Maj to zdecydowanie był nasz czas. Dzieci wyszły z chorób, pogoda dopisała, a my skakaliśmy tylko z imprezy na imprezę, w ciągłych przygotowaniach do kolejnych uroczystości, rodzinnie, razem, tak jak lubię najbardziej. Wreszcie zaczęliśmy żyć na pełnej petardzie.

Oj tak, imprezowy szał nas ogarnął. W maju okazja goniła okazję, by celebrować życie, uczcić nasze małe święta i totalnie się rozpieniężyć. Zaczęliśmy od urodzin dziadka, poprzez majóweczkę, która w tym roku była nad wyraz udana, bo odwiedziliśmy wreszcie najbliższą rodzinkę na Opolszczyźnie, przeżyliśmy moje 35 urodziny, szósty już start Majucha w zawodach sportowych, urodziny Majeczki, złapaliśmy nieco oddechu, a następnie świętowaliśmy Dzień Matki :) Po raz pierwszy byłam w przedszkolu na uroczystości zorganizowanej dla mam. Najadłam się ciast i tortów. Oj wręcz się obżarłam. Wypiłam morze Pikolaka. Narobiłam tysiące zdjęć i widziałam najcudniejsze uśmiechy pod słońcem.

A dzieci? Emisia postawiła na rozwój ruchowy. Chodzi, biega, podnosi nóżki do góry, wspina się na wszystko na co może. Jest nieugięta. Przewróci się, to tylko nas informuje, że zrobiła bach i leci dalej. Żadnego płaczu. Minimum żalu, maksimum determinacji. Przecież musi dogonić starszą siostrę. Jestem naprawdę pod wrażeniem jej zaciętości. Jeśli chodzi o mowę, kompletnie się mała zatrzymała. Pozostaje nam mama, tata, baba, dziadzia, kom (czyli daj), Aja (Maja), bach. I to na tyle. Nie przejmuje się tym kompletnie. Wierzę, że na wszystko nam przyjdzie czas. Nadziwić się jednak nie mogę, jak dziewczynki mimo niezaprzeczalnego podobieństwa fizycznego, różnią się charakterem, poziomem rozwoju, umiejętnościami. 

 
 
Podczas, gdy Ema biega jak szalona i złapać się nie daje, Maja na tym etapie chodziła tylko za rączkę. Gdy Ema przemawia do nas swoim językiem, którego nikt nie rozumie i wydaje śmieszne dźwięki przypominające echolokację, Maja wypowiadała coraz bardziej skomplikowane wyrazy, jak RABARBAR, dziura, burza czy konewka (kawka w jej wykonaniu). Mówiła: auto, cyca, daj, ciumcium (czyli pić), pada. Emisia boi się psów, woli ptaki. Maja kochała wszystkie sierściuchy. Gdy Emisia jedzie na dziadków na wieś, nie schodzi mi z rąk. Nie chce pląsać wesoło po trawie, nie wącha kwiatuszków, bo paraliżuje ją totalnie pies. Maja uwielbiała być w ogrodzie. Podziwiała listki tańczące na wietrze, porównywała kolory kwiatów i radośnie podlewała z babcią swoją małą koneweczką. 
 
Emisia ogólnie jest bardzo żywotną dziewczynką. Wchodzi wszędzie, otwiera mi wszystkie szafki (gdzie kompletnie nie miałam tego problemu z Majuchą), rysuje po ścianach, wykładzinie, szybach, gdzie tylko się da. Maja mi raz pomalowała ścianę i to na tyle. Nie słucha się, robi co chce. Gdy nie otrzyma czegoś, co upatrzyła, robi mi taki płacz, że aż nie wiem, co mam zrobić. Sama wchodzi na krzesełko, wręcz zrzuca z niego Maję. Maluje kredkami. No i uwaga! Zaczęła dawać okładać się do łóżeczka, co u Nas jest niesamowitym krokiem milowym na przód. Nie codziennie, nie zawsze, nie na długo. Ale to zawsze coś. Ma jej się ku dobremu. Mam nadzieję. 
 
Dla Majeczki zaś maj był miesiącem walki o zdrowie: laryngolog, ortodonta, logopeda i konsultant SI. Oj sporo tego, a to jeszcze nie koniec, bo musimy skonsultować się również z rehabilitantem oraz kardiologiem, a także rozpocząć zajęcia logopedyczne i sensoryczne. Ciągle coś. Długa, żmudna droga przed nami, jednak mam nadzieję, że wyjdziemy na prostą. Trzeba się spiąć, zorganizować i działać.

W maju zaliczyła kolejny bieg i wiecie co? Zajęła szóste miejsce, co jak się okazało, było dodatkowo nagradzane. Stanęła lala przy podium, uścisnęła dłoń burmistrza, dostała dyplom oraz nagrodę i była najszczęśliwsza na świecie. Nawet nie wiecie, jak mi wówczas serce rośnie, patrząc jaka ona jest uchachana. Daje jej to tyle radości i satysfakcji. Tylko prosi o wyszukanie kolejnych biegów.

O taki był maj. Piękny, prawda? Oczywiście sielanki non stop nie było. Emocje nadal u czterolatka odgrywają pierwsze skrzypce, a zamiast symfonii w domu czasem istna kakofonia się odgrywa, ale staramy się, staramy, jak możemy. Trzymajcie za nas kciuki.

 

Na blogu w maju objęłam swój pierwszy patronat, co dla mnie jest nie lada zaszczytem. Mąż mówi, że zostałam mecenasem sztuki. Podoba mi się to żartobliwe określenie. Tak więc, puszczając oczko, zapraszam na recenzję książki Natalii Sońskiej "Cała przyjemność po mojej stronie". Jest mnie tu zdecydowanie mniej, za to, gdy już się pojawiam, zawsze staram się robić to z jeszcze większym zaangażowaniem.

A jaki dla Was był maj?



Wielkimi krokami zbliżają się upragnione wakacje. Upragniony czas odpoczynku, relaksu i ucieczki od dnia powszedniego. Choć od dawna jestem dorosła, w okresie wakacyjnym zawsze czuję powiew dzieciństwa. Mam lenia, a jednocześnie niesamowitą energię do działania. Co roku nie mogę się doczekać końca roku szkolnego i choć to nie mnie dzwoni dzwonek obwieszczający labę, to ja i tak tego dnia chodzę szczęśliwa. Wakacje muszą być wyjątkowe. Dlatego zawsze szukam wyjątkowych miejsc, na spędzenie czasu z rodzinką. Odkąd założyłam bloga, marzyłam o tym, by móc polecać miejsca szczególnie przyjazne dzieciom. Takie naprawdę godne polecenia, które zostały stworzone właśnie z myślą o rodzinach z dziećmi. Jednak, tak naprawdę, dopiero w tym roku udało mi się odnaleźć miejsce, w które chcę wrócić i mogę polecić z czystym sumieniem. To miejsce, z którego żal było wyjeżdżać, w którym było dobrze zarówno nam, jak i dzieciom, w którym czuliśmy się zrelaksowani, szczęśliwi i w którym było nam po prostu dobrze. Weekend czerwcowy spędziliśmy w Zawiatach, urokliwym ośrodku na Kaszubach.

Zawiaty to bardzo specyficzne miejsce, bo stworzone z myślą o dzieciach. Tak naprawdę można z ośrodka się kompletnie nie ruszać, a i  tak nie da się tam nudzić. Jest tam wszystko. Kompletne wyżywienie, komfortowe domki, animacje, infrastruktura i menu dla dzieci, sprzęty wodne, mała plaża z pomostem oraz szereg atrakcji. W domku zaś w na życzenie dostaniecie łóżeczko dla maluszka, wanienkę, krzesełko do karmienia, a nawet nakładkę na toaletę wraz z podestem. Dla nas to cudowna rzecz, bo nie trzeba wozić wszystkiego ze sobą. Łóżeczko jest drewniane, z materacem i zestawem pościeli. Masz więc ten komfort, że Twoje dziecko nie śpi na dykcie. Dlaczego o tym piszę? Bo w większości ośrodków zwykle otrzymuje się łóżeczko turystyczne zupełnie gołe, bez materaca, co oznacza, że dziecko śpi na twardej, rozkładanej dykcie. Nie wiem, jak Tobie, ale mnie to bardzo przeszkadza. Nie znam dorosłej osoby, która śpi na stelażu łóżka zamiast na materacu, a Ty? Dlaczego więc dziecko ma spać na czymś tak niekomfortowym? W Zawiatach nie mieliśmy z tym żadnego problemu.

Drewniane domki rozsiane na terenie ośrodka, są ułożone tak, że zapewniają uczucie prywatności, a co za tym idzie komfortu. Ulokowane w lesie, nad przepięknym, malowniczym Jeziorem Jasień zapewniają stały kontakt z przyrodą. Gdy tylko pogoda dopisuje, a nam jej nie zabrakło, przebywacie caluteńki dzień na dworze, w zacisznym miejscu, gdzie słychać śpiew ptaków i piski szczęśliwych dzieci. Do tego czyste powietrze. Czy można chcieć czegoś więcej?


Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom miejsce przyjazne dzieciom Po raz pierwszy byliśmy też w miejscu, gdzie nie musieliśmy martwić się o jedzenie, bo wykupując pobyt "rodzinne wakacje", w cenę wchodzi pełne wyżywienie, wraz z dodatkowym posiłkiem dla dziecka w południe. A podczas posiłków zawsze znajdzie się owsianka, ryż z owocami, czy inne potrawy odpowiednie dla małego podniebienia.

Podczas naszego pobytu nie zabrakło również specjalnie przygotowanych atrakcji. Dla dzieci są aż 5 godzin animacji dziennie, dla maluszków specjalna sala zabaw. Wieczorami dziecięca dyskoteka lub ognisko. Ośrodek jest przygotowany nawet na niepogodę, bo znajdziecie tam małą biblioteczkę dla dzieci, wraz z  zestawem gier oraz bibliotekę dla rodziców. Ponieważ nam pogoda dopisała, ciągle mieliśmy zajęcie. Mai szczególnie do gustu przypadła tyrolka, na której zjeżdżała na raz ze swoją koleżanką. Nie powiem, mnie ta opcja też bardzo przypadła do gustu. Do dyspozycji był też świetny plac zabaw, trampoliny, domek na drzewie czy boisko.

Szczerze mówiąc, nie udało nam się skorzystać z połowy tego, co oferuje to miejsce. Dziewczyny wcześnie chodzą spać szczególnie, gdy cały dzień brykają na dworze i mają tak wiele nowych doznań. Będąc w ciągłej euforii, wieczorem padały jak muchy. Właśnie wówczas, gdy odbywała się dyskoteka dla dzieci czy ognisko. Za to byliśmy pierwsi, którzy zaczynali dzień. Ze względu na upał nie wybraliśmy się również na wycieczkę rowerową, czego bardzo żałuję, bo rowery z fotelikami dla dzieci również były dostępne, ani nie zwiedziliśmy okolicy. Jednak zawsze mam pretekst by wrócić w to miejsce, prawda?

To, co najważniejsze dla mnie to fakt, że mogliśmy być non stop razem i to na powietrzu. Biegaliśmy tylko z tyrolki, na pomost albo na plac zabaw. Zarówno Emisia jak i Maja były totalnie zachwycone. Nie odważyliśmy się wypożyczyć kajaka, ani łódki. Nasze dzieci są zbyt żywotne i obawiam się, że skończyło by się to przymusową, rodzinną kąpielą w jeziorze. Łypałam jedynie zazdrosnym okiem na rodziny ze starszymi dziećmi, które wypływają na to bajkowe jezioro, pocieszając się jedynie tym, że przez żar lejący się z nieba, przynajmniej uniknę mdłości i poparzenia słonecznego. Pogoda bowiem była nieprawdopodobna. Wręcz chowaliśmy się przed słońcem. No i ten widok. Mogłabym tak leżeć na tym pomoście cały dzień i patrzeć w wielki błękit.


Miejscce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciomMiejsce przyjazne dzieciom
Dla nas to był wspaniały czas, gdy jedyną rzeczą o którą dbaliśmy była nasza rodzinka. Bawiliśmy się świetnie, a Maja po raz pierwszy poznała koleżankę, której najchętniej nawet na chwilę by nie opuszczała. Bawiły się, chodziły za rękę jak siostry, razem jadały posiłki, razem biegały na animacje, razem zjeżdżały na tyrolce. Serce rosło, patrząc na taką rozkwitającą pierwszą przyjaźń. Szkoda tylko, że koleżanka nie jest z naszego miasta i mieszka tak bardzo daleko.

Pięć dni minęło tak przyjemnie, że ani się obejrzeliśmy, a  trzeba było wracać do domku. I powiem szczerze, że po raz pierwszy w życiu nie miałam na to ochoty. Zwykle wychodzę z założenia, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, ale stamtąd naprawdę nie chciałam wyjeżdżać. Dziewczynki spały sobie razem w pokoiku, Emisia wreszcie się przemogła i zaczęła nam chodzić po trawie, nauczyła się też wchodzić i schodzić po schodach, Mai uśmiech z twarzy nie schodził, a  my wreszcie poczuliśmy luz, którego tak bardzo potrzebowaliśmy. Oczywiście nocki mieliśmy, jak zawsze, pełne pobudek, ale za to dni wypełnione totalnym, błogim lenistwem.

W takich miejscach jak Zawiaty czas płynie inaczej. Nie liczy się w godzinach, a w ilości uśmiechów. To miejsce, gdzie można prawdziwie wypocząć, zrelaksować się, poczuć dystans do codziennych problemów.  I nawet nie chodzi o samą infrastrukturę, wspaniale przygotowane dla gości atrakcje, czy fakt, że nie muszę sprzątać, ani gotować, czy o przepięknie położenie tego miejsca, na łonie natury, w lesie, nad  cudnym jeziorem. Myślę, że to magiczne połączenie wszystkich tych części składowych stanowi o jego atrakcyjności.


Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciom Zdecydowanie polecam. Ciężko było mi wrócić do rzeczywistości, oj bardzo. Na Instagramie wciąż spamuje Was zdjęciami z wyjazdu. Widzieliście już?

 


Ps. Kochani, dwa dni temu czytelniczka dała mi znać, że na fanpagu Zawiatów rozpoczął się konkurs, w którym do wygrania jest TYGODNIOWY POBYT W OŚRODKU dla CAŁEJ RODZINY! Gracie? My chyba spróbujemy naszych sił. Jak tata nie dostanie urlopu, pojedziemy z babcią, a co!


Byliście już w Zawiatach? A może znacie takie wspaniałe miejsca dla rodziców z dzieciaczkami? Koniecznie dajcie znać.
 
Natalia Sońska
Lubię zapach książek. To przyjemne, gdy roztacza nad czytelnikiem swoją woń.  Pachnie aromatami, którymi pragnie uraczyć mnie autor. Uwielbiam wręcz, gdy książka pobudza nie tylko wyobraźnię, ale i zmysły. A gdy w obroty weźmie, i smak, i węch, zatapiam się w magicznym świecie prozy z prawdziwą rozkoszą. Właśnie taka jest najnowsza książka Natalii Sońskiej, apetyczna i aromatyczna. Przepełniona ciepłem oraz słodko - gorzkimi smakami.
 
CAŁA PRZYJEMNOŚĆ PO MOJEJ STONIE to pierwszy tom serii "Jagodowe serce". To powieść pachnąca sernikiem, wanilią i miłością. To książka o budowaniu życia na nowo, o ciężkiej stracie, rodzinnych tragediach, bolesnym rozstaniu, toksycznym związku oraz wielkiej pasji. To lekka, przyjemna i bardzo apetyczna opowieść dla kobiet, które pragną zatracić się w ciepłej, otulającej niczym koc, lekturze.
 
Pasją Jagody Mazurek są wypieki. Rzuciła pracę w korporacji, by zatrudnić się w cukierni "Słodka", która mieści się na parterze jej odziedziczonej po zmarłej ciotce kamienicy. Bohaterka w kuchni czyni cuda: piecze, lukruje, ozdabia tworząc prawdziwą magię dla podniebień swoich klientów. Jednym z nich jest niezwykle elegancki i przystojny Tomasz, który najchętniej kupuje ciasta właśnie z rąk wesołej, kulturalnej i szeroko uśmiechniętej Jagody. Stały klient zjawia się regularnie, w każdą niedzielę, nie spuszczając z niej oczu. Czy ta jednak zainteresuje się obcym mężczyzną, gdy sama właśnie złożyła pozew o rozwód? Czy zdrady męża faktycznie spływają po niej, jak po kaczce? A może wesołe usposobienie to tylko fasada, za którą chowa się zawstydzona i zakompleksiona kobieta, która  o swojej "porażce" lęka się poinformować nawet brata bliźniaka.

Autorka stworzyła przesympatycznych bohaterów, z krwi i kości, których życie nie oszczędza. Oto spotykają się kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością. Może właśnie dlatego tak łatwo jest ich polubić? Bo są tak naturalni? Do tego dobrzy? Przecież chcemy wierzyć, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy z natury są dobrzy, którzy postępują właściwie, którzy są kulturalni, liczą się z innymi i kierują się w życiu zasadami moralnymi? A może dlatego, że życie jest jeszcze bardziej gorzkie? 
 
Książce słodkości zdecydowanie dodaje cukiernicza pasja Jagody. Wypieki opisywane są z takim kunsztem i namaszczeniem, że ślinka cieknie co kilka stron. W przerwach między czytaniem sama nie wytrzymałam i pobiegłam do kuchni, by wraz z mężem upichcić ukochanego drożdżowca z truskawkami. Myślę, że za to pokochałam Jagodę. Też kocham piec, też  poprawia mi to nastrój. Nie mam oczywiście takiego talentu, ale uwielbiam ten aromat roznoszący się po mieszkaniu i pierwszy kęs idealnie wypieczonego ciasta. Tak, na głodniaka absolutnie nie można się brać za tą lekturę. Na diecie też nie polecam. Za bardzo kusi, za dobrze opisuje doznania. Przygotuj się, że nieco uślinisz stronice, albo utłuścisz je czekoladą. Masz to jak w banku.

CAŁA PRZYJEMNOŚĆ PO MOJEJ STRONIE to książka o budowaniu życia na nowo, o drugiej szansie, jaką nam podrzuca los. To również powieść o sile przyjaźni i trudnych relacjach z rodzicami, o wsparciu jakie daje bliskość rodzeństwa oraz przyjaciół, o pomyłkach, które rzutują na całe nasze życie. Autorka porusza też kwestię zatracania się w drugiej osobie, kosztem własnych ambicji, relacji z innymi czy pasji. Życie nie jest proste, ale Natalia Sońska w swoich książkach zawsze pokazuje jak ważna jest rozmowa i wsparcie bliskich osób, a także dystans i pozytywne myślenie. Życie żadnego z Nas nie jest usłane różami, ale zawsze można osłodzić je sobie dobrze wypieczonym ciastem. Szczególnie, gdy przy tym ma się z kim podzielić swoją historią.


natalia Sońska

Natalia Sońska to jedna z nielicznych polskich autorek, która chwyciła mnie za serce i trafiła w mój czytelniczy gust. Jej powieści są słodkie, aromatyczne i kończą się szczęśliwie. Infantylne? Nie dla mnie. Ja lubię szczęśliwe zakończenia. Lubię, gdy autor ma lekkie pióro. Lubię, gdy jest kulturalny, delikatny, a jego książki są wysmakowane, wolne od wulgaryzmów i zbyt wyuzdanych opisów. Lubię, gdy miłość jest piękna, subtelna i delikatna. Nie wzniosła, ordynarna czy nachalna. Przeczytałam wszystko, co wyszło spod pióra Natalii, dlatego propozycję z wydawnictwa, bym objęła patronat nad jej najnowszą książką, przyjęłam z wielką radością, wiedząc, że się nie rozczaruję. Nie ma nic lepszego, niż podpisywać się pod szczerą opinią i wspierać rozwój osoby, którą się autentycznie lubi. 
 
Jeśli masz ochotę poznać autorkę, serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z Natalią, który przeprowadziłam już jakiś czas temu. Przekonasz się, jaka to wspaniała, ciepła osoba, pełna dobra i entuzjazmu. Z całego serca życzę dalszych sukcesów, rozwoju, a przede wszystkim wspaniałych pomysłów na kolejne książki. 
 
Natalia, ja naprawdę czekam na przepis na ten apetyczny, jagodowy sernik! 

ps. Jeśli zaintrygował Was opis powieści, serdecznie zapraszam do udziału w konkursie, gdzie zdobyć możecie jeden z trzech egzemplarzy książki. Zapraszam na Facebook


 

Bycie mamą nie jest proste. Szczególnie, gdy ma się wymagające dziecko. Huba jest wymagająca, pragnie Cię mieć tylko dla siebie. Nie lubi się dzielić, nie lubi rozłąki. Młoda mama zwykle przedkłada swoje dobro nad potrzeby dzieci. Szuka zatem alternatyw, nie tylko dla zaspokojenia własnych potrzeb, ale i uproszczenia zwykłych, codziennych czynności, które dawniej nie przysparzały żadnych problemów.  Dawniej bowiem dysponowała czymś, o czym mamy ciągle marzą: CZASEM. Jako mama nauczyłam się naginać czas do maximum. Poznałam szereg sztuczek, jak go nieco wydłużyć, naciągnąć, przeciągnąć na swoją korzyść, a dziś chciałabym zdradzić Ci jeden z moich trików.
  
Tak, czas płynie nieubłaganie, a wbrew pozorom, gdy siedzisz z maluszkiem w domu, odnosisz wrażenie, że ktoś włączył Ci przyśpieszone tempo. Nie masz czasu na gorącą kawę. Nie masz czasu na umycie głowy. Nie masz czasu na stanie w kuchni i pichcenie zmyślnych dań. Zakupy? Jakie zakupy? Gdy karmisz piersią masz jakieś 3 h na małe zapomnienie, przy czym musisz pamiętać o czasie, jaki zajmuje Ci dojazd. Z Bogiem, jak Twoje dziecko zaakceptowało butelkę (moje nie chciało na nią patrzeć, ani jedno, ani drugie), bo wówczas Twój czas się wydłuża (ale musisz pamiętać, by zabrać ze sobą laktator). Kosmetyczka?  Fryzjer? Spa? Nie żartuj. To dopiero luksus.
 
Ale czy musi tak być? Nie. Wszystko zaczyna się w głowie. Gdy wreszcie zrozumiesz, że potrzebujesz odskoczni, gdy wreszcie dojrzejesz do tego, że musisz pobyć sama ze sobą (mimo, iż to dosłownie momencik w ciągu dnia), Twoje życie stanie się bardziej znośne. Jak to mówią Szczęśliwa mama, szczęśliwe dziecko. Troszkę mi zajęło, by wreszcie to zrozumieć. Trochę zajęło mi, by wyrwać się ze słodkiego uścisku tych malutkich, kochających łapek.

Musisz wiedzieć jedno: potrzebujesz czasu dla siebie!


Potrzebujesz się zorganizować tak, by codziennie znaleźć chwilkę tylko dla siebie. Chociaż te 15 minut! Gdzie tam,  15 minut to za mało. Pół godziny dziennie. Powinnaś wygospodarować ten czas wyłącznie dla siebie. Nie na stojąco popijając zimną kawę. Nie malując paznokcie w samochodzie, bo tylko na kierownicy Ci wyschną (to swoją drogą też mój patent), ale naprawdę na dobre Ci wyjdzie, gdy w ciszy i spokoju zrobisz coś tylko dla siebie. Biegasz? Czytasz? Słuchasz muzyki? Bierzesz kąpiel przy świecach? Cokolwiek, co sprawia Ci przyjemność, poprawia Twój nastrój, pozwala zapomnieć, że jesteś mamą. Tylko jak tego dokonać? 
 
 

INTERNETOWA MAMA 

 

Nie jestem wróżką ani Hermioną Granger. Nie mam czasołapacza. Nie naginam czasoprzestrzeni, by być w dwóch miejscach na raz. Choć wierz mi, bardzo bym tego chciała. Szczególnie teraz, gdy mam nie jedno, a dwoje dzieci. Zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego. Inaczej się nie da. Dlatego warto nauczyć się oszczędzać na czasie. Jak? Zakupy przez internet. Tak. Dziś jesteś w stanie wszystko, ale to dosłownie wszystko, zamówić nie wychodząc z domu. Wszystkie prezenty od dawna kupuję z domu, szczególnie te gwiazdkowe. Nie ma bata, bym stała w tych kolejkach i traciła swój cenny czas. Ciuchy, pampersy, kosmetyki. Jeszcze tylko zakupów spożywczych nie robiłam, bo lubię mieć świeże warzywa i owoce ze straganu. Jednak chyba nie ma rzeczy, której bym nie zamawiała online. Zarówno kurierzy, jak i listonosz znają mnie już z imienia i nazwiska. Internet jest moim największym przyjacielem i sprzymierzeńcem w oszczędzaniu czasu. 
 
Zastanów się, ile takie zakupy mają korzyści. Nie marnujesz czasu na dojazd, na wybieranie produktów, nie rozpraszają Cię inne rzeczy, które sprzedawcy specjalnie wystawiają, by Cię skusić. Nie kupujesz więcej, niż Ci to potrzebne, bo nic Cię nie nęci. Oszczędzasz dodatkowo poprzez niższe ceny i częstsze promocje. Nie dźwigasz. Wszystko przynoszą Ci pod dom.

Doszło już do tego, że nawet do tej wymarzonej kosmetyczki i fryzjera również umawiam się przez internet. Tak! Już nie dzwonię, bo gdy dziewczynki szaleją i tak nikt nie słyszy mnie, tylko piski wokół i dziwne dźwięki zabawek. Nie tracę zatem czasu na szukanie numeru ani na rozmowy, tylko wchodzę w neta i umawiam. Znam terminy, ceny wszystko. Odkryłam ostatnio stronkę o wdzięcznej nazwie Moment.pl Idealna dla mamy, prawda? Mam tylko moment na to, by zrobić coś dla siebie, więc staram się wykorzystać go w pełni. Wchodzę na stronkę, wyszukuję, gdzie chce się umówić, gdzie najszybciej mnie przyjmą, gdzie mam najbliżej, moment i bookuję wolny termin. Proste, prawda? Mogę w ten sposób umówić się do kosmetyczki, na paznokcie, do spa, fryzjera, a nawet dietetyka czy z trenerem personalnym (oj trening by mi się przydał przed latem). I choć samo wyjście to już większa logistyka, które angażuje osoby trzecie oraz wygospodarowanie nieco więcej czasu niż te pół godziny, to dzięki temu, że mogę szybciej taką wizytę umówić, łatwiej jest mi ją zorganizować.


No dobrze, poznałaś mój sekret. Jestem mocno internetowa. A Ty? Znasz jakieś ciekawe stronki ułatwiające mamine życie? A może masz jakieś inne patenty na oszukiwanie czasu? Chętnie wypróbuję, bo ostatnio mam bardzo silną potrzebę, by ochłonąć, zdystansować się i odpocząć. Gdy nie mam snu w nocy, muszę czymś to sobie zrekompensować w dzień.
 
czemu inne mamy mnie krytykują

Jutro Dzień Matki, a ja na przekór wszystkim zamiast przekonywać Cię, jakie prezenty chciałaby dostać Twoja mama, albo sama TY, chcę Cię zachęcić byś w tym dniu prócz o sobie i własnej mamie, pomyślała też o innych mamach. Zaraz Ci wytłumaczę dlaczego. 

Nie odnosisz wrażenia, że mama mamie zawsze wilkiem? Ile razy zaznałaś krzywych spojrzeń, bo karmisz piersią/nie karmisz piersią/ jesteś na wychowawczym/wcześniej wróciłaś do pracy/nosisz dziecko w chuście/wozisz w wózku....* (wybierz sama). Mamy tak łatwo oceniają, krytykują, pouczają, obgadują, szufladkują. Tymczasem wszystkie każdego dnia zmagamy się z tymi samymi problemami. Jasne jednym jest łatwiej, innym ciężej. Nie zawsze to ma związek z naszym widzimisię. Każdy z nas ma inny charakter, każdy inne problemy, inne dziecko, inny status społeczny, inne choroby, ale łączy nas jedno: JESTEŚMY MAMAMI.

Gdy na świecie pojawia się maleństwo, brakuje nam pewności siebie. Potrzebujemy wsparcia, wiary i pokrzepienia. Potrzebujemy by ktoś nam powiedział: Hej! To Twoje dziecko, cokolwiek robisz, chcąc dla Niego dobrze, nie zrobisz mu krzywdy. Uwierz w siebie! Zaufaj swojej intuicji! Zaufaj swojemu dziecku, bo ma najlepszą mamę pod słońcem! A ile z Was to usłyszało? No właśnie. Już od samego początku, każdy chce nam narzucać swój światopogląd, swoje cenne, złote rady. Tymczasem każda rodzina jest inna, każde dziecko jest inne. I wiecie co? Mam tylko jedną koleżankę, która mimo odmiennego stylu macierzyństwa, jaki obrała, nigdy mnie nie oceniała, "nie prostowała", ani nie pouczała. Zawsze była wyrozumiała, pełna empatii, dawała mi po prostu wsparcie (tak Ramciu o Tobie mowa :*) Wysłuchiwała, kiedy potrzebowałam się wypłakać. Postawiła do pionu, gdy się nad sobą użalałam. Ale ile jest takich mam? Mało. Bardzo mało. Za mało.

Sama utraciłam większość znajomych, bo mam dzieci/nie mam czasu/nie zawsze oddzwaniam, bo najzwyczajniej w świecie zapominam albo zasypiam ze zmęczenia/bo obrałam taki system rodzicielstwa, a nie inny/bo zrozumiałam, że nie warto uszczęśliwiać innych, gdy oni nie chcą mojego dobra. Mama często czuje się bezradna, sfrustrowana, przemęczona, a co najgorsze osamotniona i niezrozumiana. Potrzebuje naprawdę dużo, dużo wsparcia. Dużo empatii. Dużo wyrozumiałości, akcpetacji i uszanowania własnych wyborów. Tymczasem inne mamy tak chętnie kogoś oceniają, jakby wytykanie błędów innych kobiet poprawiało im samopoczucie. Jakby dzięki temu czuły się lepsze! No pewnie! Karmię piersią - jestem lepsza! Jestem zadbana, a ona taka odpychająca. - to są myśli mam! Myśli siejące nienawiścią, brakiem akceptacji, myśli alienujące innych. A tymczasem są po prostu formą radzenia sobie z trudnością w macierzyństwie, chęcią podbudowania własnego ego kosztem umniejszania innym. Każda z Nas chce być super mamą, ale wiecie co?

Każda z Nas jest super mamą! A pomyślcie, jak fajnie, gdy supermamy się wspierają i sobie nawzajem pomagają? Nie byłoby fajniej? Mam to szczęście, że prowadząc bloga poznaję całą masę wspaniałych kobiet. Kobiet, które się rozumieją, potrafią poprawić humor ciepłym słowem, okazaniem zrozumienia. Buduję sobie tu swoją małą wioskę, bo potrzeba całej wioski, by przetrwać w macierzyństwie. Naprawdę potrzeba. Dzięki innym mamom można poczuć siłę, nabrać wiary w skrzydła. Można przetrwać, wytrwać najgorsze. Można też zyskać inne spojrzenie, cenne rady i przyjaźń.

Dlatego w tym tak pięknym dniu, jakim jest Dzień Matki, chciałabym byś poczuła tą siłę. Siłę, jaka płynie od innych mam. Pomyśl o ich codziennych trudach. Wiem, że jesteś często przemęczona, masz dość. Wiem, że czasem nie wiesz, w co masz włożyć ręce i chciałabyś się schować przed całym światem. Wiem, że masz ochotę wystawić swoje dzieci na allegro i wiem, że to jest tylko krótka myśl, a zaraz po niej nie wyobrażasz sobie świata poza Twoimi pociechami. Wiem, że chciałabyś odpocząć, odsapnąć, poczuć się doceniona, zrozumiana, wysłuchana. Wiem, jak marzysz o tym, by jutro było spokojniej. Wiem, jakie masz wyrzuty sumienia, gdy sfrustrowana wyżyjesz się na dziecku, ale wiem też, jak bardzo je kochasz. Jakbyś bez chwili zastanowienia oddała za nie życie. Wiem, jak w duchu czasem się uśmiechasz, choć zachowujesz pozory, by być konsekwentną. Macierzyństwo to sztuka, którą każda z Nas praktykuje każdego dnia. Mamy wzloty i upadki. Mamy też triumfy, swoje pięć minut oraz chwile zwątpienia i porażek. ALE MAMY TEŻ SIEBIE. MAMY TAKIE, JAK TY! Dlatego szanujmy się nawzajem. Wspierajmy. Twórzmy jedną wspólną wioskę, a nie społeczność kastową. 

Łatwo jest ocenić. Łatwo skrytykować, ale hej! Ty nie masz gorszego dnia? Czy nie masz nic na sumieniu? Zawsze jesteś super? Skąd wiesz, że dziecko nie chce do mamy, bo jest zła? A  może po prostu woli tatę, bo jest go tak mało w domu? Skąd wiesz, że karmienie piersią jest lepsze niż karmienie mm? No dobra, jest to zdrowsze, ale czy to, że ta mama nie chce, jest gorsza? Mniej kocha swoje dziecko? Pamiętaj o jednym: KAŻDA Z NAS KOCHA TAK, JAK POTRAFI. Każda daje 100%  siebie. Jesteśmy różne, mamy różne doświadczenia, różne traumy, różne życiorysy. Nigdy nie wiesz, co daną osobę spotkało, co sprawiło, że jest taka, jaka jest. Nie oceniaj! Nie wywyższaj się! Nie krytykuj! Nie dyskryminuj! 

Dzień Mamy, to idealny dzień, by powiedzieć innej mamie, jaka jest wspaniała. Więc ja mówię Tobie. Jesteś fantastyczna! Uśmiechnij się! Dziś jest nasze święto! 
 
 

Do wpisu zainspirowały mnie dwie blogerki Ewelina Mierzwińska oraz  Edyta Zając, które zapoczątkowały kampanię #odmamydlamamy Kampanię, która ma na celu dodawanie skrzydeł innym mamom. Pokazanie im, że je podziwiamy, doceniamy i chcemy, by sobie uświadomiły jakimi są super babkami. Wraz z nimi chcę Ci pokazać jak ważne jest wzajemne wspieranie się oraz dzielenie się dobrymi emocjami w miejsce krytykowania czy ocenienia. Zachęcam Cię do dołączenia. Obojętne w jakiej formie to zrobisz: wyślij kartkę, zadzwoń, powiedz w cztery oczy, oznacz na facebooku, napisz posta. Cokolwiek. Ważne, by to zrobić. 
 
A jutro... Miłego świętowania!
 
 


Diane Chamberlain słynie z intryg, zawiłości, sekretów, tajemnic i niedomówień. Jej powieści to kawał dobrej obyczajówki, lecz to nie są spokojne powieści o przedmieściach, gdzie akcja toczy się w ślimaczym tempie, a ważne jest jedynie tło. Nie, nie. Książki Diane Chamberlain są pełne dynamiki, wspaniałych, realnych bohaterów, z którymi łatwo się nie tylko zaprzyjaźnić, ale również utożsamić oraz historii życiem pisanych. Trzecia część sagi z Kiss River "W CIENIU MATKI" to nie tylko kontynuacja wydarzeń z poprzednich tomów, ale również uzupełnienie, które pomoże w bardzo zgrabny sposób zamknąć całość z klasą.
 

"W CIENIU MATKI" to powieść, która wciąga od pierwszych stron. Oto duch Annie O'Neill nie zaginął. Nie dla jej córki Lacey, którą za wszelką cenę stara się nie iść w ślady matki. Ale czy faktycznie można zmienić swoje życie od tak? Czy wybory, których dokonujemy, faktycznie nie są nasze?

Przez dwanaście lat córka "Świętej Anny", kochanej przez całą społeczność lokalną społecznicy, robi wszystko niemal jotka w jotkę jak matka. Po części nieświadomie Lacey naśladuje swoją mamę do czasu, gdy dowiaduje się o jej mrocznym sekrecie. Od tej chwili dziewczyna pragnie się zmienić. Musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, stawić czoła swoim słabościom i dokonać trudnych wyborów, a życie wcale jej tego nie ułatwia. Oto na jej drodze stawia małą,  przerażoną i nieszczęśliwą jedenastolatkę, która przeżywa tragiczną śmierć swojej mamy. Lacey obejmuje opiekę prawną nad Mackenzie w imię starej przyjaźni z jej matką, która w testamencie jasno wskazała, kto ma zająć się dzieckiem na wypadek jej śmierci. Nie łatwo zostać rodzicem, a co dopiero z dnia na dzień i to od razu nastolatki, którą rządzą hormony, emocje i poczucie winy. Co więcej, na horyzoncie pokazuje się dwóch mężczyzn, walczących o jej względy, morderca matki ma wyjść na wolność za dobre sprawowanie, a przeszłość wdziera się w życie Lacey coraz bardziej natarczywie. Zmierzenie się z nią, z jej konsekwencjami będzie bardzo bolesne, ale i wyzwalające oraz zaskakujące.

Najnowsza powieść Diane Chamberlain to opis walki człowieka o samego siebie, o odnajdywanie swojej drogi, swojej tożsamości. To lektura, w której aż kipi emocjami. Znajdziesz tu całą masę trudnych wątków, które przeplatają się w bardzo zgrabny sposób: motyw zbrodni i kary, resocjalizacji,  ale również zmierzenie się z żałobą po utracie bliskiej osoby czy istota wybaczania. Po mistrzowsku wręcz autorka opisuje proces zmiany człowieka, jego walkę o lepsze ja. Nie sztuką jest podejmowanie złych decyzji, sztuką jest podjęcie wyboru.
 
Czasami osoby, które wydaje nam się, że tak dobrze znamy, skrywają mroczne sekrety. Sekrety, które zmieniają nasze życie i kształtują je w sposób, który nam nie odpowiada. Konfrontacja z prawdą zaś może doprowadzić człowieka do rozpaczy. Czy można wybaczyć wszystkie winy? Czy można dalej żyć z takim obciążeniem?
 
"W CIENIU MATKI" to bardzo przyjemna lektura. Lektura, którą czyta się niezwykle szybko, przerzucając kolejną stronę za stroną, chłonąc życie w murach latarni w Kiss River. Bohaterowie, tak realni, tak żywi, pełni człowieczeństwa stają się czytelnikowi bardzo bliscy. Akcja zaś zaskakuje za każdym razem, gdy tylko wydaje Ci się, że już wszystko zaczyna układać Ci się w głowie. Skomplikowane relacje rodzinne, miłość, ból, rozpacz i problemy, z którymi wciąż musi się mierzyć rodzina O'Neilów są tak emocjonujące, że zanim się obejrzysz, a przeczytasz ostatnią stronę.
 
Jeśli nie czytałaś poprzednich tomów, zachęcam do zajrzenia do  recenzji "Światła, które nie może zgasnąć" oraz "Latarni z Kiss River", a jeśli chciałabyś przeczytać powieść Diane zajrzyj na mój profil instagramowy, gdzie z okazji DNIA MATKI czeka na Ciebie KONKURS, w którym do wygrania mam jeden egzemplarz powieści. Zapewniam Cię, że warto.
 
A w ogóle znasz autorkę? Czytałaś jakieś jej książki? Lubisz literaturę obyczajową? Ja przyznam, że wcześniej nie sięgałam po taki gatunek, ale powieści tej autorki zachęcają mnie do zgłębiania jej bibliografii i odkrywania nowych autorów.
przepis na tort
Urodziny to dla mnie jeden z najmilszych dni w roku. Ale ten jeden jest wyjątkowy, bo tylko mój. Bliscy cieszą się z niego razem ze mną, celebrując moje święto. Tego dnia szczególnie czuję się kochana, doceniana i ważna, bo każdy o mnie pamięta. Wiem, że każdy choć chwilę o mnie pomyśli, a co najważniejsze, uśmiechnie się na myśl o mnie. Ale tak naprawdę kocham każdy pretekst, by móc cieszyć się życiem i jego magicznymi momentami. Może właśnie dlatego tak bardzo lubię piec torty. Nie są tak zachwycające, jak te kupne. Może nie tak imponujące, ani wystawne, ale robione z sercem, z myślą o jubilacie. A taki tort, w którym w składzie znajdziemy szczyptę miłości, smakuje wybornie.

Zebrałam dziś przepisy na 4 pyszne, domowe torty urodzinowe. Robię je naprzemiennie, choć moja rodzinka szczególnie upatrzyła sobie jeden. Bo jest smaczny, lekki i za każdym razem dodaję od Niego coś innego oraz inaczej go dekoruję. 

DLACZEGO WARTO SAMEMU PIEC TORTY?


1. SĄ ZDROWSZE - sam decydujesz o tym, jakie produkty i jakiej jakości do nich wkładasz. Nawet jeśli używasz, tak jak ja cukru czy cukru pudru, to nie ma tam już żadnej chemii, ulepszaczy, spulchniaczy, ani innych cudów. Jeśli masz alergika, masz szanse upiec coś bez składniki alergizującego.

2. SĄ SMACZNIEJSZE - bo sam komponujesz skład, a nikt od Ciebie nie wie lepiej, ile słodyczy jesteś w stanie zaakceptować.

3. SĄ PREZENTEM SAMYM W SOBIE - bo ofiarowujesz swoje serce poprzez zaangażowanie, poświęcenie własnego czasu, a przede wszystkim liczysz się z gustem jubilata.

Tak, tak, tort powinnaś dobrać pod jubilata. Ocenić jakie smaki lubi najbardziej, czy nie jest na coś uczulony (nie chodzi mi tylko o jaja, ale chociażby orzechy, kakao itp.), jakie ma gusta kulinarne. A potem tylko znaleźć idealny przepis. 
 

4 PRZEPISY NA PYSZNY, DOMOWY TORT URODZINOWY


1. TORT MALINOWO - CYTRYNOWY - to nic innego jak pyszny biszkopt przekładany kremem na bazie serka mascarpone. Tak naprawdę wcale nie musi być, ani cytrynowy, ani malinowy. Ja za każdym razem dodaję coś innego. Latem to są zdecydowanie świeże owoce. No i dekoracja tego tortu należy w 100% do Ciebie - mogą to być zwykłe posypki, mogą być jadalne kwiaty, mogą być np. różne rodzaje czekolad i czekoladek, wówczas stworzysz coś a la tort kinderkowy. Możesz, jak ja ostatnio kupić figurkę na wierzch.

tort na biszkopcie
2. TORT PAVLOVA - kocham smak bezy. Ten przepis kiedyś mnie przerażał, a okazuje się, że jest bardzo prosty. 
Długo się go robi, ale tak naprawdę długo to piecze go piekarnik :) a to co włożycie na wierzch, zależy od Was. W przepisie wersja zimowy z figami, ale teraz polecam świeże truskawki.

pavlova

3. LEKKI TORCIK MALINOWY - jest dla fanów delikatnych pianek, które nie są zbyt słodkie, a raczej przepysznie owocowe. Uwielbiam smak malin, a tak puszystej wersji to coś fantastycznego. Bez pieczenia. Na zimno. Nie polecam robić przy dużych upałach.
 
tort piankowy

4. TORT FERRERO ROCHER - to prawdziwa kaloryczna bomba. Jeśli kochasz nutellę ten tort, który w smaku jest czekoladowo - orzechowy w pełni zaspokoi twoje kupki smakowe. Efekt wow murowany. Dość drogi do przygotowania, nieco pracochłonny, ale... zdecydowanie wart zachodu.

toer ferrrero rocher
Przy którym popłynęła Ci ślinka? Który byś chętnie schrupała? Mam nadzieję, że te przepisy Ci się przydadzą i będą dla Ciebie doskonałą inspiracją na urodziny, rocznice czy inne Wasze, prywatne święta. 


SMACZNEGO!

Moja miłość do Wilka absolutnie nie słabnie, wręcz przeciwnie. Lubię go bardziej, z każdą kolejna nabytą częścią serii. Wspominałam o nim kilkakrotnie na moim Instagramie, podczas trwania kampanii #KOCHANIEprzezCZYTANIE, pokazywałam go również tutaj na blogu, teraz chciałabym pokazać Ci najnowszą część z serii, która ukaże się w sprzedaży na dniach, bo już 17 maja.

O WILKU, KTÓRY NIE LUBIŁ CZYTAĆ to kolejna propozycja wydawnictwa ADAMADA z serii o WILKU. To ciepłe i niebywale sympatyczne opowieści o niezwykłym zwierzątku. Dobrym, o wielkim sercu, troskliwym i czasem nieco zagubionym. Każda z części opowiada o czymś innym i przybliża nas do zupełnie innych problemów świata dziecięcego. Jeśli Twoim marzeniem jest zachęcenie dziecka do czytania i ukazanie mu mnogość światów, jakie roztoczą przed nim książki, koniecznie sięgnij po tę część.

Otóż WILK uwielbiał książki, ale nie lubił ich czytać. Jak to możliwe? On uwielbiał je pożerać. Dosłownie. Smak papieru go zniewalał. Jadł wszystkie książki: ciężkie słowniki, piękne bajki czy poważne powieści. Czytać nie znosił. Twierdził, że książki go nudzą, a zamiast przeżywać przygody wraz z ich bohaterami, wolał przeżywać je naprawdę. Przyjaciele byli oburzeni jego brakiem szacunku do książek. Co jeśli zje je wszystkie? Co będą czytali pozostali mieszkańcy Baśniowego Lasu? Postanowili więc pokazać mu, co naprawdę dają książki. Jednak wiadomo, jak to książki, muszą być odpowiednio dobrane do charakteru czytającego. Nic tak nie zniechęca do czytania, jak źle dobrana lektura. Lektura, która nudzi. Wybrali zatem dla niego specjalny zestaw i zapowiedzieli, że nie będą się z nim bawić, dopóki nie przeczyta ich wszystkich. To dopiero wyzwanie. Nie tylko dla Wilka, ale i dla jego przyjaciół. Czy uparty Wilk pokocha czytanie? Czy wciągną go historie? Czy poczuje dreszczyk emocji?


O WILKU, KTÓRY NIE LUBIŁ CZYTAĆ autorstwa Orianne Lallemand to książka o książkach, o miłości do książek i  o pasji czytania. Niesamowicie rozwija wyobraźnię i zachęca do sięgnięcia po klasykę dziecięcej literatury. Wilk bowiem sięga do takich pozycji, jak Alicja w Krainie Czarów, Wyspa Skarbów, Baśnie Tysiąca i jednej Nocy, Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi czy Księgę Dżungli oraz inne. Spotyka nawet bohaterów Przygód Piotrusia Pana i Przygód Pinokia, chłopca z drewna. Oj dzieje się w tej małej książce dzieje. Tyle przygód, tyle postaci, tyle emocji. A wszytko to dzieje się w jego własnym domu, w ulubionym fotelu. Książki to naprawdę fantastyczne przedmioty. Warto tę pasję przekazać dzieciom. Warto rzucić ziarenko na odpowiedni grunt, by zakiełkowało w przyszłości. 

A Wilka z pewnością z dzieckiem pokochacie. Nie może być inaczej. To jedne z najpiękniejszych książeczek, po jakie udało mi się sięgnąć. Są niezwykle zabawne, pełne ciepła oraz pozytywnych wzorców. Interesują, bawią i uczą naprawdę mądrych rzeczy. Przy tym rysunki Éléonore Thuillier są niezwykle elektryzujące. Pysk Wilka jest tak rozbrajający, że pokochasz go od pierwszego wejrzenia, a jego miny przypominać Ci będą Twoją małą, kochaną pociechę, która właśnie poznaje świat. 

Zdecydowanie moja ulubiona seria. Gorąco polecam!
 
 

Urodziny to dla mnie małe katharsis. Długo się zastanawiałam, o czym napisać w tym roku. To stało się bowiem moją tradycją, że dzielę się na blogu moimi przemyśleniami w formie kilkudziesięciu złotych myśli (na końcu wpisu znajdziesz link do poprzednich artykułów). Miniony rok był dla mnie bardzo ciężki. Co tu dużo mówić Emisia mnie totalnie zniszczyła. Czuję się, jakbym skończyła 45, a nie 35 lat. Nie śpię od ponad roku. Nie mam chwili wytchnienia, bo nie mogę nauczyć jej w dzień spać w łóżeczku. Jestem przemęczona, wyczerpana, niewyspana, a przez to nadpobudliwa, zestresowana i wiecznie w podłym humorze. W życie bym nie przypuszczała, jakie są konsekwencje bezsennych nocy, a są bardzo wysokie. Dlatego na przekór mojemu samopoczucie, chciałabym podzielić się z Tobą, tym co dla mnie ważne, co dla mnie najpiękniejsze, najważniejsze, najbardziej wartościowe. Tym co siedzi w mym sercu, wryte w pamięć, stanowi część mojej duszy.



35 wspomnień na 35 urodziny - czyli czego nigdy nie zapomnę


1.  Dzień ślubu - był wspaniały. Całe życie czekałam na ten dzień. Byłam jedną z ostatnich w moim towarzystwie, która wyszła za mąż. Długo czekałam na mojego księcia z bajki. Dziś wiem, że wcześniej nie mogliśmy się poznać, choć się mijaliśmy. Choć moja teściowa pracowała na mojej uczelni, choć on tam bywał. Mijaliśmy się, a spotkaliśmy w odpowiednim momencie, w odpowiednim czasie, w określonych okolicznościach. Ze ślubu pamiętam mój uśmiech, jego dłoń splecioną z moją, słońce i tą pewność siebie, którą miałam idąc do ołtarza, że z nikim innym nie mogłabym tam wówczas być. Cudowne uczucie. Plus śpiew jego kuzynek w katedrze i ich głosy, które rozbrzmiewały w tej pięknej budowli. Wyłam przez nie.

2. Porody - oj tak. To takie silne przeżycie. Takie emocjonalne. Takie skrajne. Od strachu przez ciekawość, cholerny ból i morze oksytocyny. Pamiętam dokładnie każdy z porodów. Były inne, a jednocześnie tak samo ważne, tak samo piękne. Bo on też tam był.

3. Ten moment, w którym po raz pierwszy ujrzałam mojego męża - tą scenę widzę, jak na filmie. Klatka po klatce. Pamiętam w co był ubrany, gdzie stał, jak stał. Pamiętam, gdy nasze oczy spotkały się po raz pierwszy. Iskra.

4. Nasza pierwsza randka - oj iskrzyło i to wcale nie tak, jak myślisz :)

5. Ekscytacja i przerażenie, jakie towarzyszyły mi przy wyprowadzce z domu - nie pamiętam dokładnie tego momentu, gdy weszliśmy z Gazelą do naszej kawalerki, ale pamiętam te momenty, nasze wspólne wieczory, poranki, zakupy, sprzątanie. Kompletowanie naszego dobytku oraz jego braki. Uwielbiałam to miejsce. I te emocje. Jeja. Jakie to były emocje. I pozytywne i negatywne. Z wielkiego domu poza miastem trafiłam do ciasnej kawalerki, gdzie samotności mogłam zaznać tylko w toalecie :)

6. Pierwsze mieszkanie z chłopakiem - skoro o mieszkaniu już mowa, to pamiętam również pokój w Slough,w  którym mieszkał mój ówczesny chłopak. Pamiętam wspólne dzielenie obowiązków i docieranie się, ścieranie i to uświadamianie sobie, że nie koniecznie chcesz z tą osobą spędzić życie. To zaskoczenie i niedowierzanie. To wewnętrzne rozdarcie, ale i cała masa miłych chwil. Tęsknota za rodzicami i za domowymi obiadkami.

7. Moi byli chłopcy - Znasz to powiedzenie, że dopiero, gdy poznasz właściwą osobę, zrozumiesz czemu z innymi Ci nie wyszło. Jakie to prawdziwe. Dopiero, gdy poznałam Gazelę, pogodziłam się z porażkami i rozczarowaniami, jakie poniosłam w poprzednich związkach. Do końca życia wszyscy zostaną w moich sercach, mają tam swoje szczególne miejsca. Każdy z nich wniósł do mego życia promyk szczęścia. Dzięki każdemu z nich coś zrozumiałam, czegoś się nauczyłam, czułam się przez moment kochana. Dzięki jednemu z nich wyzbyłam się swojego największego kompleksu. Dziękuję im za to. Ciepło wspominam wspólne chwile i życzę szczęścia z całego mego serduszka.

8. Pierwszy pocałunek - był magiczny, nie tylko dlatego, że był pierwszy. Zapamiętam do końca. To moje jedno z najpiękniejszych wspomnień.

9. Moja najlepsza przyjaciółka - Maja - tak to po niej imię ma moja córa. Maja była pełna życia, ciepła i dobra. Zginęła niemal na moich oczach. Miałyśmy wówczas 10 lat. Byłyśmy jak siostry, wszędzie razem, nierozłączne. Cholernie do siebie podobne. Gdy umarła, cząstka mnie umarła wraz z nią. Zawsze zastanawiałam się czemu ona, bo wówczas równie dobrze na tego konia posadzona mogłam zostać i ja. Kocham ją całym sercem do dziś, do dziś zapalam na jej grobie zawsze niebieski znicz i często z nią rozmawiam. Była moją lepszą wersją. 

10. Pierwsza sympatia - oj tak, nie zapomnę. Nieodwzajemniona. Miała być cicha, skrywana, z daleka. Sekret powierzyłam nieodpowiedniej osobie. Poznała go cała szkoła. Cała szkoła się ze mnie śmiała, tylko dlatego, że podobały mi się te wielkie, ciemne oczy.

11. Drobinka - moja babcia tak do mnie mówiła. Mam z nią całą masę wspomnień, choć zmarła, gdy byłam jeszcze bardzo młoda. Tak do mnie mówiła: drobinko moja, a dziadek za nią chodził i udawał, że nie dosłyszała: jaka drabinka? Cóż miał rację, bo z drobinki wyrosła drabina.

12. Wakacje na wsi - moi rodzice nie mieli pieniążków. Mieszkaliśmy długo z moimi dziadkami i całe moje dzieciństwo, to dom mojego dziadka na wsi. Kochałam to miejsce. Kocham wspomnienia stamtąd. Dziecięce, niewinne, beztroskie. Wspólne podlewanie kwiatków z dziadkiem, zbieranie poziomek na śniadanie, wysłuchiwanie opowieści dziadka, smak świeżych pomidorów i ogórków prosto spod folii, zabawy ze zgrają małych, słodkich kociaków...

13. Dziadek - oj z nim mam całą masę wspomnień. Spędziłam z nim całe swoje dzieciństwo, a potem nawet się z nim nie pożegnałam... Tak wiele mu zawdzięczam. Tak wiele dla mnie robił. Tak bardzo mnie kochał.  Drugiego dziadka nie poznałam. Odszedł zanim się narodziłam.

14. Jazda na rowerze - pamiętam dokładnie, kiedy sama pojechałam. Kiedy pewnie pedałowałam wierząc, że wuj trzyma z tyłu kija. A potem jego krzyk z oddali: świetnie Ci idzie.

15. Pierwszy dzień szkoły - też go pamiętasz? Stołówka, tłumy dzieci i wyczytywanie z list. Nie mogłam się doczekać, aż zacznę chodzić do szkoły. Zawsze byłam w gronie "kujonów" choć uczyłam się bardzo mało i nie kułam na blachę. Po prostu zawsze miałam piątki.

16. Pierwsza książka od której nie mogłam się oderwać - Ania z Zielonego Wzgórza - to pierwsza lektura, którą czytałam dobrowolnie, której nie umiałam odłożyć, przez którą płakałam, przez którą byłam zła, że się skończyła. Anię kocham do dziś. I zawsze się z nią utożsamiałam.

17. Mama - pierwsze słowa, które wypowiedziała Maja są wryte w mojej mamine serce na zawsze. Choć tyle wspomnień blaknie i się zaciera, to pozostanie ze mną, we mnie.

18. Dwie kreski na teście ciążowym - tak wyczekiwane, tak chciane, tak wspaniałe. Obie.

19. Matura - do dziś czuję, jak po moich nogach spływa pot. W moje matury było koło 30 stopni. Wiedziałam co dostanę. Nie było wówczas zaszyfrowanych prac, nie było obiektywizmu. Podasz mi listę, powiem Ci co kto dostał. Z góry wszystko było wiadome. Co za stres, co za nerwy. Kompletnie niepotrzebne.

20. Pierwszy koncert - oj jak dobrze pamiętam mój pierwszy występ na scenie. 14 lat tańczyłam w zespole ludowym. Były tysiące występów, ale ten pierwszy, to tak silne przeżycie 6 latki, która była przestraszona, podekscytowana i liczyła każdy swój krok, byle tylko się nie pomylić.

21. Wybór papieża Franciszka - tak, byłam tam. Stałam w Watykanie i patrzyłam na komin, czekając na biały dym. Nie dlatego, że jestem bardzo wierząca, a dlatego, że wspierałam pasję mojego męża. Kupowaliśmy bilety do Rzymu na maraton, a potem okazało się, że dokładnie w te dni odbywa się wybór Papieża. Bez żadnych oczekiwań pobiegliśmy na Plac Św. Piotra i ... przeżyliśmy to!

22. Londyn - to miejsce, gdzie wydarzyło się tak wiele. Tych dobrych i tych złych dla mnie rzeczy. To miejsce gdzie przeżyłam wielkie uczucie i wielkie rozczarowanie. Miejsce, gdzie po raz pierwszy mieszkałam z chłopakiem, gdzie miałam pierwszą pracę, gdzie się usamodzielniałam, gdzie stawiałam pierwsze kroki jako dorosła osoba. To miejsce, gdzie przeżyłam szalone praktyki, gdzie poznałam mnóstwo niesamowitych ludzi. To również miejsce, gdzie mieszka moja rodzina. Londyn pochłonął moją duszę. Darzę wielkim sentymentem. To miejsce, gdzie poczułam się taka malutka, taka samotna, taka ... ludzka. Mała kropelka w oceanie dusz. Jakże ważna kropelka. 

23. Zapach świeżo skoszonej trawy - wspomnienia to nie tylko obrazy, ale i zapachy. Zapachem mojego dzieciństwa była świeżo skoszona trawa u dziadka.

24. Zapach akacji - obwieszczający wolność czyli wakacje. Do dziś dzień, nawet gdy jestem w drodze do pracy, gdy kwitną akcje czuję całkowity luz.

25. Ganek i miska - moje pierwsze wspomnienie dzieciństwa - tak nieustająco jadłam niedojrzałe owoce, nie mogłam się doczekać. I nieustająco w wakacje wymiotowałam.

26. Pierwszy dezodorant - śmiej się, śmiej. A to dla mnie w latach 80 - tych był atrybut kobiecości. Mój pierwszy. Pamiętam, gdy mama zgodziła się mi go kupić. Byłam taka dumna.

27.  Turcja - moja pierwsza wizyta w tym kraju to wyjazd z zespołem. To była czysta magia! Coś pięknego! Zapamiętałam ten kraj niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Uśmiechy, orientalne zabudowy, ciepłe przyjęcia i największy księżyc na świecie.

28. Ten luz na studiach - nie umiem nawet opisać tego uczucia beztroski, wolności i morza możliwości. Dopiero na studiach zaczęłam oddychać, łapać dystans i skosztować nieco wolności. Dopiero wówczas rodzice popuścili mojej smyczy. Wakacje ze znajomymi, wyjazd stypendialny, au pair, podróże, imprezy

29. Taniec na murze chińskim - nigdy nie sądziłam, że kiedyś moja noga postanie w Chinach. To było moje marzenie. Zawsze się śmiałam, że jak już tam będę, to zatańczę na Murze. Byłam. Słowo się rzekło. Zatańczyć musiałam.

30. Pierwsza praca - dorywcza, ale pamiętam jak przesiedziałam w biurze większą część wakacji. Pamiętam, jaka byłam z siebie dumna. Pamiętam pierwszą wypłatę. Pamiętam uczucie odpowiedzialności i obowiązku. Podobało mi się. Bardzo.

31. Zaręczyny - hmnnnn... oj jeśli czytałaś post, to wiesz dlaczego ich nie zapomnę.

32. Róża - Są takie rzeczy, których nigdy nie zapomnę. Jedną z nich to róża za wycieraczką w aucie, którą zostawił mi mój mąż, gdy zmieniłam pracę. Wiedział, gdzie zaparkowałam, po prostu zostawił różę i odjechał. 

33. Urodzinowa niespodzianka - moi przyjaciele na moje 30 ste urodziny wparowali do domu z tortem, zapalnymi świeczkami i szampanem, głośno odśpiewując 100 lat - to było totalnie niezapomniane przeżycie! Więcej takich miłych rzeczy bym sobie życzyła w moim życiu.

34. James - tak miałam swojego własnego Jamesa. Był cholernie bogaty i zakochałam się w nim bez reszty. Miał 11 miesięcy, a ja byłam jego nianią. Od dawna wiedziałam, że kocham dzieci, ale James uświadomił mi, jak bardzo chcę być mamą. Spędziłam z nim jedynie miesiąc, a do tej pory pamiętam niemalże każdą chwile spędzoną z tym dzieckiem. Nasze spacery po Hyde Parku i Kensington, zabawy, karmienia, tulenia. Dziękuję Ci James.

35. Pierwsza prywatna wiadomość o czytelniczki bloga - M. wiesz, że to o Tobie. NIgdy nie zapomnę tej wiadomości. Tak szczerej, tak intymnej. Napisałaś do mnie z taką ufnością, otwartością i czystym sercem, że masz tu w środeczku swoje miejsce. Już na zawsze. Nie sądziłam, że z kimś obcym można nawiązać tak intymną relację. Do tej pory nie udało nam się spotkać, a ja zawsze myślę, o tym co u Ciebie, gdzie jesteś i czy jesteś szczęśliwa. To była pierwsza wiadomość. A potem druga, trzecia, czwarta, piąta... a każda z Was poruszyła moje serce swoją otwartością na moją osóbkę. To dzięki Wam nadal tu jestem i czasem zarywam noce, by coś Wam pokazać. To dzięki Wam, czuję, że to moje pisanie ma sens. Dziękuję, że jesteście ze mną. I to tak długo. Dziękuję też tym nowym osobą, które jeszcze nie zdążyły mnie poznać z tej lepszej, magicznej strony.




Ehhhhh mam całą masę cudownych, ciepłych wspomnień. Całą masę ludzi, którzy wpłynęli na mnie, moje życie, wybory i postawę. Tyle chwil wrytych w pamięć, tyle zapachów, smaków, dźwięków. Nie sposób je wszystkie opisać. Dobrnęłaś do końca? Jeśli tak, daj mi jakkolwiek znaka. Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta. 

Co roku dzielę się na swoje urodziny swym życiem. Chcę byś wiedziała, że jakkolwiek źle by się nie działo, to tylko złe chwile. Potem wydarza się coś pięknego. Takie jest życie. Chodzi o to by dostrzegać w nim magię. Ja też mam masę przykrych przeżyć. Mogłabym je wymienić, ale po co? NIe chcę o nich pamiętać, nie chcę się nimi dzielić. Dzielę je z osobami, który były wówczas przy mnie, które dzieliły ze mną nieszczęście lub były jego przyczyną. Nie da się przejść przez ziemski padół nie pozostając nadszarpnięty przez jego ciemną stronę mocy. Każdego z Nas czeka jakaś porażka, zawód, żałoba. Każdy z nas dozna smutku, bólu i choroby, ale.... każdy z Nas otrzymał również ten dar jakim jest życie. Każdemu pisana jest miłość, radość, szczęście. Czasem trzeba im dopomóc, a czasem wystarczy pozostać otwartym na nowe możliwości, czułym na czyiś dotyk, wrażliwym na zmiany i spostrzegawczym, by dostrzec okazje. 

Jeśli spodobał Ci się wpis zerknij również do poprzednich:
34 rzeczy, za które jestem wdzięczna - czyli mała lekcja uważności

33 lekcje życia - jesli lubisz złote myśli, to Ci się spodoba

32 mądrości życiowe - bardzo subiektywne lekcje, jakie udzieliło mi życie i czego mnie nauczyło.







Kwiecień zleciał, tak samo szybko, tak samo chorobliwie, choć przyniósł wreszcie wiosnę. Zaczął się chorobą i skończył się chorobą, a w międzyczasie... w międzyczasie staramy się wychylać nieco nosa zza drzwi.

Cóż mogę powiedzieć. Przyszła wiosna, a my niestety nie za wiele mogłyśmy z niej skorzystać. Już Wielkanocy nie spędziłyśmy z rodziną. Potem był tylko poszczególne dni wolności od naszych czterech ścian. 

A dziewczynki? Och te dziewczynki! Emilusia jest zachwycająca. Tak cudownie jest patrzeć, jak rośnie i się rozwija. Jak zaczęła chodzić, tak nie przestaje. Biega po mieszkaniu, wspina się na kanapę, sama schodzi z naszego wysokiego łóżka. Tańczy. Mało mówi, za to wspaniale się komunikuje. Tak wiele rozumie. Wszystko pokazuje. Dziś zaprowadziła mnie do łazienki, bym po wizycie w toalecie umyła dłonie. Jest ciągle uśmiechnięta, a gdy je i coś jej smakuje, przez cały posiłek gada mniam mniam. Wciąż śpi na mnie, a słowo mama powtarza ze dwa miliony razy dziennie. Nawet do taty, choć to słowo też zna, mówi mama, gdy tylko coś chce od niego. Zwykle powtarza mama do skutku, aż dostanie to, o co prosi. Wierz mi, bardzo szybko nauczyłam się rozpoznawać jej potrzeby.

Z Mają są zupełnie różnie. Maja w jej wieku bardzo dużo mówiła. I to trudne słowa, jak karta, katar, żołty. Emisia z kolei ogranicza się do mama, tata, baba, dziadzia, bach, hau hau, Aja. Za to Emi śmiga jak szalona podczas, gdy Maja właśnie w tym miesiącu postawiła swoje pierwsze kroki. Emi jest zdeterminowana, Maja szybko się poddaje. Emi kocha muzykę, Maja uwielbia biegać. Emi je książki i absolutnie nie chce słuchać czytania, dla Mai dzień bez książki, to dzień stracony. Za to obie mega czułe, wymagające i potrzebujące bardzo dużo mojej obecności. Tylko jak tu się rozdzielić?
 
Tak, kwiecień był ciężki. Bo ile można siedzieć w domu? Wszystkie już wariujemy. Nawet Emi pokazuje, że chce na spacer. Wskazuje wózek, drzwi, albo pokazuje mi wciąż coś za oknem. A w wózku mogłaby jeździć godzinami. Uwielbia to. Nawet w domu, wchodzi do drewnianego wózeczka dla lalek, a Majcia wozi ją po mieszkaniu. Maja w przedszkolu była jakieś 7 dni, ale hej to już 3 więcej niż w ubiegłym miesiącu. No i rozpoczęliśmy sezon biegowy. Maja wzięła udział w zawodach. To już jej piąty bieg. A jest przy tym taka radosna! Coś wspaniałego. 

Na blogu znów się działo książkowo. Kolejna Wielka Wymiana Książkowa za mną i wiesz co? Mimo, iż pochłania to grom mojego czasu, uwielbiam atmosferę, jaka wówczas panuje. A potem uśmiech mojego listonosza, który chyba już się przyzwyczaił, że dwa razy w roku znosi do mnie stosy książek. A kierowniczka poczty już zna mnie z nazwiska. 

A maj? Maj będzie szalony. Jak my się cieszymy na nadchodzący weekend majowy. Oj bardzo, bardzo. Potrzebujemy zmiany, potrzebujemy ruchu, potrzebujemy powietrza! Wszsytkie trzy! A potem moje urodziny, urodziny Majeczki, dzień Matki, moje imieniny. A potem kolejny weekend majowy. Byle by to zdrowie w końcu dopisało.
 


Jako podwójna mama nie mogłam przejść obok tego tytułu obojętnie. Chyba każda mama marzy o tym, by nauczyć swoje dziecko się dzielić. Szczególnie mama, która ma pod swoimi skrzydełkami więcej niż jedną latorośl. Dzieci mają to do siebie, że odczuwają głównie egoizm. Chcą wszystkiego dla siebie. I to jest zupełnie normalne, naturalne i zrozumiałe. Jednak jakoś trzeba nauczyć te maleńkie istoty dobrego wychowania i pokazać, jak ważne jest mieć serce i je okazywać. Najlepszą metodą jest dobry przykład, ale pomoce dydaktyczne również są mile widziane. Nic tak nie trafia do główki dziecka, jak mądra książeczka.

WIEWIÓRKI, KTÓRE NIE CHCIAŁY SIĘ DZIELIĆ, autorstwa Rachel Bright, to doskonała propozycja z wydawnictwa ZIELONA SOWA. Przepiękne, bardzo sugestywne i zabawne ilustracje Jima Fielda ubarwiają i tak już piękną bajkę. Napisana rymem, dowcipna i trafiająca w samo sedno: szczęście jest wtedy, gdy dzielimy je z drugą osobą.

Możliwe, że duet autorów już ze swoim dzieckiem poznaliście, bowiem to oni stworzyli również bajkę o "Myszy, która chciała być lwem". Ta pozycja jest na równie wysokim poziomie. Bawi, wzrusza, uczy i pobudza wyobraźnię, do tego bardzo lekko się czyta.

Poznajcie oto wesołego, beztroskiego Cyryla, który czerpie z życia lasu całymi garściami. Rozkoszuje się pięknem jesiennych barw podczas, gdy pozostali mieszkańcy gromadzą żywność na zimę. Jemu czas mija na zabawie, a tymczasem zima piszczy w trawie, głód do brzucha zagląda, a w spiżarni nie ma nawet okruszka. Nagle wiewiór natrafia na ostatnią szyszkę w sezonie. Ale nie tylko on. Parol nad szyszką zagina również Błażej, który jest bardzo roztropną wiewiórką i w swym domku ma całkiem pokaźny stosik. Brakuje mu tylko jednej szyszuni, na czubek smacznej górki. I tak rozpoczyna się szalony wyścig. Kto go wygra? I co z tego wyniknie? Czy gdzie dwóch się bije, tam trzeci skorzysta? Czy wiewióry dojdą do porozumienia? O tym musicie przekonać się sami, czytając o "Wiewiórkach, które nie chciały się dzielić". Zdradzę Wam, że zrobi się dość niebezpiecznie.

Czasami posiadając bardzo wiele, wcale nas to nie cieszy. Bo szczęście ciężko jest odczuwać w samotności. Dopiero, gdy się je dzieli, daje ono największą satysfakcję. I wówczas życie nabiera barw. Warto pokazać to dziecku. A książeczka jest idealnym do tego przykładem, który stanowi cudowny punkt wyjścia do rozmowy na temat dzielenia się swoim szczęściem oraz przyjaźni.