Lubię robić zestawienia rzeczy, które chciałabym mieć. To taka moja tablica marzeń do spełniania. Co prawda tych materialnych, ale gdy matka siedzi w domu, lubi mieć przy sobie coś, co sprawia jej radość. Nie mam wielu zachciewanek. Są jednak takie rzeczy, które bardzo, ale to bardzo, chciałabym mieć dla siebie z różnych powodów. Niektóre ułatwiają mi życie, inne je uprzyjemniają. Od jeszcze innych jestem wręcz uzależniona. Bądź co bądź, zdecydowanie sprawiłyby mi wiele radości.

Co znalazło się w mojej jesiennej wish liście.

1. CZYTNIK - Kundelek, to było moje marzenie. Ciężko mi czytać tradycyjne, papierowe książki, które notabene uwielbiam. Podczas karmienia i usypiania Emi mam czas, który można wykorzystywać bardziej produktywnie, niż tylko bezmyślnie przeglądając facebooka. Można w tym czasie czytać. Książka jednak jest nieporęczna, ciężka i nie da się jej czytać w ciemnościach. Za to ebooki... Moje marzenie już zostało spełnione. Mam swojego wymarzonego kundelka, ale nie mogłam go nie umieścić w wishliście. To był mój cel tej jesieni, gdy tylko stary wyzionął ducha.

2. CIEPŁY KOC - oj marzy mi się ten z wełny czesankowej, ale... no właśnie ale... jego cena po prostu zabija i odbiera jakąkolwiek nadzieję. Może jednak, gdyby zrobić go samemu... kupić tylko wełnę... Hmnnnnn... coś mnie na druty bierze...

3. HERBATA  - dobra herbatka na wieczór to podstawa. Normalnie byłby grzaniec, ale... karmię piersią, więc zostaje herbata. Koniecznie sypana i koniecznie rooibos. Taką lubię najbardziej. Ewentualnie czarną, z sokiem malinowym i pomarańczą. Mmmmmmniammmm.

4.CIEPŁE SKARPETY - najlepiej puszyste, plecione, białe zakolanówki. Mam słabość do skarpet i słodkich kapcioszków. Nie są zbyt sexy, ale nie wyruszam na podboje, tylko zalegam na kanapie.

5. KSIĄŻKI - wiem, mam ich w domu pełno, jeszcze więcej na czytniku, ale to uzależnienie. Nie umiem przestać ich kupować. Zarówno dla mnie, jak i dla dziewczynek. Kim Holden poznałam dopiero w tym roku i tak zakochałam się w Promyczku i Gusie, że muszę przeczytać jeszcze te dwie. Muszę. A dla Mai i Emisi też mam mega długą listę.

6. FOTEL - choruję, od wielu, wielu lat na wielki, wygodny fotel do czytania. Tylko mój. Ze stoliczkiem, gdzie będę stawiała herbatę i wazon z kwiatkiem oraz lampą. Chyba zaczęłam o nim śnić jeszcze w liceum. Póki co, zostanie w sferze marzeń, bo miejsca w domu niestety na niego nie mamy. Kiedyś...

A Ty jakie masz jesienne czasoumilacze? Co Ci się marzy?
 
 
Są książki, po które sięgam w ciemno. Są gatunki, z którymi mi bardziej po drodze. Są też pozycje, po które sięgam dzięki namowom zaufanych znajomych mimo, iż mam zgoła odmienne preferencje. Autorkę Diane Chamberlain poznałam właśnie dzięki dziewczynom z Klubu Książki "Przeczytaj i podaj dalej". Obyczajówka nigdy mnie nie pociągała. Jednak postanowiłam przeczytać lekturę miesiąca i bardzo się polubiłyśmy, bo ciężko nazwać panią Chamberlain autorką powieści obyczajowych. Tu tajemnica skrywa tajemnicę. Opisany świat jest tak realny, że sama nie wiesz, czy to Ci się śniło, czy to było w książce. Z nadzieją na dobrą rozrywkę sięgnęłam zatem po "Światło nie może zgasnąć" i się nie zawiodłam.

Lubię autorów, którzy potrafią przenieść mnie w inny świat. Lubię takich, którzy odznaczają się lekkością pióra i wykazują znajomość ludzkiej psychiki. Wiedzą jakie emocje nami rządzą. Wiedzą jak zaskakiwać. Wiedzą jak sprawić, bym nie chciała odkładać książki.  Diane Chamberlain właśnie taka jest. Jej książki są pełne zaskakujących zwrotów akcji i tajemnic, jak również wspaniale nakreślonych bohaterów. 

Oliwię Simon, lekarkę z pogotowia w Kill Devil Hills polubiłam już od pierwszych stron. Dopiero przeniosła się z mężem z regionu Outer Banks i musi pracować w Wigilię Bożego Narodzenia. Nie układa jej się z mężem, a gdy kończy dyżur, karetka przywozi kobietę z raną postrzałową w serce. Olivia podejmuje się ratowania tej kobiety gołymi rękoma, gdy nagle poznaje twarz postrzelonej kobiety. Annie O 'Neill to miejscowa artystka, którą zna i uwielbia cała okolica. Kobieta umiera. Tym samym rodzi się pytanie, czy Olivia zrobiła wszystko, by uratować kobietę, przez którą rozpada się jej małżeństwo? Czy mąż do niej wróci? Zrozpaczona lekarka postanawia dowiedzieć się czegoś więcej o świętej Annie. A to, co odkryje zmieni jej życie na zawsze. Jej, jej męża oraz męża zabitej artystki.

Diane Chamberlain w bardzo przyjemny i przystępny sposób opowiada trudne historie. W swoich bohaterów wlewa bardzo silne emocje, z którymi starają się walczyć, które ich albo wyniszczają, albo ratują. Konstruuje tajemnice, które strona po stronie, doprowadzają nas do zaskakującej prawdy o ludzkich słabościach. Tajemnicach, które wpływają nie tylko na ich właścicieli, ale również wszystkich tych, z którymi ma styczność ich właściciel.

Co znajdziesz w tej książce? Romantyczny klimat wybrzeża Karoliny Północnej, historię latarni morskiej, niezwykle intensywne emocje, silne napięcie, sporo dramatyzmu oraz potężną dawkę niepewności. Poznasz też pewną sędziwą acz pełną werwy latarniczkę Mary Poor, która mocno tu namiesza, ale nie sposób jej nie polubić. Ta babunia to niezłe ziółko.

"Światło nie może zgasnąć" to powieść o miłości. Miłości trudnej, niespełnionej i tej obsesyjnej, wyniszczającej, zaślepiającej. Ale również miłości, która zaskakuje i spotyka nas w najmniej oczekiwanym momencie. Miłości, która potrafi leczyć rany. To opowieść o trudach wychowywania dzieci, o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o ciężarze po utracie bliskiej osoby. Przede wszystkim jednak to historia tajemnic, które nie zawsze wypływają na powierzchnię i zdradzie. 
Autorka zadaje bardzo ważne pytanie: jak dobrze znasz osobę, z którą żyjesz? Czy można wybaczyć zdradę? Czy zemsta przynosi ulgę?

Muszę przyznać, że książkę czytało mi się bardzo przyjemnie i ciężko było mi się od niej oderwać. Diane Chamberlain ma tę zdolność opisywania rzeczywistości, w taki sposób, że czytając, przed oczyma masz wszystkich bohaterów oraz miejsce, w którym się znajdują. Ten obraz jest bardzo wyraźny, przez co niezwykle realny. Polecam, bez dwóch zdań.



I mam niespodziankę! Dziś mijają 4 lata odkąd powstało SAVE THE MAGIC MOMENTS i dziś też mam dla Ciebie jeden egzemplarz tej książki? Masz ochotę ją przeczytać?
 
 Wystarczy, że:
  • Polubisz post konkursowy
  • Odpowiesz na pytanie: Dlaczego chcesz przeczytać powieść Diane Chalberlain?
Było by miło, gdybyś zechciała udostępnić post konkursowy lub powiadomić o zabawie znajomym.


Odpowiedzi możesz udzielać tu na blogu lub w poście konkursowym na Facebooku!
Co Ty na to? Grasz?

Książka wędruje do Pani TERESY KACZAŁY - serdecznie gratuluję!  Proszę o przesłanie danych kontaktowych. 
A wszystkim gorąco dziękuję za udział w konkursie. Kolejny już zaplanowany :)



Październik był dla nas miesiącem spokoju, wypoczywania w domu i spacerów. To czas, który spędziłam głównie z Emi, bowiem Maja przez bity miesiąc zdrowa chodziła do przedszkola. A my miałyśmy wreszcie czas dla siebie, bez wyrzutów sumienia, w 100%.

W tym miesiącu wreszcie miałam czas dla młodszej córy. Mogłyśmy razem spacerować, mogłyśmy się przytulać i bawić bez zazdrosnych spojrzeń, bez krzyków i bez nieustających prób zwrócenia na siebie uwagi starszej córki. Nogi mi czasem odmawiały posłuszeństwa, gdy dziecko usnąwszy w wózku, odlatywało na dwie godziny. Ale gdy świeciło słońce, a pod stopami szurały kolorowe liście, absolutnie nie narzekałam.

Emi zaczęła nam pląsać po całym mieszkaniu. Śmiesznie pełza, zawsze z lewą rączką z przodu, podczas gdy prawa jest zawsze ugięta pod buzią. Ostro ćwiczy do siadu, choć samodzielnie z leżenia wciąż nie usiadła. Ugina kolanka i odchyla się to do przodu to do tyłu, bujając się kilkakrotnie, by znów rozpłaszczyć się jak żaba. Czekamy, aż obczai jak posadzić pupusia. Rozszerzanie diety idzie nam opornie. Co matka do garów się zaprzęgnie, dziecko pluje. A przy słoiczku pięknie je. Z warzywami słabo, za to kaszki wcina jak ta lala. Najchętniej jadła by to, co my. Nawet brokułek w całości woli jeść sama niż jakiś zmiksowany. Jednak najfajniej jest, gdy jej coś smakuje. Wówczas niczym Kubuś Puchatek odśpiewuje nam swoje MRUCZANKI - MLASKANKI. Brzmi to po prostu uroczo. Wciąż nas zachwyca swoim uśmiechem, który nigdy nie gaśnie i trzepotem tych długich, zawijanych rzęs. No jest przesłodka i tak ciekawa świata. W tym miesiącu nauczyła się też mówić MAMA i BABA. O matko, jakie to było miłe, gdy pewnego dnia po prostu zaczęła mówić mama. I tak przez cały dzień. 

Z Mają są zupełnie różnie. Emisi jakby w ogóle nie było. Gdy tylko jest towarzystwo dziecko zajmuje się sobą, jest spokojne i ciche. Gdy jesteśmy same, zmienia się totalnie. Chce być non stop ze mną. Jest mega ciekawska. Już ściąga rzeczy z półek, czego Maja nigdy nie robiła. Nie było żadnych zabezpieczeń w domu. Maja nic nie ruszała, a Emi ostatnio do kontaktów biega. Podczas, gdy Maja spała mi w łóżeczku, z Emilią walczę o sen. Niestety śpi tylko na cycu, tylko na mnie. Choć był tydzień, gdy dawała się nawet odłożyć (choć nie trwało to dłużej niż 30 minut), o tyle teraz jak tylko wstaję, budzi się. Nie ma szans na odłożenie. Dzięki Bogu, że mąż kupił mi czytnik, przynajmniej sobie poczytam. Noce też są masakryczne. Nawet wieczorem, nie mogę wyjść. Bo między 20 a 22 budzi się do trzech razy. Ciężko, oj ciężko.

Coraz więcej kojarzy, rozumie, łączy fakty z osobami. Gdy Maja jest w przedszkolu szuka jej. Gdy tata wraca do domu, nie posiada się z radości.  Interesuje się wszystkim, co zobaczy i usłyszy. Uwielbia obserwować starszą siostrę. Jednak świat nadal poznaje poprzez wkładanie wszystkiego do buzi, choć zębów, jak nie było, tak nie ma.

Majunia jest przedszkolakiem pełną gębą. Kocha chodzić do przedszkola. W zeszłym tygodniu miała pasowanie na przedszkolaka. Dla Nas to mega przeżycie. Popłakałam się, gdy ją zobaczyłam. Matka - wariatka, co? Majucha śpiewa, tańczy, recytuje. Jak twierdzi jej wychowawczyni,  jest liderem w takich okolicznościach. Na zajęciach ponoć śpiewa najgłośniej, zawsze pamięta tekst. Dzieci po niej powtarzają. Niestety w domu tak super nie jest. Jest zazdrość o siostrę, badanie granic, wymuszanie i wieczny skowyt. Bo to już nie jest płacz. Moje dziecko wyje. Czy to kiedyś jej minie? Bo mnie cierpliwość minęła. 

Pod sam koniec miesiąca dopadła nas choroba. Zaczęło się od kataru, a teraz ja dojść do siebie nie mogę. Tak więc siedzimy w domku. Zrobiło się iście jesiennie. 



A Tobie, jak minął ten miesiąc?
 

Odkąd jestem mamą niezwykle dynamicznej dziewczynki, wciąż szukam nowych pomysłów na spędzenie weekendu. Nie chcemy tylko siedzieć w domu, choć  dla mnie jest to bardzo przyjemna opcja. Maja ma 3,5 roku i jest bardzo aktywna. Siedzenie w domu ją męczy. Rozpiera ją energia i kompletnie nie wie, co ze sobą robić. Potrzebuje nowych atrakcji. Poza tym uwielbia wszelakie wycieczki, wyjazdy oraz wyjścia. Szczególnie te rodzinne. 

O tym, że w Łodzi otworzono Papugarnię dowiedziałam się przez przypadek w przedszkolu. Czytaliśmy ogłoszenia na tablicy i okazało się, że starsza grupa miała wycieczkę. Uważam, że to znakomita opcja na weekend z dzieckiem.

PAPUPAPI otwarto dopiero we wrześniu tego roku. Miejsce jest dość niepozorne, bo jest to zwykły dom, który został tak zaadoptowany, by zarówno ptaki, jak i zwiedzający dobrze się tam czuli. Pomimo niewielkich rozmiarów, to bardzo ciekawe miejsce. Całe piętro jest zaadaptowane na potrzeby ptaków. To jedno wielkie pomieszczenie pełne lin, gałęzi, siatek. Na podłodze są trociny. Obsługa przemiła, a Wasze dzieciaczki mogą karmić ptaki, których jest naprawdę całkiem sporo, włącznie z przepiękną Arą. 


Maja z początku się troszeczkę bała, ale potem była przeszczęśliwa. Papugi siadają na rękach, a nawet głowach. Jest więc przy tym kupa śmiechu. Zwierzęta są oswojone, nie zrobią nikomu krzywdy. To na co zwracają uwagę opiekunowie, to by nie wchodzić w biżuterii, bo ptaki od razu próbują ją zabrać. Jedna papużka dobrała się do mojej obrączki, a inna chciała koniecznie wyjąć nam z torby Henia. 

To mega miłe miejsce. Świetnie się bawiliśmy. Właściciele nie wpuszczają na raz zbyt wielu osób, by nie było zbyt tłoczno. Troszkę współczuję papugom. Muszą być mega zmęczone ilością przewijających się dzieci oraz dorosłych, którzy non stop chcą je karmić, ale prawdę powiedziawszy wyglądały na zadowolone. Są bardzo towarzyskie.

Jedyne czego mi zabrakło to jakiś informacji o ptakach. Przydałyby się opisy gatunków papug, które są w papugarni albo osoby, która by o nich opowiada. Chętnie dowiedziałabym się jak się dana papużka nazywa, jakie jest jej środowisko naturalne, jak długo żyje, czym się odżywia, jakie ma zachowania. Co prawda nie pytałam, czy dla grup zorganizowanych przewidziane są takie "atrakcje" jak Opiekun Ptaków, który mógłby dzieciom przybliżyć nieco charakterystykę poszczególnych gatunków.  Jednak jak już pisałam, to bardzo świeże miejsce, które z pewnością się rozwinie. Coś czuję, że jeszcze nie raz się tam wybierzemy. 

A Wy jak lubicie spędzać czas ze swoimi pociechami? Szukacie lokalnych atrakcji? A może też jesteście z Łodzi? Byliście już w PAPUPAPI albo w jakimś innym ciekawym miejscu? My polecamy również słynne łódzkie muzeum kinematografii SE-MA-FOR.
 
 

Jako mama z pewnością spotkałaś się z takim pojęciem jak KANGUROWANIE. Domyślam się jednak, że kontakt "skóra do skóry" kojarzy Ci się wyłącznie z wcześniakami prawda? No właśnie. A tak naprawdę WHO swe zalecenia opracowało z myślą o wszystkich dzieciach. Nie mówi się o tym jednak na szkołach rodzenia. A przecież to jedna z najpiękniejszych form budowania relacji zaufania, poczucia bezpieczeństwa i miłości.

Sama długo myślałam, że Kangurowanie nie jest dla Nas. Oczywiście jak najbardziej walczyłam o to, by porodzie przez te dwie godziny dziecko było przeze mnie przytulane. O ile Majeczkę rodziłam w szpitalu prywatnym i było to zupełnie naturalne, o tyle z Emisią (choć szpital był ten sam, ale już nie prywatny) musiałam o to zadbać. Położna, co prawda grzecznie zapytała, czy może zabrać małą, ale dobitnie odmówiłam. Myślałam jednak, że na tym nasza przygoda z kangurowaniem powinna się zakończyć. Byłam w błędzie.


DLACZEGO KONTAKT SKÓRA DO SKÓRY JEST TAK WAŻNY PO PORODZIE?

 

Jak podkreśla położna Monika Jodłowska „Pierwsze minuty po porodzie przy kontakcie „skóra do skóry” to czas wyrównania oddechu, rytmu serca, temperatury ciała noworodka oraz wymiany flory bakteryjnej pomiędzy rodzicem a noworodkiem, niezwykle ważna ze względu na późniejszą odporność dziecka na choroby i alergie. Kangurowanie wpływa na obniżenie poziomu stresu związanego z porodem i działaniem bodźców zewnętrznych, podnosi poczucie bezpieczeństwa, uspokaja, stanowi integralną część procesu laktacyjnego, pomaga tworzyć więzi między matką a dzieckiem, a wcześniakom pomaga zmniejszyć stres związany z rozdzieleniem z matką i pobytem w inkubatorze, co pozytywnie wpływa na stabilizację parametrów życiowych”.

Jako mama mogę tylko dodać, że to jedna z najpiękniejszych, najbardziej intymnych chwil w moim życiu. Ten moment spotkania, poznania, zakochania jest wypełniony magia po brzegi. Rozlewa w sercu matki miłość i koi ból. Dla ojca ten moment również jest szczególny. Pierwszy obraz ukochanej kobiety, z wyczekanym dzieckiem na jej rękach jest chwilą, którą zapamięta do końca życia.


NIE TYLKO DLA WCZEŚNIAKÓW. NIE TYLKO TUŻ PO PORODZIE.


Paweł Zawitkowski twierdzi, że „Kangurowanie wydaje się najbardziej naturalną formą bliskości mamy i dziecka. Pomaga w regulacji funkcjonowania organizmu noworodka i niemowlęcia nie tylko w sytuacjach stresowych (zaraz po porodzie, w szpitalu, czy w procesie leczenia), ale jest podstawą naturalnej stymulacji rozwoju małego dziecka w każdej przestrzeni: emocjonalnej, społecznej, poznawczej, biologicznej”. Dlatego zalecane jest nie tylko te dwie godziny po porodzie, ale do czasu, aż dziecko samo odmówi. Co ma miejsce mniej więcej koło czwartego, piątego miesiąca. Wówczas świat zaczyna bardziej interesować, absorbować, bo zmysły się rozwijają zaś zdolności motoryczne pozwalają na samodzielne kręcenie głową i podążanie za światłem i dźwiękiem. 

Kangurorować powinno się dziecko przynajmniej 2 godziny dziennie. Czy to robiłam? Chyba na swój własny sposób, bo nigdy nie robiliśmy tego dosłownie. Nie rozbierałam ani siebie, ani dziewczynek. Częściej robił to mój mąż. Zupełnie przez przypadek. Z gorąca. Natomiast obie były przez nas przytulane, noszone i tak właśnie spały. Na nas. Majeczka miała problemy z brzuszkiem. Często tylko w ten sposób spała. My siedząc na łóżku, dziecko śpiąc na nas. Emisia ulewała, więc wyglądało to podobnie. Z Emisią dodatkowo się chustowałyśmy. Dopiero później odkryłam, że istnieją koszulki do kangurowania. I to i dla mamy, i dla taty. Dopiero później zrozumiałam, że kangurowanie jest nie tylko dla wcześniaków, ani dla noworodków, na 2 godziny po urodzeniu.

Wśród starszego pokolenia króluje przekonanie, że dzieci się nie nosi, bo się przyzwyczają. To bzdura. Proszę nie wierz w to. Nie mniej żadnych obiekcji. Noszenie, przytulanie, kangurowanie są dla dzieci niezastąpioną formą terapii. Kangurowane noworodki łatwiej przybierają na wadze, szybciej wzmacnia się ich system immunologiczny, szybciej rozwija się ich mózg. Podobno też te dzieci lepiej śpią, rzadziej mają kolki. 

Kangurowanie wpływa również pozytywnie na kangurującego. Mamie pomaga w regulacji hormonalnej. Dotyk jest zbawienny dla każdego. Buduje relacje, reguluje emocje, stymuluje wszsytkie zmysły. To wreszcie czysta przyjemność. Znaczenie kontaktu "Skóra do skóry" dla dziecka jest niepodważalne, dlatego warto o tym mówić, warto uświadamiać rodziców. 

Tak mało z Nas wie, że KANGUROWANIE jest nie tylko dla wcześniaków. Nie tylko dla mam. Kangurować może również tata. Powiedziałabym, że nawet powinien. Czemu? Żeby to poczuć! Poczuć tę magię bliskości. By od początku budować bliską relację. Tak to my kobiety jesteśmy uprzywilejowane. To my rodzimy, to my nosimy przez 9 miesięcy w brzuchu, to my karmimy piersią. Jednak tatusiowie mogą robić wszystko inne, do czego mocno zachęcam. Im wcześniej zaczniecie, tym lepiej.


Kampania „Rodzice Kangury” została zainicjowana przez podmioty medyczne: Szpital Specjalistyczny im. Św. Rodziny w Warszawie i podmiot leczniczy Medbest Care oraz osoby profesjonalnie związane z opieką nad matką i noworodkiem, które stały się ekspertami kampanii.