tak często płacze i jest rozstrojona. Emisia dziś chyba uduszę z miłości, bo będę potrzebowała się przytulić do tego małego, pachnącego ciałka. Będę dzielna, będę dzielna. Muszę. Dla niej. Ale Tobie mogę popanikować? Przy niej będę mądra, silna, rozsądna. Dlatego to tata ją zaprowadza, ja tylko odbieram. 

Dlaczego dzieci idą do przedszkola? Powodów jest mnóstwo, a wszystko zależy od naszych potrzeb, przekonania i sytuacji finansowej. Podczas, gdy jedne mamy nie chcą z dzieckiem się rozstawać, inne wręcz o tym marzą. Jeszcze inne zwyczajnie potrzebują. Niektórzy nie mają wyjścia, inni rozważają jakie mają możliwości. Szukają alternatyw. Uważam, że każda rodzina ma inne potrzeby. Inne uwarunkowania. Tak, jak różne są dzieci. Jedno pójdzie do przedszkola mając zaledwie 2,5 roku, inne gdy ma lat 5, a jeszcze inne wcale. Na dziecko powinno się patrzeć indywidualnie, nie generalizować, nie traktować jedną miarą, nie porównywać. Jedno jest pewne, z decyzją posłania dziecka do przedszkola, wiążą się potrzeby całej rodziny. Czasami bowiem przedszkole jest rodzicom dużo bardziej potrzebne niż dzieciom. 

Jak jest u Was? U nas to zdecydowanie gotowość Mai oraz moje potrzeby. Maja ciągnie do dzieci. Chce zabawy, szaleństwa. Ja na ten moment muszę zająć się Emi. Ciężko jest mi bawić się z nią tak, jak kiedyś: szaleć, malować, brudzić się. Wiem, że dzieci do rozwoju potrzebują po prostu dobrych relacji i właśnie tu jest chyba największy problem. Muszę nauczyć się godzić podwójne macierzyństwo. Przestać mieć wyrzuty sumienia, że nie mogę ofiarować jej tyle czasu, ile bym chciała. Jestem ciągle zestresowana, sfrustrowana, zdenerwowana i to się przekłada na nasze relacje, ma wpływ na jej samopoczucie.

Maja jest wrażliwcem, boję się zatem, jak przejdzie przez tak wielką zmianę. Staram się jednak głęboko wierzyć, że przedszkole do którego ją posyłamy będzie sensownym i bezpiecznym dla niej miejscem. Mam nadzieję, że będzie tam szanowana, a jej wychowawczyni okaże się przyjaznym dorosłym, który będzie potrafił stworzyć dla dzieci bezpieczne miejsce, pełne akceptacji. Bo tylko w takim dziecko ma szanse na rozwój. 
Nie przeszkadza mi to jednak co jakiś czas wpadać w panikę.
 
 

Emi ma już pół roku! Czas z drugim dzieckiem leci jeszcze szybciej, a Ty masz wrażenie, że ktoś Ci go wykrada. A przecież mniej śpię, powinno zatem mi się dłużyć. Przecież jestem w domu - powinno być mi nudno. Nie jest. Jak nigdy dotąd, sierpień to był czas naszych wakacji.

Oj tak, mieliśmy w tym roku wielki sprawdzian możliwości naszej Emisi. Wakacje. I to daleko. Najpierw Mazury i gospodarstwo agroturystyczne, a potem morze i Jastrzębia Góra. Mała nas zaskoczyła. W drodze bywało ciężko, ale to dlatego, że siedzi do Nas tyłem i nic nie widzi. Sama bym na jej miejscu się złościła. Nad morzem spała po prostu pięknie (za to teraz w ogóle). Po powrocie, wakacje przedłużyłyśmy pobytem u babci na wsi i teraz powoli oswajamy się z domem. Pomyśleć, że za tydzień znów wszystko się zmieni.

Emisia jest coraz bardziej aktywna. Największym zainteresowaniem cieszą się zabawki i... siostra. Widać, jak Emi ciągle śledzi wzrokiem Maję. Uśmiecha się do niej, zaczepia. Lubi się do niej przytulać. Siostrzana miłość rozkwita. Mała zdecydowanie jej szuka i cieszy się z jej obecności. Cudownie jest na to patrzeć. 

Dużo się teraz dzieje. Kolejne szczepienie, kolejne mierzenie, kolejny rozmiar. Dobrze, że mamy tego troszkę po Majeczce. Emi wydaje się duża, ale porównując dziewczyny okazuje się, że Maja była w tym czasie i cięższa, i większa. Inaczej też się rozwijają. Emi przez jakiś czas nam nic nie mówiła, ucichła. Nie chciała gaworzyć. Tylko leżała i obserwowała, co  zaczynało mnie martwić, ale znów nawija i daje wyraźne sygnały niezadowolenia. Drażnią ząbki, męczy brzuszek albo skoki rozwojowe. Na szczęście w tym miesiącu zauważyliśmy znaczną poprawę przy ulewaniu. Są takie dni, że wręcz nie ulewa wcale. Ohhh błogosławione te dni. 


 

Mała wciąż chce wstawać i gdy tylko może się czegoś złapać zaraz chce usiąść. Na rękach tylko przodem do przodu. Wszystko chce widzieć. Wszystko chce dotknąć. Wszystko chce zjeść. Dosłownie. Zaczęliśmy zatem naszą przygodę z karmieniem. Oj, oj. Jakie grymasy, plucie, wzdryganie się, niepewnie miny mówiące: mamo, co to? ale już zaczyna otwierać buzię. Jest ciekawa chce więcej. No i... no i ma takie samo uczulenie na marchewkę, jak siostra. Ehhh Bardzo delikatnie wprowadzamy pokarmy, bo Emi wciąż ma wysypki. No tata alergik, nie ma co się spieszyć. Zobaczymy, jak to będzie.

Dzięki blogowi i cyklowi postów rozwój dziecka miesiąc po miesiącu, mogę na bieżąco porównywać rozwój dziewczyn. Maja na pół roku była zupełnie inna. Inaczej się rozwijała. Inne rzeczy lubiła. Emisia to typ obserwatora. Nie bryluje w towarzystwie. Boi się dziadków. Szczególnie nie przypadli jej do gustu. W porównaniu z siostrą uwielbia zabawki i o wiele dłużej się nimi interesuje. Nie ma miłości do Zuzi, jak Maja miała Henia, ale też jej tak przytulanek nie dawaliśmy. Może to dlatego? Może być sama w pokoju, nie protestuje, nie domaga się towarzystwa. Lubi kąpiele i leżenie na brzuszku. Na brzuszku też jeździmy w wózku wzbudzając tym nie małą sensację. Spanie? Tylko mikrodrzemki na cycu i po wszystkim. Nocki? Masakryczne.  

A Majucha? Majucha biega. Non stop. Z biegówki wyrosła, nawet nie wchodząc na rowerek. Nie chce, nie lubi. Ciągle chce biegać. Przypomina Wam tym kogoś? Niedaleko pada jabłko od jabłoni prawda? W tym miesiącu zaliczyliśmy już 2 biegi. Co prawda na każdym płacze, bo albo się potknie, albo nie może dogonić Pana (prowadzącego bieg), ale wciąż chce i woła i cieszy się nieprawdopodobnie. Na oknie wiszą już 3 medale, a ja się zastanawiam, gdzie ja to będę chowała. 

Histerii nieco mniej, bo tata pod ręką. Wakacje, więc miliony emocji i ciągły stan podniecenia. Co to była za zabawa na plaży ojej. No tyle atrakcji. Codziennie lody, wielkie trampoliny, plaża, biegi, babcia, ukochany dziadek i piesek. A za tydzień... przedszkole. 

 
Niestety nie mogę się z nią bawić, jakbym chciała. Nie możemy malować, nie możemy rozpoczynać zabaw twórczych, zatem Maja ćwiczy swoją wyobraźnię np. udaje mnie. Dziś usypiała dwie lale na raz, jedną na plecach, drugą w wózku. Ma swoich wyimaginowanych przyjaciół. Prócz pociągów, są i samochody, ale i koleżanki. Mamy totalną fazę na CARSY. O matko, ile ja razy dziennie czytam Auta i Auta 2 to naprawdę nie zliczę. Maja biega po mieście krzycząc za tatą Złomek! Złomek! Tak, bo tata to Złomek, Emi to Zygzak, ja jestem Sally Carrera, a Maja do Liliana Lifting. Dziadkowie też mają swoje alter ego. Nawet pies! Szaleństwo. Pomyśleć, że w jeden upalny dzień, nie wychodząc z domu, niczego nie świadomi, po raz pierwszy włączyliśmy jej pełnometrażową bajkę. No i mamy za swoje. Worek do przedszkola mamy z Zygzakiem, o plecak też taki prosi, ale ewentualnie mogą być "kucyki oPony".

Niby nic się nie dzieje, a jednak całkiem sporo. Jak nie ząbkowanie, jak nie szczepienia i skoki rozwojowe to histerie. Wakacje, wyjazdy, długie spacery i bieganie na dworzu. Szkoda, że lato dobiega końca. Ja bym chętnie jeszcze gdzieś pojechała, np. do Krakowa albo do Krapkowic... Lubię wakacje rodzinne. No ale Emiś musi odpocząć. Musimy złapać troszkę rutyny, musimy nauczyć się spać w dzień, bo matka nie może ciągle wychodzić na spacer (bo tylko tak dziecię zasypia). Musimy nauczyć się chodzić do przedszkola.

Tymczasem matka przygotowuje IV edycję Wielkiej Wymiany Książkowej, która rusza już 1 października!

A co u Ciebie??
 
 

Jako dzieciaki kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, jakim luksusem są wakacje. Wówczas to zwykła oczywistość i mimo iż odliczamy dni do zakończenia roku szkolnego, kompletnie nie rozumiemy czemu rodzice przed urlopem tak się spinają. Czemu urlop to coś innego niż wakacje? Cóż... życie jest o wiele przyjemniejsze gdy wakacje trwają od dwóch do czterech miesięcy. Do tego dochodzą ferie zimowe i przerwy świąteczne. Życie dziecka oraz niepracującego studenta mają inny wymiar. Gdy słowo "wakacje" zastępujemy słowem urlop życie nabiera innego wymiaru. Czekamy na niego cały rok. To nasze Boże Narodzenie. Chcąc wykorzystać do maksimum każdą minutę, przygotowujemy się już kilka miesięcy wcześniej (ba! niektóre Panie nawet wcześniej). O ile nie mamy dzieci, urlop jest dokładnie taki, jakim chcemy by był, ale co gdy pojawiają się pociechy? Czy wakacje z dziećmi to wciąż wakacje? 

Trudne pytanie prawda? Jedni bez wahania odpowiedzą, że owszem, nie wyobrażają sobie wyjazdu bez dzieci. Inni stanowczo temu zaprzeczą, twierdząc że urlop mają po to, by odpocząć nie tylko od pracy, ale również od rodzicielstwa. Tylko czy dzieci to nasza praca, czy nasze życie? Odpowiedzi usłyszysz tyle, ile rodziców. Każdy ma swoje racje. Każdy ma swoje zdanie. Każdy z Nas postępuje według własnych przekonań, wartości i potrzeb.

WAKACJE Z DZIECKIEM TO NIE WAKACJE, TO ZMIANA OTOCZENIA


Ja z nutką ironii w głosie, acz zawsze na wesoło powtarzam, że wakacje z dzieckiem, to nie wakacje, a zmiana otoczenia. Dlaczego? Wakacje kojarzą się z luzem, beztroską, z brakiem obowiązków czy rutyny, z szaleństwem, ze spontanicznością, z wolnością i słodkim nicnierobieniem. Wyjeżdżając na wakacje z dziećmi obowiązek bycia mamą zabierasz razem ze sobą. I ciężko nazwać ten czas nicnierobieniem. Owszem odpoczywasz od sprzątania i gotowania (w moim  przypadku niestety nie od prania), ale nie odpoczniesz od opieki nad dzieckiem, od zmiany pieluch, od posiadania oczu z tyłu głowy. Podróż trwa dłużej, bo dzieci potrzebują więcej przystanków, bo marudzą, bo chce im się siku. Miejsce wybierasz pod ich potrzeby (a raczej własne, bo im więcej atrakcji dla nich, tym więcej czasu dla Ciebie). Szukasz najlepszego noclegu z łóżeczkiem dla niemowląt, wanną (choć zaufaj mi pod prysznicem niemowlaka też wykąpiesz), krzesełkiem do karmienia na stołówce, placem zabaw, brodzikiem dla najmłodszych i innymi udogodnienia. Sprawdzasz jakie atrakcje oferuje region. Planujesz wszystko w szczegółach. A dzieci... rozchorują Ci się w nocy przed wyjazdem lub na wyjeździe, mają zły humor, muchy w nosie, nie chcą podziwiać tych pięknych widoków co Ty, wolą plac zabaw lub nie wejdziesz tam gdzie chcesz, bo z dziećmi nie wpuszczają. Na plażę chodzisz niczym wielbłąd, dźwigając tysiące manatek, a na koniec taki gagatek wejdzie Ci na barana, bo nóżki zniknęły i nie ma jak iść. Wieczorem nie obejrzysz romantycznego zachodu słońca, bo Twoje dzieci odpadły długo przed tym zanim zapadł zmierzch. Po wszystkim wracasz umęczona, a mąż się cieszy, że idzie do pracy, bo wreszcie odpocznie.

I PO CO CI TO?


Hehe zabrzmiało strasznie? Nie. To zwykła codzienność. Z dziećmi nie da się nic zaplanować. Zaskakują na każdym kroku. Czasem pozytywnie, czasem są kłopoty, ale to absolutna norma prawda? Więc po co wspólne wakacje? Byśmy byli razem. Byśmy wspólnie spędzali czas. Byśmy wreszcie mieli czas na poświęcenie dziecku 100 % naszej uwagi. By nie słyszały Poczekaj, Zaraz, Potem, Za chwilę, Teraz nie mogę, Idź się pobaw, Później... Założyłam rodzinę, by dzielić z nią życie i wspólnie spędzać czas. Owszem wakacje z dzieckiem to już nie to samo, ale... wakacje nas zbliżają, wakacje nas uczą, wakacje dają nam chwilę wytchnienia od codzienności, od pośpiechu, od obowiązków. To w wakacje nie martwimy się codziennością, nie odbieramy telefonów służbowych, nie jeździmy po zakupy, nie  sprzątamy, nie gotujemy. Mamy czas dla naszych pociech. Poznajemy nowe miejsca, nowych ludzi, nowe smaki. Poznajemy siebie nawzajem. Jesteśmy tu i teraz. 

Tak, nie wygląda to już tak, jak niegdyś, ale każdy etap w życiu rządzi się swoimi prawami. Nie wyobrażam sobie jechać na urlop bez dzieci. Nie po to decydowałam się na bycie mamą, by przed dziećmi uciekać. Nie powiem, że mi się to nie marzy. Oddałabym wszystko za Dzień w SPA. Dzień w ciszy i spokoju, gdzie to ktoś inny zadba o moje potrzeby i mnie porozpieszcza. Dzień pełen egoizmu i rozkoszy. Jednak dzień, góra dwa, mi w zupełności wystarczą.

Im dziecko mniejsze, tym bardziej potrzebuje bliskości rodzica. To tak szybko mija. Zanim się obejrzę, będę miała w domu nastolatki, dla których wychodzenie gdzieś z mamą to obciach. Będę wówczas tęskniła za tymi momentami i wspominała, jak Maja rzucała się w radości w piach, jej radość w oczach na widok morza, umorusaną lodami buzię, piach we włosach, okrzyki Emisia z tylnego siedzenia. W życiu na wszystko przychodzi pora. Fajnie jest być razem. Nawet jak to wszystko nie wygląda jakbyśmy chcieli, jak sobie wymarzyliśmy, jak było kiedyś. Ale, ja nie chcę inaczej. Mój mąż też nie. Nie umiem być bez nich. Na wakacje bezwzględnie tylko z nimi. Jesteśmy rodziną! Chcę widzieć ich radość, chcę byśmy wspólnie poznawali świat, chcę odkrywać go przed moimi dziećmi. I już myślę o kolejnych wyprawach.

Czy wakacje z dziećmi to wciąż wakacje? Oczywiście, że tak. Nie da się zrobić urlopu od bycia mamą. 

A Ty co o tym sądzisz? Jak spędzacie wakacje? Wspólnie czy osobno? 



Połowa wakacji za Nami, dzieci rosną, zmieniają się, a ja nadal nie śpię. Tak w skrócie mogę opisać miniony miesiąc, choć oczywiście działo się jeszcze kilka rzeczy. Muszę przyznać, że przy drugim dziecku czas płynie jeszcze szybciej, acz wszystko jest jakby bardziej wyważone i mniej ekscytujące, bardziej stonowane. Oczywiście piętrzą się kolejne trudności, problemy i wyzwania, ale jako mama, czuję się bardziej spokojna względem Emilii.

Zaczęliśmy od wyjazdu do Wrocławia. Pierwsza dalsza wycieczka Emi. Było świetnie, choć za wiele nie widzieliśmy. Albo Emi się zalała, albo Maja była zmęczona, a to zaczęło padać. Pokręciliśmy się po starym mieście i zaliczyliśmy wrocławskie zoo. Najważniejsze jednak dla Nas to wspólne spędzenie czasu i w innych okolicznościach przyrody. Ja potrzebowałam odmiany, a dzieci - czasu z tatą i mamą - bez zakupów, sprzątania i domowych obowiązków. Obawiałam się podróży, ale dziewczynki ją przespały i to w obie strony. Idealnie. Tylko Emi się jednak roztroiła. Po powrocie nie chciała nawet spojrzeć na wózek. I przez kolejne dni nie było żadnego spania. Chyba ją przeładowaliśmy bodźcami. Tylko cycuś i noszenie na rękach. Jednak dla takich maluszków wyjazdy są bardzo stresujące. Tym bardziej, że jednocześnie zaliczyliśmy skok rozwojowy.

Tak, tak, Emisia nauczyła się obracać na brzusio. I jak raz się udało, tak robi to ciągle. Co więcej, uwielbia na brzuszku leżeć - również we wózeczku. Co dla nas jest nowością, bo Maja tego po prostu nienawidziła. Na każdym kroku widzę, jak dziewczyny są od siebie różne. Teraz nam się ciągle dźwiga, więc podejrzewam, że dość szybko też usiądzie. Dźwiga główkę już bardzo wysoko i płynnie nią obraca, gdy tylko jest się za co złapać, stara się podźwignąć do góry. Absolutnie nie chce leżeć. Jest ciekawa świata. Wszystko chce zobaczyć, wszystko dotknąć, wszystkiego posmakować.

Nocki nadal ciężkie i to bardzo. Praktycznie nie ma nocy, podczas której nie spałabym na siedząco. Chyba już wręcz do tego przywykłam. Jestem tak przemęczona, że jak tylko siadam do karmienia, natychmiast sama zasypiam. Pewnie szybciej niż Emisia. Między 4 a 6 t nad ranem mamy istne Kongo. Nie ma spania, tylko na rękach, przy cycu albo na mnie. Co ją odłożymy - budzi się. Bierzemy na rączki - natychmiast zasypia. Nie zna litości. Chce być blisko i koniec. W ciągu dnia ciężko o spanie inne niż podczas karmienia piersią. I ciągle ulewanie. No niestety nie polepsza się. Chyba faktycznie wybierzemy się do lekarza, bo to już za długo trwa, a jak zaczniemy wprowadzanie stałych pokarmów... nie chcę myśleć, co to będzie
 
Majeczka nadal jest zagubiona. Bywają dni, kiedy jest dobrze, a bywają takie, gdy mam ochotę wysłać ją w kosmos lub uciekać, gdzie pieprz rośnie. No ciężko jej to sobie poukładać. Robi się coraz bardziej zazdrosna, co najbardziej widoczne jest, gdy karmię. Miejmy nadzieję, że wspólne wakacje nieco podratują sytuację. Przynajmniej teraz już wiem, jak mam z nią postępować i co jej mówić. Ma w sobie tyle emocji, że ciężko jest je wyciszyć, przeżyć i funkcjonować.


Lato w lipcu nas nie rozpieszczało, ale nadrobiliśmy nieco towarzyszko. No i były to ciągłe przygotowania: do wakacji i do przedszkola. Tak, tak - ja muszę się psychicznie przygotować, że muszę oddać obcym dziecko. Boję się bardzo jaka będzie Pani, jak zareaguje Maja, czy to oby nie będzie zbyt wiele? Siostra? Przedszkole? Już się zaopatrzyłam w pomoce dydaktyczne i po powrocie z wakacji muszę się dokształcić i odpowiednio przygotować Maję. Czyli rozmawiać, rozmawiać i wpajać, że mamie trzeba mówić o wszystkim. 

A Ty jakie masz doświadczenia przedszkolne? Może masz dla mnie jakieś złote rady? No i jak mijają Ci wakacje? Nam jakoś wyjątkowo szybko. Nie mogę uwierzyć, że połowa za nami.
 
 

#CZYTAJZNAMI to kampania blogerek, którzy należą do Klubu Książki "Przeczytaj i Podaj Dalej". Naszym celem było zachęcenie czytelników do czytania książek, ukazanie jak wszechstronne jest czytanie, jak wiele gatunków literackich istnieje, jak różne jesteśmy my, a przez to różne są książki po które sięgamy. Pragnęłyśmy zarazić swoją pasją innych, a przede wszystkim pokazać, że nie jesteśmy statystycznymi Polkami. 

To już ostatnie podsumowanie. Ostatnie, bo było ich więcej. To już czwarte. W kampanii wzięły udział 43 wspaniałe dziewczyny i  w przeciągu 42 tygodni powstały 42 wspaniałe teksty. Na czym to polegało? Co tydzień inna z nas zapraszała 3 dziewczyny do wpisu gościnnego rzucając jakiś temat. A tematyka była naprawdę zaskakująca i nieprawdopodobnie kreatywna. Sama bym w życiu nie wymyśliła tak wielu wspaniałych tekstów. Sama zobacz. Jestem przekonana, że jeśli nie czytasz, to zaczniesz, bo znajdziesz tu coś dla siebie. Jeśli czytasz, to poniższe wpisy będą dla Ciebie źródłem inspiracji i zaczniesz jak szalona dopisywać pozycje do Twojej listy MUST READ.

Oto ostatnie 12  wpisów w ramach naszej akcji:

1. Zestawienie otwiera Kasia - autorka bloga  KATARZYNAGRZEBYK.PL, która wpadła na genialny pomysł i zapytała dziewczyny czego i od kogo chciałyby się nauczyć. Bo która z Nas czytających, nie marzy o tym by napisać własną książkę? 

2. Karolina z WARIACJE( NIE ZAWSZE) NA TEMAT chciała nam podnieść ciśnienie. Dlatego poprosiła o wskazanie książki lub autora, który je najbardziej zbulwersował.  W końcu są takie książki prawda? I niestety zwykle je pamiętamy. 

3. Ela z SONRISABOOKS.BLOGSPOT.COM mnie zaskoczyła, gdy rzuciła swój temat. Książki idealne za życiowym zakręcie. Jakie to? Dziewczyny wykazały się wrażliwością, ukazując różnorodność swoich charakterów i światopoglądów.

4. U Agi z NIEBIESKIEGO STOLICZKA zjadziesz książkę z zakończeniem, które wdeptało dziewczyny w ziemi. Brzmi intrygująco?

5. Weronika FAN OF BOOKS nie zgadza się na wszystko, co jej autor oferuje. Dlatego zapytała o  książki, w której dziewczny chętnie zmieniłyby fabułę. Wyobrażacie sobie czasem książkę, której akcja toczy się zupełnie innym torem? gdzie bohater wcale nie jest głównym bohaterem, a miłość nie zawsze kończy się dobrze?

6. Dzięki Karolinie z KARO PISZE TU rozmarzysz się i możesz ujrzeć swojego partnera z nieco innej perspektywy. No właśnie. Z kim chciałabyś spędzić resztę życia. Kto dla Ciebie jest mężczyzną idealnym? oczywiście mowa o księciu z bajki.. 

7. Paulina z CZYTAJ NA WALIZKACH chciałaby zekranizować kilka książek. Podobnie jak dziewczyny, które u niej pisały.

8. Aleksandra z PARAPETU LITERACKIEGO lubi, gdy książka coś w nas zmienia, otwiera nieznane drzwi, otwiera oczy, daje nowe możliwości.

9. Aga z LIFESTYLE BY AGNIESZKA swoją pasją do czytania chciałaby zarazić każdego, dlatego dziewczyny poprosiła o pomoc, pytając wprost jaką książką zachęciłyby dorosłą osobę do czytania? 

10. Paulina zYAKIE - FAYNE.pl pokazuje wielorakość emocji, jakie potrafi wzbudzić w nas autor - niekiedy mocno skrajnych, bo jak można kochać i nienawidzić jednocześnie? 

11. Ewelina z BLAIR CZYTA również lubi kino, dlatego temat się powtórzył, ale książki i dziewczyny nie, dlatego koniecznie musisz tu zajrzeć, by poznać książki, które muszą mieć finał na dużym ekranie. Gwarantuję, że z Eweliną zostaniesz na dłużej.

12. Na koniec zapraszam do Kasi z ANTOSIEWICZ.EDU.PL, która dołączyła do nas w ostatniej chwili. Mam nadzieję, że swojej decyzji nie żałuję, bo wpis powstał bardzo ciekawy, a dziewczyny okazały się "łaskawe" dając niektórym autorom drugą szansę. Ty dajesz? Bo ja rzadko. 




Mam nadzieję, że poczułaś się zaintrygowana i już rozpoczęłaś floating po blogach? Pamiętaj, że to nie wszystko! Poniżej znajdziesz kolejne 30 intrygujących linków i poznasz 30 innych, wspaniałych miejsc w sieci:


Z tego miejsca chciałabym podziękować moim wspaniałym dziewczynom: za kreatywność, za zaangażowanie, za pomysłowość i codzienną dawkę inspiracji jakie otrzymuję od Was w Klubie i na Waszych Blogach. Bardzo dziękuję, że dołączyłyście i tak chętnie promowałyście akcję. Mam nadzieję, że dzięki nam znalazły się osoby, które sięgnęły po opisane przez Was książki. Cudownie było poznać Wasze blogi i Was same nieco bliżej.