Jako dzieciaki kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, jakim luksusem są wakacje. Wówczas to zwykła oczywistość i mimo iż odliczamy dni do zakończenia roku szkolnego, kompletnie nie rozumiemy czemu rodzice przed urlopem tak się spinają. Czemu urlop to coś innego niż wakacje? Cóż... życie jest o wiele przyjemniejsze gdy wakacje trwają od dwóch do czterech miesięcy. Do tego dochodzą ferie zimowe i przerwy świąteczne. Życie dziecka oraz niepracującego studenta mają inny wymiar. Gdy słowo "wakacje" zastępujemy słowem urlop życie nabiera innego wymiaru. Czekamy na niego cały rok. To nasze Boże Narodzenie. Chcąc wykorzystać do maksimum każdą minutę, przygotowujemy się już kilka miesięcy wcześniej (ba! niektóre Panie nawet wcześniej). O ile nie mamy dzieci, urlop jest dokładnie taki, jakim chcemy by był, ale co gdy pojawiają się pociechy? Czy wakacje z dziećmi to wciąż wakacje? 

Trudne pytanie prawda? Jedni bez wahania odpowiedzą, że owszem, nie wyobrażają sobie wyjazdu bez dzieci. Inni stanowczo temu zaprzeczą, twierdząc że urlop mają po to, by odpocząć nie tylko od pracy, ale również od rodzicielstwa. Tylko czy dzieci to nasza praca, czy nasze życie? Odpowiedzi usłyszysz tyle, ile rodziców. Każdy ma swoje racje. Każdy ma swoje zdanie. Każdy z Nas postępuje według własnych przekonań, wartości i potrzeb.

WAKACJE Z DZIECKIEM TO NIE WAKACJE, TO ZMIANA OTOCZENIA


Ja z nutką ironii w głosie, acz zawsze na wesoło powtarzam, że wakacje z dzieckiem, to nie wakacje, a zmiana otoczenia. Dlaczego? Wakacje kojarzą się z luzem, beztroską, z brakiem obowiązków czy rutyny, z szaleństwem, ze spontanicznością, z wolnością i słodkim nicnierobieniem. Wyjeżdżając na wakacje z dziećmi obowiązek bycia mamą zabierasz razem ze sobą. I ciężko nazwać ten czas nicnierobieniem. Owszem odpoczywasz od sprzątania i gotowania (w moim  przypadku niestety nie od prania), ale nie odpoczniesz od opieki nad dzieckiem, od zmiany pieluch, od posiadania oczu z tyłu głowy. Podróż trwa dłużej, bo dzieci potrzebują więcej przystanków, bo marudzą, bo chce im się siku. Miejsce wybierasz pod ich potrzeby (a raczej własne, bo im więcej atrakcji dla nich, tym więcej czasu dla Ciebie). Szukasz najlepszego noclegu z łóżeczkiem dla niemowląt, wanną (choć zaufaj mi pod prysznicem niemowlaka też wykąpiesz), krzesełkiem do karmienia na stołówce, placem zabaw, brodzikiem dla najmłodszych i innymi udogodnienia. Sprawdzasz jakie atrakcje oferuje region. Planujesz wszystko w szczegółach. A dzieci... rozchorują Ci się w nocy przed wyjazdem lub na wyjeździe, mają zły humor, muchy w nosie, nie chcą podziwiać tych pięknych widoków co Ty, wolą plac zabaw lub nie wejdziesz tam gdzie chcesz, bo z dziećmi nie wpuszczają. Na plażę chodzisz niczym wielbłąd, dźwigając tysiące manatek, a na koniec taki gagatek wejdzie Ci na barana, bo nóżki zniknęły i nie ma jak iść. Wieczorem nie obejrzysz romantycznego zachodu słońca, bo Twoje dzieci odpadły długo przed tym zanim zapadł zmierzch. Po wszystkim wracasz umęczona, a mąż się cieszy, że idzie do pracy, bo wreszcie odpocznie.

I PO CO CI TO?


Hehe zabrzmiało strasznie? Nie. To zwykła codzienność. Z dziećmi nie da się nic zaplanować. Zaskakują na każdym kroku. Czasem pozytywnie, czasem są kłopoty, ale to absolutna norma prawda? Więc po co wspólne wakacje? Byśmy byli razem. Byśmy wspólnie spędzali czas. Byśmy wreszcie mieli czas na poświęcenie dziecku 100 % naszej uwagi. By nie słyszały Poczekaj, Zaraz, Potem, Za chwilę, Teraz nie mogę, Idź się pobaw, Później... Założyłam rodzinę, by dzielić z nią życie i wspólnie spędzać czas. Owszem wakacje z dzieckiem to już nie to samo, ale... wakacje nas zbliżają, wakacje nas uczą, wakacje dają nam chwilę wytchnienia od codzienności, od pośpiechu, od obowiązków. To w wakacje nie martwimy się codziennością, nie odbieramy telefonów służbowych, nie jeździmy po zakupy, nie  sprzątamy, nie gotujemy. Mamy czas dla naszych pociech. Poznajemy nowe miejsca, nowych ludzi, nowe smaki. Poznajemy siebie nawzajem. Jesteśmy tu i teraz. 

Tak, nie wygląda to już tak, jak niegdyś, ale każdy etap w życiu rządzi się swoimi prawami. Nie wyobrażam sobie jechać na urlop bez dzieci. Nie po to decydowałam się na bycie mamą, by przed dziećmi uciekać. Nie powiem, że mi się to nie marzy. Oddałabym wszystko za Dzień w SPA. Dzień w ciszy i spokoju, gdzie to ktoś inny zadba o moje potrzeby i mnie porozpieszcza. Dzień pełen egoizmu i rozkoszy. Jednak dzień, góra dwa, mi w zupełności wystarczą.

Im dziecko mniejsze, tym bardziej potrzebuje bliskości rodzica. To tak szybko mija. Zanim się obejrzę, będę miała w domu nastolatki, dla których wychodzenie gdzieś z mamą to obciach. Będę wówczas tęskniła za tymi momentami i wspominała, jak Maja rzucała się w radości w piach, jej radość w oczach na widok morza, umorusaną lodami buzię, piach we włosach, okrzyki Emisia z tylnego siedzenia. W życiu na wszystko przychodzi pora. Fajnie jest być razem. Nawet jak to wszystko nie wygląda jakbyśmy chcieli, jak sobie wymarzyliśmy, jak było kiedyś. Ale, ja nie chcę inaczej. Mój mąż też nie. Nie umiem być bez nich. Na wakacje bezwzględnie tylko z nimi. Jesteśmy rodziną! Chcę widzieć ich radość, chcę byśmy wspólnie poznawali świat, chcę odkrywać go przed moimi dziećmi. I już myślę o kolejnych wyprawach.

Czy wakacje z dziećmi to wciąż wakacje? Oczywiście, że tak. Nie da się zrobić urlopu od bycia mamą. 

A Ty co o tym sądzisz? Jak spędzacie wakacje? Wspólnie czy osobno? 



Połowa wakacji za Nami, dzieci rosną, zmieniają się, a ja nadal nie śpię. Tak w skrócie mogę opisać miniony miesiąc, choć oczywiście działo się jeszcze kilka rzeczy. Muszę przyznać, że przy drugim dziecku czas płynie jeszcze szybciej, acz wszystko jest jakby bardziej wyważone i mniej ekscytujące, bardziej stonowane. Oczywiście piętrzą się kolejne trudności, problemy i wyzwania, ale jako mama, czuję się bardziej spokojna względem Emilii.

Zaczęliśmy od wyjazdu do Wrocławia. Pierwsza dalsza wycieczka Emi. Było świetnie, choć za wiele nie widzieliśmy. Albo Emi się zalała, albo Maja była zmęczona, a to zaczęło padać. Pokręciliśmy się po starym mieście i zaliczyliśmy wrocławskie zoo. Najważniejsze jednak dla Nas to wspólne spędzenie czasu i w innych okolicznościach przyrody. Ja potrzebowałam odmiany, a dzieci - czasu z tatą i mamą - bez zakupów, sprzątania i domowych obowiązków. Obawiałam się podróży, ale dziewczynki ją przespały i to w obie strony. Idealnie. Tylko Emi się jednak roztroiła. Po powrocie nie chciała nawet spojrzeć na wózek. I przez kolejne dni nie było żadnego spania. Chyba ją przeładowaliśmy bodźcami. Tylko cycuś i noszenie na rękach. Jednak dla takich maluszków wyjazdy są bardzo stresujące. Tym bardziej, że jednocześnie zaliczyliśmy skok rozwojowy.

Tak, tak, Emisia nauczyła się obracać na brzusio. I jak raz się udało, tak robi to ciągle. Co więcej, uwielbia na brzuszku leżeć - również we wózeczku. Co dla nas jest nowością, bo Maja tego po prostu nienawidziła. Na każdym kroku widzę, jak dziewczyny są od siebie różne. Teraz nam się ciągle dźwiga, więc podejrzewam, że dość szybko też usiądzie. Dźwiga główkę już bardzo wysoko i płynnie nią obraca, gdy tylko jest się za co złapać, stara się podźwignąć do góry. Absolutnie nie chce leżeć. Jest ciekawa świata. Wszystko chce zobaczyć, wszystko dotknąć, wszystkiego posmakować.

Nocki nadal ciężkie i to bardzo. Praktycznie nie ma nocy, podczas której nie spałabym na siedząco. Chyba już wręcz do tego przywykłam. Jestem tak przemęczona, że jak tylko siadam do karmienia, natychmiast sama zasypiam. Pewnie szybciej niż Emisia. Między 4 a 6 t nad ranem mamy istne Kongo. Nie ma spania, tylko na rękach, przy cycu albo na mnie. Co ją odłożymy - budzi się. Bierzemy na rączki - natychmiast zasypia. Nie zna litości. Chce być blisko i koniec. W ciągu dnia ciężko o spanie inne niż podczas karmienia piersią. I ciągle ulewanie. No niestety nie polepsza się. Chyba faktycznie wybierzemy się do lekarza, bo to już za długo trwa, a jak zaczniemy wprowadzanie stałych pokarmów... nie chcę myśleć, co to będzie
 
Majeczka nadal jest zagubiona. Bywają dni, kiedy jest dobrze, a bywają takie, gdy mam ochotę wysłać ją w kosmos lub uciekać, gdzie pieprz rośnie. No ciężko jej to sobie poukładać. Robi się coraz bardziej zazdrosna, co najbardziej widoczne jest, gdy karmię. Miejmy nadzieję, że wspólne wakacje nieco podratują sytuację. Przynajmniej teraz już wiem, jak mam z nią postępować i co jej mówić. Ma w sobie tyle emocji, że ciężko jest je wyciszyć, przeżyć i funkcjonować.


Lato w lipcu nas nie rozpieszczało, ale nadrobiliśmy nieco towarzyszko. No i były to ciągłe przygotowania: do wakacji i do przedszkola. Tak, tak - ja muszę się psychicznie przygotować, że muszę oddać obcym dziecko. Boję się bardzo jaka będzie Pani, jak zareaguje Maja, czy to oby nie będzie zbyt wiele? Siostra? Przedszkole? Już się zaopatrzyłam w pomoce dydaktyczne i po powrocie z wakacji muszę się dokształcić i odpowiednio przygotować Maję. Czyli rozmawiać, rozmawiać i wpajać, że mamie trzeba mówić o wszystkim. 

A Ty jakie masz doświadczenia przedszkolne? Może masz dla mnie jakieś złote rady? No i jak mijają Ci wakacje? Nam jakoś wyjątkowo szybko. Nie mogę uwierzyć, że połowa za nami.
 
 

#CZYTAJZNAMI to kampania blogerek, którzy należą do Klubu Książki "Przeczytaj i Podaj Dalej". Naszym celem było zachęcenie czytelników do czytania książek, ukazanie jak wszechstronne jest czytanie, jak wiele gatunków literackich istnieje, jak różne jesteśmy my, a przez to różne są książki po które sięgamy. Pragnęłyśmy zarazić swoją pasją innych, a przede wszystkim pokazać, że nie jesteśmy statystycznymi Polkami. 

To już ostatnie podsumowanie. Ostatnie, bo było ich więcej. To już czwarte. W kampanii wzięły udział 43 wspaniałe dziewczyny i  w przeciągu 42 tygodni powstały 42 wspaniałe teksty. Na czym to polegało? Co tydzień inna z nas zapraszała 3 dziewczyny do wpisu gościnnego rzucając jakiś temat. A tematyka była naprawdę zaskakująca i nieprawdopodobnie kreatywna. Sama bym w życiu nie wymyśliła tak wielu wspaniałych tekstów. Sama zobacz. Jestem przekonana, że jeśli nie czytasz, to zaczniesz, bo znajdziesz tu coś dla siebie. Jeśli czytasz, to poniższe wpisy będą dla Ciebie źródłem inspiracji i zaczniesz jak szalona dopisywać pozycje do Twojej listy MUST READ.

Oto ostatnie 12  wpisów w ramach naszej akcji:

1. Zestawienie otwiera Kasia - autorka bloga  KATARZYNAGRZEBYK.PL, która wpadła na genialny pomysł i zapytała dziewczyny czego i od kogo chciałyby się nauczyć. Bo która z Nas czytających, nie marzy o tym by napisać własną książkę? 

2. Karolina z WARIACJE( NIE ZAWSZE) NA TEMAT chciała nam podnieść ciśnienie. Dlatego poprosiła o wskazanie książki lub autora, który je najbardziej zbulwersował.  W końcu są takie książki prawda? I niestety zwykle je pamiętamy. 

3. Ela z SONRISABOOKS.BLOGSPOT.COM mnie zaskoczyła, gdy rzuciła swój temat. Książki idealne za życiowym zakręcie. Jakie to? Dziewczyny wykazały się wrażliwością, ukazując różnorodność swoich charakterów i światopoglądów.

4. U Agi z NIEBIESKIEGO STOLICZKA zjadziesz książkę z zakończeniem, które wdeptało dziewczyny w ziemi. Brzmi intrygująco?

5. Weronika FAN OF BOOKS nie zgadza się na wszystko, co jej autor oferuje. Dlatego zapytała o  książki, w której dziewczny chętnie zmieniłyby fabułę. Wyobrażacie sobie czasem książkę, której akcja toczy się zupełnie innym torem? gdzie bohater wcale nie jest głównym bohaterem, a miłość nie zawsze kończy się dobrze?

6. Dzięki Karolinie z KARO PISZE TU rozmarzysz się i możesz ujrzeć swojego partnera z nieco innej perspektywy. No właśnie. Z kim chciałabyś spędzić resztę życia. Kto dla Ciebie jest mężczyzną idealnym? oczywiście mowa o księciu z bajki.. 

7. Paulina z CZYTAJ NA WALIZKACH chciałaby zekranizować kilka książek. Podobnie jak dziewczyny, które u niej pisały.

8. Aleksandra z PARAPETU LITERACKIEGO lubi, gdy książka coś w nas zmienia, otwiera nieznane drzwi, otwiera oczy, daje nowe możliwości.

9. Aga z LIFESTYLE BY AGNIESZKA swoją pasją do czytania chciałaby zarazić każdego, dlatego dziewczyny poprosiła o pomoc, pytając wprost jaką książką zachęciłyby dorosłą osobę do czytania? 

10. Paulina zYAKIE - FAYNE.pl pokazuje wielorakość emocji, jakie potrafi wzbudzić w nas autor - niekiedy mocno skrajnych, bo jak można kochać i nienawidzić jednocześnie? 

11. Ewelina z BLAIR CZYTA również lubi kino, dlatego temat się powtórzył, ale książki i dziewczyny nie, dlatego koniecznie musisz tu zajrzeć, by poznać książki, które muszą mieć finał na dużym ekranie. Gwarantuję, że z Eweliną zostaniesz na dłużej.

12. Na koniec zapraszam do Kasi z ANTOSIEWICZ.EDU.PL, która dołączyła do nas w ostatniej chwili. Mam nadzieję, że swojej decyzji nie żałuję, bo wpis powstał bardzo ciekawy, a dziewczyny okazały się "łaskawe" dając niektórym autorom drugą szansę. Ty dajesz? Bo ja rzadko. 




Mam nadzieję, że poczułaś się zaintrygowana i już rozpoczęłaś floating po blogach? Pamiętaj, że to nie wszystko! Poniżej znajdziesz kolejne 30 intrygujących linków i poznasz 30 innych, wspaniałych miejsc w sieci:


Z tego miejsca chciałabym podziękować moim wspaniałym dziewczynom: za kreatywność, za zaangażowanie, za pomysłowość i codzienną dawkę inspiracji jakie otrzymuję od Was w Klubie i na Waszych Blogach. Bardzo dziękuję, że dołączyłyście i tak chętnie promowałyście akcję. Mam nadzieję, że dzięki nam znalazły się osoby, które sięgnęły po opisane przez Was książki. Cudownie było poznać Wasze blogi i Was same nieco bliżej.
 

 
Podczas, gdy część z Nas nie ma absolutnie nic przeciwko rodzeniu dzieci w państwowych szpitalach, wiele mam za żadne skarby świata się na to nie zdecydują. Nie wchodząc jednak w istotę maminych pobudek, chciałabym Ci dziś przedstawić moją (bądź co bądź bardzo subiektywną) opinię na temat porodów w tychże placówkach. Dlaczego? Dlatego, że rodziłam i w prywatnej klinice, jak i za pieniądze nas wszystkich, podatników. Co więcej, to był wciąż ten sam szpital.

Jak to możliwe? Od czasu urodzenia Majci placówka zdecydowała się, a raczej została zmuszona do podpisania umowy z NFZ i tak stała się placówką publiczną. Dlaczego tam? Bo znałam kadrę, znałam szpital. Wiedziałam, jak tam jest. Mniej się bałam. Fakt, że znam to miejsce, działał na mnie uspokajająco. Czy odczułam różnicę? Owszem.

Już na wstępnym KTG nikt się nie uśmiechał i nikt nie był dla mnie miły czy troskliwy. Ot odbębniano swoje obowiązki, traktując mnie przedmiotowo. Holistyczne podejście do tematu porodu poszło w niepamięć. Już wówczas z mężem stwierdziliśmy, że trochę się zmieniło, pozostaliśmy jednak niezrażeni. W końcu nie chodzi tylko o to. Postanowiłam zagadać położną, mówiąc że 3 lata temu już tu byłam i pytając, czy coś się zmieniło. Wszytko. Jest nieco lepiej niż w pozostałych szpitalach. Ale tylko trochę. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zdębiałam. Dosłownie. 


DRUGI PORÓD JEST BARDZIEJ ŚWIADOMY


Jeśli chodzi o sam poród nie mogę powiedzieć złego słowa. Mieliśmy nieprawdopodobne szczęście, trafiając na tą samą położną przy porodzie. Ten łut szczęścia sprawił, że było doskonale. Była tak samo miła, ciepła, empatyczna i niezauważalna. Pytała o wszystko. Pomagała. Liczyła się z moim zdaniem. Powiedziałabym, że było nawet dużo lepiej, bo drugi poród, to zdecydowanie bardziej świadomy poród. Zupełnie inaczej wygląda współpraca z położną. Wiem, czego wymagać. Wiem, czego potrzebuję. Wiem, czego się boję i mogę w tym miejscu poprosić o pomoc, wiedząc dokładnie o co proszę. Rodzenie Emi było prawdziwie pełnym przeżyciem.

PIENIĄDZE ZMIENIAJĄ MENTALNOŚĆ


To samo miejsce. Ta sama kadra, ta sama porodówka, nawet ta sama sala poporodowa, a jednak zupełnie inaczej. Leżałam tylko na innym łóżku. Szpital jeszcze pół roku wcześniej był prywatny, więc warunki sanitarne miałam idealne: sala dwuosobowa, łazienka jedna na dwa pokoje, sprzątanie kilka razy w ciągu dnia, wygodne łóżka i wszelkie udogodnienia. Nawet jedzenie to samo  - przepyszne. No i na tym bym skończyła, bo nikt do mnie nie przychodził, nikt nie doglądał, nikt nie zapytał czy potrzebuję pomocy przy karmieniu. To, że dziecko jest ze mną od razu mi nie przeszkadzało - tak też chciałam, więc na jedno wyszło (wcześniej pielęgniarki zabierały dzieci na noc, by "wyspać się tą jedną noc"). Musiałam prosić, by ktoś sprawdził, czy wszystko w porządku z moją raną (byłam łyżeczkowana i zszywana). Luknięcie na obchodzie było po prostu żałosne. Pewnie bym nie zwróciła na to uwagi, gdybym wcześniej nie była w tym samym szpitalu. Odczułam dosłownie każdą różnicę, każdy szczegół. Gdyby to było moje pierwsze dziecko, byłabym przerażona, bo położne (nie wszystkie, ale większość) były zwyczajnie nieprzyjemne, przemęczone i pretensjonalne. W żaden sposób nie pomagały przy dziecku. Gdy sama o coś zapytałam, bo mnie niepokoiło - dostałam niemiły ochrzan. A wcześniej dostawałam odpowiedź na każde pytanie, naukę kąpieli i dwugodzinny patronaż przy karmieniu piersią. Niesamowite jak pieniądze zmieniają mentalność ludzi. Jak wpływają na nastawienie wobec pacjenta. To mega przykre, że w Polsce trzeba płacić, by służba zdrowia była dla Ciebie zwyczajnie miła.

Oddziały położnicze to bardzo specyficzne miejsca. To miejsce,w  którym kobieta powinna spotykać się ze zrozumieniem, szacunkiem, gdzie powinna zostać otoczona nie tylko fachową obsługą, ale i troską. Nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że miałam wspaniałe warunki. Trafiłam też na wspaniałą mamę na sali poporodowej, z którą czas upłynął mi mega przyjemnie. I nie przeszkadza mi nawet fakt, że dla dziecka i siebie musiałam mieć absolutnie wszystko. Przegięciem było tylko to, że NFZ nie gwarantował podkładów poporodowych. Chodzi mi o zderzenie tych dwóch rzeczywistości. W tym samym miejscu. Między tymi samymi ludźmi. Jak na dłoni widać, kto wykonuje ten zawód z powołania, a dla kogo, to tylko praca. 

Poród prywatny czy poród z NFZ? Hmnnnn.... chyba nie muszę odpowiadać. Jeszcze troszkę nam brakuje do rodzenia po ludzku w naszym Państwie. Niestety. Bo czy ludzkim jest płacenie za uprzejmość? Wiem, że dziewczyny z fundacji wykonały kawał roboty i mam nadzieję, że nie wrócimy do ery przedpotopowej, bo jeszcze daleka droga przed nami. A Ty? Co byś wybrała? Albo co wybrałaś? Jakie są Twoje doświadczenia?

Chcesz zobaczyć, jak to wyglądało wcześniej? Zajrzyj we wpis RODZIĆ PO LUDZKU.
 
 
Drugie dziecko jest mniej ważne. W końcu masz już jedno. Co wyjątkowego jest w tym drugim? Dziecko to dziecko. Jedno znasz, drugie pewnie podobne. Czym tu się zachwycać? 


Gdy zaszłam w drugą ciążę podkreślałam, jak ważnym jest, by nie lekceważyć pierwszego dziecka. Rodzinę i znajomych planowaliśmy poinstruować, jak się zachować podczas pierwszych odwiedzin Emisi. Tymczasem rzeczywistość nas zszokowała. Drugim dzieckiem nikt się nie przejmuje. Nikt nie spieszy, by je poznać. Nie wzbudza ono większego entuzjazmu.


Już w ciąży zaczęłam odbierać dziwne sygnały. Za bardzo się mną i moim stanem nie interesowano. Z Mają zapanowało totalne szaleństwo. Rodzice skakali z radości, obchodzono się ze mną jak z jajkiem, koleżanki dosłownie codziennie pytały jak się czuję. Telefony się urywały, a drzwi nie zamykały. Każdy na mnie uważał i interesował się moim stanem, wynikami badań. Dosłownie wszystkim. To było szalenie miłe, acz czasem nieco przytłaczające. Gdy zaszłam z Emi, prócz męża, nikt nie skakał z radości. Wiadomość przyjmowano poprzez Aha, Gratulacje, albo co gorsza O skusiliście się na 500+?  Raczej mało kto do mnie dzwonił, pytając o samopoczucie, nikt też nas nie odwiedzał, choć część ciąży przeleżałam. Telefony i wizyty zdarzały się sporadycznie. Myślałam, że sobie uroiłam, że to przez hormony mam jakieś omamy, ale po rozmowie z mężem okazało się, że ma takie same odczucia. 
 
Większość zachowywała się jakbym nie była w ciąży. Dopiero, gdy mój brzuch zaczął wyprzedzać mnie, a mój chód przypominał bardziej niezdarną kaczkę niż seksowną kocicę, nieco drgnęło. Gdy okazało się, że mam leżeć mieliśmy spory problem, co zrobić z Majeczką. Tu na szczęście ogromną pomoc otrzymaliśmy od teściowej, która sama wychowawszy dwoje dzieci doskonale rozumiała, że pomoc jest naturalną rzeczą w takiej sytuacji. 
 
Po porodzie bałam się fali odwiedzin, ale ... nikt nas nie odwiedzał. Mało tego, nikt nie chciał nas odwiedzać. Nie było kwiatów. Nie było niekończących się telefonów z gratulacjami. Na palcach jednej ręki policzę kartki z gratulacjami. Emi poznawano przy okazji, np. urodzin Mai i raczej nikt się nie spieszył. Może to echo mojego gadania, by dać nam czas, aż dojdziemy do siebie. Nie mniej jednak było nam nieco przykro. Bądź co bądź Emi ma niemal pięć miesięcy.
 
Jest jeszcze jedna rzecz. Podczas, gdy nad Mają wszyscy się rozpływali, wszyscy chcieli ją brać na ręce i przytulać, każdy nad nią ćwierkał, Emi zdaje się nikt nie zauważać. Nikt też nie wyciąga do niej łapek.
 
Przykre to, bo Emiluszka jest cudowną, uśmiechniętą dziewczynką. Słodziak totalny, którego mogłabym schrupać. Jest po prostu wspaniała. Nie rozumiemy tego zupełnie. Piszę w liczbie mnogiej, bo nawet mój zdystansowany do życia i ludzi mąż, który zwykle niczym i nikim się nie przejmuje, sam głośno to komentuje. A gdy mój mąż coś komentuje znaczy, że sprawa jest poważna i to już nie są moje wymysły ani hormony.
 
Drugie dziecko jest mniej ważne. W końcu to drugie. Strach pomyśleć, co by powiedziano na wieść o mojej kolejnej ciąży. Pewnie bym usłyszała, że patologię szerzę, albo zwariowałam. I tak już przy Emi usłyszałam tekst, którego nie zapomnę do końca życia: że nigdy nie poradzę sobie z dwójką dzieci! No. Może i nie radzę sobie najlepiej, ale kocham najmocniej na świecie, nawet gdy numer jeden mam ochotę wysłać w kosmos. 
 
Ludzie drugie dziecko też jest ważne! I trzecie, i czwarte. Wszystkie są tak samo ważne jak pierwsze! Wszystkim powinno okazywać się zainteresowanie i przyjmować z takim samym entuzjazmem, zainteresowaniem i miłością. 
 
Mam nadzieję, że Ty nie masz takich doświadczeń?
 

Mój romans z książkami był był bardzo burzliwy. Często ze sobą zrywaliśmy, to znów to siebie wracaliśmy i tak w koło. Zawsze przerwa podyktowana była jednak kiepskim doborem literatury, a nie nie brakiem czasu, jak to u większości bywa. To prawda. Przez kiepską książkę można naprawdę się do czytania zniechęcić. Na szczęście to działa również w drugą stronę. Dzięki dobrze dobranej książce znów wskakujesz na konia i płyniesz poprzez nieznane światy. 

Czy można komuś polecić książkę tylko po to, by zaczął czytać? Niby można, ale jest to niezmiernie trudne. To co podoba się mnie, niekoniecznie podobać się będzie Tobie, czy Twojemu mężowi albo przyjaciółce. Każdy z Nas jest inny, każdy ma inne potrzeby, doświadczenia, czy gust. Co więcej nawet Tobie poleciłabym coś zupełnie innego teraz, a co innego za rok, czy rok wcześniej. Bo ważne jest Twoje TU I TERAZ. Gdzie jesteś, jaka jesteś, na jakim etapie życia, czego potrzebujesz (odskoczni, rozrywki, czy poszukujesz czegoś głębszego, czegoś cięższego, czegoś mądrzejszego).

Pierwszą książką, którą czytałam z wypiekami na twarzy, od której nie mogłam się oderwać i wywołała we mnie czytelniczy głód, była "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery. Pamiętam jakby to było dziś, choć od lat 90 - tych nieco czasu upłynęło. Były wakacje, a ja razem z rodzicami w Zakopanem. Latem mama zawsze kazała mi nadganiać lektury szkolne, ale ta... ta okazała się być czymś wspaniałym. Po raz pierwszy odpłynęłam. Porwało mnie Zielone Wzgórze. Kupiłam kolejny tom i kolejny, i kolejny. Wychodzić z pokoju nie chciałam. Śmiałam się i płakałam. I tak bardzo chciałam zaprzyjaźnić się z Anią. To dziś to moja książka numer jeden.

W podstawówce jednak nie sięgałam po nic więcej. Nie miałam nikogo, kto podetknąłby mi jakieś ciekawe książki poza lekturami. A tych drugich było tak dużo, że nie czułam potrzeby. Czas miałam tak skutecznie wypełniony zajęciami dodatkowymi, że czytanie było dla mnie zmorą. Aż do liceum, gdzie poznałam ludzi, którzy poza kanon lektur wychodzili daleko, oj daleko. To wówczas sięgałam po nieco ambitniejsze lektury Marqueza czy Oza, ale tak naprawdę rozkręcił mnie Harry Potter. Tak. Dokładnie. Zapierałam się przed nim nogami i rękoma. Śmiałam z dziewczyn, które na przerwach nie umiały się od Niego oderwać - podczas lekcji zresztą również. Jak można literaturę dziecięcą czytać będąc już w liceum?  I wtedy Gosia (moja koleżanka) wcisnęła mi w rękę "Kamień filozoficzny" mówiąc Sama zobacz, nie będzie Ci się podobało, odłóż. Ale zacznij. No i magia Hogwartu zaczarowała i mnie. Nigdy wcześniej nie czytałam fantastyki. Nigdy wcześniej nie czytałam w oryginale.

Podczas studiów książki były cudownym sposobem na zabicie czasu podczas marnych wykładów. Wówczas rozczytywałam się w powieściach Agathy Christie i wraz z detektywem Poirot prześcigałam się w docieraniu do prawdy. Potem znów czytać przestałam, aż do czasu, gdy poznałam mojego męża, a teściowa podsunęła mi "Księżniczkę z lodu" Camilli Lackberg. Znów mnie wciągnęło. Zawaliłam pół nocy dla Eriki i Patrica. Jednocześnie pokochałam kryminał na całego.

Będąc w ciąży natomiast nie potrafiłam się na niczym skupić. Potrzebowałam czegoś lekkiego, czegoś co mnie wciągnie na tyle mocno, że świat pisany pochłonie mnie całą, bez reszty. I wtedy dostałam od znajomej "Miasto kości" Cassandy Clare. Wampiry i świat podziemny to moje guilty pleasure, a gdy do tego dodać romans w tle. Odkąd w liceum przeczytałam książki Anne Rice, po prostu się w tych stworzeniach zakochałam. Hmnnnn czyżby podobał mi się gatunek Young Adult? 

W końcu 3 lata temu wysłuchawszy statystyk stwierdziłam, że to nie możliwe, by ludzie nie czytali nawet książki rocznie. Sama rzuciłam sobie wyzwanie. Wyzwanie książkowe. Założyłam, że przeczytam choć jedną książkę w miesiącu. Choć tyle. Od tak, by sprawdzić, czy to możliwe. Zamiast założonych 12 - stu przeczytałam 23. Spodobało mi się to. Wkręciłam się na całego. 

Potem do głowy przyszedł mi szalony pomysł: zorganizuję wymianę książkową. Książki są drogie, kupując zaś te 12 - ście sztuk w roku to już jest spory wydatek. A gdyby tak znaleźć innych, takich jak ja? Okazało się, że jest nas całkiem sporo, do tego każdy pragnie z kimś o książkach rozmawiać, dzielić się wrażeniami, radzić. I tak oto powstał mój KLUB KSIĄŻKI. Dzięki nim czytam więcej. Dzięki nim sięgam po autorów, po których pewnie sama bym nie sięgnęła. Dzięki nim poszerzam horyzonty. 

Książka dzięki, której zaczęłam czytać? Jak widzisz było ich wiele. Na każdym etapie mojego życia, było to zupełnie coś innego. Z zupełnie z innego gatunku literackiego. Ale tak naprawdę rozkręciły mnie one - dziewczyny z PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ. Zaraziły swoją pasją do słowa czytanego. Przekazały swój entuzjazm. Zaimponowały wszechstronnością i oczytaniem. Do dziś czuję się wśród nich taka maluczka. Ale czuję się z nimi dobrze. Nikt nie ocenia mnie po tytułach, ani gatunkach w jakich gustuje. Nikt nie mówi, że czytam za mało. Za to moja lista must read rośnie w zastraszającym tempie, a  ja odkrywam nowych, wspaniałych autorów. I czytam. A Ty? Czytasz? Czy potrzebujesz małego kopniaka? Inspiracji? Motywacji? Porady?   
 
 
     
 
Wpis powstał w ramach akcji zorganizowanej przez SOCJOPATKĘ. „Książka, dzięki której zacząłem czytać” too projekt, który ma na celu wyłonienie najlepszych książek z każdego gatunku literackiego i zachęcenie ludzi do czytania, przedstawiając różnorodność gatunków, różnych autorów oraz możliwości, jakie daje nam czytanie. Każdy bloger, który bierze udział w Akcji przedstawia książkę, która jego zdaniem jest najlepszą pozycją, od której warto zacząć przygodę z danym gatunkiem.No ja się troszkę wyłamałam i chciałam pokazać kilka.

Akcja trwa od 01.07.2017 do 31.07.2017 roku. Po jej zakończeniu na blogu Dagmary pojawi się lista wszystkich tytułów, z którymi chcemy Cię zapoznać czyli "The best od the best".


A Ty jaką książkę byś poleciła osobie, która nie czyta? Czy Twoim zdaniem dobra książka może kogoś zachęcić, by sięgał po literaturę częściej? Dzięki komu zaczęłaś czytać? A może właśnie nie czytasz? Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego?
                                       

 
Miniony miesiąc spędziliśmy głównie na wygnaniu. Jako, że w bloku zarządzono przymusowe remonty i codziennie przez ponad dwa tygodnie wyłączano wodę, by na koniec zrobić u nas wielkie jopy w ścianach pod wymianę rur, z dziewczynkami udałyśmy się na wieś do dziadków. Zaliczyliśmy pierwszy Dzień Dziecka Emilii, Dzień Ojca oraz jej chrzciny, a Maja dostała się do przedszkola. Na szczęście jesteśmy już u siebie, z tatą, bo nie ma to jak w domu, prawda?

Emilcia rośnie w oczach. Tak szybko się zmienia. Pamiętam, że z Mają było tak samo. Ten pierwszy rok leci nieubłagalnie i zanim zdążysz się nacieszyć dzieckiem, ono jest już zuepłnie inne. Emiś to zgrabne niemowlę, które codziennie zyskuje więcej umiejętności. Jest bardzo silna, próbuje się podnosić, cudnie trzyma główkę, choć szyja czasem nie daje rady. Przewraca się tylko na boczki, jeszcze nie potrafi inaczej, ale leżeć to ona już nie chce. Non stop karze się nosić i podziwia świat. Tak, podziwia to odpowiednie słowo, bo wprost śmieje się do drzew i liści. No jest zachwycona jak się ją nosi przodem do kierunku ruchu. Głowa jej wówczas się dosłownie kręci i słychać ten wesoły rechot. Uwielbia rozmawiać. Sama zaczepia. A jak się śmieje na widok Mai. Jak już zdążyłaś zauważyć, wpadłam po uszy. Jestem w niej kompletnie zakochana. A jak się śmieje, gdy widzi cycusia. No rozwala mnie to kompletnie, bo dosłownie rechocze na głos.

Majuszka ma nadal ciężki okres. Pobyt u dziadków tylko to spotęgował, bo zamiast uczyć dziewczynki współżycia, dziadkowie bawili się z nią i tylko z nią od rana do nocy, robiąc za nią wszystko i lekceważąc moje uwagi, że wychowujemy ją inaczej. Cofnęła mi się totalnie. Nie chce sama chodzić do toalety, nie chce sama jeść. A od września przedszkole, więc w domu rozpoczynamy trening samodzielności. Chyba nie muszę Ci mówić jaki jest krzyk, ból i łzy? Zaczęła się złość, rzucanie przedmiotami, krzyki itp. Tak, aż ciężko uwierzyć, że ten anioł ma pod skórą diabła, a ma! Za chwilę zaś przychodzi powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Mnie najbardziej. Póki co nie odbija się to na siostrze, ale... coś czuję, że to kwestia czasu.

Emisia obchodziła w tym roku swój pierwszy Dzień Dziecka. Acz u nas było ciężko, bo tata z dala od Nas. I były chrzciny. Były. Z przygodami, bo ciocia ledwo dojechała do Kościoła, a potem musiała szybko wracać na Śląsk. Emisia nie ma więc zdjęć z chrzestną, tylko na szybko z kościółka. No niestety, czasem życie pisze scenariusz za nas i nic nie jesteśmy w stanie poradzić. Jako mama dobrze to rozumiem. Cieszymy się, że była z Nami w tym naprawdę najważniejszym momencie, ale o tym więcej innym razem.

Co jeszcze? Aaaa! Przedszkole. Tak! Maja dostała się do przedszkola. Nie tam, gdzie mi się marzyło, ale za to ze swoim przyjacielem. Ja, matka, byłam na pierwszym zebraniu rodziców. To dopiero przeżycie. Kurcze... być po tej drugiej stronie. Jakie to dziwne. Staro się poczułam. Serio. Ale wracając do meritum, mam pietra. Strasznego. Nie wiem, jak Maja da sobie radę. Pani choć zrobiła na mnie wspaniałe wrażenie, to jest jedna, a dzieci 25! Trochę to dużo. Spanie przymusowe. Majeczka nie umie się dzielić, nie umie jeszcze guzików sama zapisnać, w kibelku potrzebuje nieco pomocy. Wiem, że mamy dwa miesiące na naukę wszystkiego, ale ona jest tak delikatna psychicznie, tak emocjonalnie rozchwiana, że naprawdę się o nią boję. Z drugiej strony nie mogę się doczekać, aż będziemy z Emi same - być tylko z jednym dzieckiem to teraz dla mnie najbardziej komfortowa sytuacja z możliwych. Swoją drogą, czy te wyrzuty sumienia kiedyś miną? 

Jeszcze kino. Pierwsze kino Mai. Randka z tatą. Myśleliśmy, że będzie wow, ale niespecjalnie wywarło to na niej wrażenie. Bardziej cieszy ją spacer na lody. No i ciągle słyszę "Mama pamiętasz jak w zeszłym roku..." tak, tak bo wszystko co było, to było w zeszłym roku - nawet dzień wczorajszy. Pocieszne to.

I tak sobie trwamy. Ja, Maja i Emi. Czasem dołącza tatuś. Czekamy na jego urlop. No dobra, ja czekam, aż będziemy wszyscy razem. Nawet nie wiecie, jak bardzo doceniłam jego wkład w opiekę nad dziećmi, gdy zabrakło mi go u rodziców. Mąż jest uczulony na sierściuchy, więc nie mógł zostawać na nocki u rodziców. Podróżował też w delegacje, więc widziałyśmy go dwa razy w tygodniu. Nawet w weekend wracał po kąpieli dziewczyn, by wrócić następnego dnia. Stęskniona i wyczerpana nocami z Emi, wracałam do domu w podskokach. Jak dobrze mieć męża, który robi wszystko przy dzieciach. A Twój? Mam nadzieję, że to również typ partnera?
 

Nie będę Cię oszukiwała, jest mi bardzo ciężko.  Głównie dlatego, że brak mi odpoczynku. Brak mi snu. A przez permanentny brak snu człowiek czuje się nie tylko zmęczony, ale jest również rozdrażniony, nie potrafi się skupić i boli go głowa. Z dójką dzieci u boku to już nie przelewki, to dwa razy więcej obowiązków, dwa razy mniej snu i sto razy więcej prania. Trzeba wykazać się nie lada cierpliwością, opanować do perfekcji sztukę logistyki oraz nauczyć się żyć bez snu. Tak, tak. Odkąd urodził się nasz Emiś nie spałam ciągiem więcej niż 4 godziny.

Gdy urodziła się Maja bardzo się jej bałam. Myślałam, że przy drugim dziecku lęku nie będzie. Ale jest, tyle że wciąż o to samo dziecko. Z drugim jest o wiele łatwiej, bo... już to przerabiałam. Mimo, iż drugie dziecko zawsze jest inne, ma inne problemy i potrzeby, to człowiek jest oswojony, i wie co może go czekać. Ma w sobie więcej spokoju, zrozumienia, cierpliwości, empatii. Tymczasem to pierwsze rośnie i wciąż się zmienia, rzucając kolejne kłody pod nogi. Nieustannie zaskakuje, szokuje, prowokuje i to ono jest największym wyzwaniem. Ty musisz za nim podążać.

Nie ma mnie tu. Nie jestem w stanie pisać. Nie mam na to czasu. Co więcej, nie mam nawet ochoty, no bo jak tu mieć chęci, gdy codziennie mam dla siebie godzina, góra dwie (choć wówczas kładę się już zbyt późno)? Emisia ma problemy z przełykiem. Strasznie ulewa. Musi być w pionie. Mam więc dziecko hubę. Stale na mnie. W chuście lub na rączkach. Teraz jest nieco lepiej, ale łóżeczko jest podniesione, karmimy się w pozycji siedzącej, gdzie główka jest wyżej, w wózeczku dno też podnieśliśmy. Nie ma żadnego leżenia na płasko. Bujaczek też w pozycji półleżącej. W gości chodzimy z 4 zestawami ubrań. Dla siebie również. Są problemy z zasypianiem, a dziecko jest absolutnie nieodkładalne.  Znasz to? Śpi jak aniołek, ale na tobie. Gdy tylko wykonujesz ten jeden ruch, lekko się pochylając by skubańca odłożyć, ten otwiera oczy, jakby mówił Ej, bez takich numerów, ja wszystko widzę! Maja jest zazdrosna, urządza sceny, krzyczy wniebogłosy, rzuca się na ziemię. Nie radzi sobie. Ja też, bo o ile przy jednym, dwóch wybuchach idzie wytrzymać, to kilka razy dziennie... Krzyczę, tak krzyczę. Jestem podłą matką. Czuję się okropnie, ale nie wytrzymuję psychicznie. Niszczą mnie jej krzyki. 

Codziennie staram się nad sobą pracować. Codziennie powtarzam sobie bądź cierpliwa, ona jest jeszcze malutka, nie radzi sobie z emocjami, musisz jej pomóc. Szaleństwo.

Nigdy nie śpią obie na raz. A jak już to trwa to jakieś 10 minut. Bez kitu, Gdy jedna zasypia, druga natychmiast się budzi. 

Wieczorem usypiam Emisia od godziny do dwóch. Czasem dłużej. Często, gęsto usypiam je obie. Naraz. Maja chce być ze mną. Jedna na piersi, druga leży obok, ale... ale wiesz co? kocham ten moment. Mimo iż często zasypiam razem z nimi, albo czeka na mnie gorąca randka z żelazkiem i stosem wręcz prania (ulewające dziecko ma 3 razy więcej ciuchów i prane są 4 razy częściej), podłogi są do umycia, albo muszę podszykować coś na następny dzień. I jak tu usiąść, by pisać posty. Prędzej sięgam po książkę. Uciekam w inny świat. Nawet Gazela przestał biegać. Jest zbyt zmęczony wstawaniem kilka razy w nocy. Bo wstaje razem ze mną. Wspaniały jest prawda? Pomaga mi we wszystkim. A gdy widzi jak konam w ciągu dnia, zabiera dzieciaki bym się przespała. Bo nocki mamy straszne. Brzuszek męczy Emi. Budzi się czasem co 10 lub 45 minut. Śpi na mnie, więc ja na siedząco. Po każdym karmieniu, musimy ją nosić w pionie, by się odbiło. Miałam nockę, że nie spałam od 1 w nocy już w ogóle. Następnego dnia czuję się jak bohater The Walking Dead.

No nie jest łatwo. Nie mam łatwych dzieci. Wiem, że mało kto się przyznaje, że tak może wyglądać życie matki. Ale tak wygląda. Wiesz co? Nie zamieniłabym mojego Belzebuba, ani mojej huby za żadne skarby świata. To moja Perełka i moje Serduszko. Może nie chodzę do kina, nie spotykam się ze znajomymi, nie biegam po galeriach na zakupy, nie plotkuje godzinami przez telefon, ale spełniło się moje największe marzenie: mam rodzinę. Jestem mamą, choć czasem beznadziejną, to najlepszą jaką potrafię być i codziennie nad tym pracuje. W końcu praktyka czyni mistrza. To moje dziewczynki. 

Emisia ciągle się uśmiecha. Nawet o trzeciej nad ranem. Zarzygana, z kupą w pampersie. Nie ważne. Ważne że jest mama. A żebyś zobaczyła jak się cieszy na widok cyca. Radocha na sto dwa. A Majeczka? Majeczka gdy podchodzi, wtula się całą sobą i powtarza milion razy dziennie Kocham Cię, po prostu rozkłada mnie na łopatki: Mamo kocham Cię najbardziej! 

Ciężko jest. Cholernie ciężko. Czasem beznadziejnie, ale niczego bardziej nie pragnę jak być ich mamą. 
A jak wygląda Twój dzień?



Po porodzie, w domu czekała na mnie pewna niespodzianka, która kompletnie mnie zaskoczyła. Tak, bukiet kwiatów też był, ale było coś jeszcze: egzemplarz debiutanckiej powieści Anny Tabak  "Bursztynowy Anioł" z dedykacją. W lepszy czas Ania nie mogła się wstrzelić. Wiem, dziwna jestem, cieszyć się po porodzie książką, ale dla mnie to był doskonały czas na ucieczkę od bólu, odskocznię od nowych trudów codzienności i świetna terapia antybabybluesowa. Jak przetrwać połóg? Z dobrą książką w ręku.

Anna Tabak to moja blogowa koleżanka i członkini  Klubu Książki "Przeczytaj i podaj dalej" Wszystkie jesteśmy z niej ogromnie dumne, bo jej powieść okazała się po prostu rewelacyjna. Ciepła, przyjemna, napisana lekkim piórem. Błyskotliwa i dowcipna. Taka... naturalna niczym dziewczyna z sąsiedztwa. Muszę Ci powiedzieć, że cudownie czyta się książkę kogoś, kogo się zna. Przeświadczenie, że oto trzymasz w ręku jej spełnione marzenie - bezcenne.

Akcja książki toczy się w urokliwym Krakowie, a bohaterka ze swoimi perypetiami rozbawia, ale i skłania do refleksji nad własnym życiem i wyborami. Aśkę, studentkę ekonomii poznajemy w nie najlepszym dla niej momencie. Rzuca ją chłopak, który miał ją przecież prosić o rękę, na studiach jest nieszczęśliwa, egzaminy jej nie idą, a ma pracę do luftu. Wciąż pod górkę. Na szczęście, może liczyć na wspaniałe przyjaciółki - sublokatorki, których będąc szczerą, szalenie jej zazdroszczę. No bo która z Was nie chciałaby mieć funfeli na dobre i na złe? Takiej,  która pogłaszcze po plecach, ale również kopnie w tyłek, gdy robicie głupoty. Szczerej, lojalnej, wiedzącej dokładnie czego potrzebujesz? Pożyczy Ci super kiecuchnę, zrobi herbaty, gdy masz doła kupi lody, urządzając pidżama party w biały dzień? Wyobraź sobie, że przyjaciółki Aśki zabierają dziewczynę do słonecznej Chorwacji, by ta odpoczęła i nabrała dystansu. Tam poznaje... A! tego Ci nie powiem. Powiem Ci, że w jej życiu pojawią się dwaj Panowie... no i teraz zaczyna się dziać.

Ale, ale "Bursztynowy Anioł" to nie tylko historia miłości. To książka pełna mądrych i życiowych lekcji (aż się chce wynotowywać złote myśli), refleksji i przesłania. Książka, która mimo swojej lekkości (bo śmiałam się przy niej nie raz) skłania do pochylenia się nad własnym życiem, swoimi wyborami i  granicami. Czy podążasz własną ścieżką? Własną? Nie tą bezpieczną?

Ja w bohaterce odnalazłam mnóstwo siebie samej. Śmiałam się, rozumiałam i podziwiałam. "Bursztynowy Anioł" to powieść o miłości, przyjaźni, dojrzewaniu, spełnianiu marzeń i trudnościach losu. To książka o zwykłej codzienności, o rozterkach, jakie towarzyszą każdemu z nas, o sztuce dokonywania wyboru i ponoszeniu jego konsekwencji. To książka o najważniejszych w życiu wartościach. 

Świetna pozycja. Lekkie, przyjemne pióro, poczucie humoru, optymizm, lekkość w przekazywaniu mądrości życiowych  oraz zdecydowanie zakreśleni bohaterowie (których w książce nie brakuje) sprawiają, że to bardzo, ale to bardzo udany debiut autorki. Ja chcę więcej. Więcej książek Ani.  

Kochana, wybacz, że tyle mi to zajęło (sama wiesz, jak jest). Twoja książka jest cudna! Zazdroszczę! Dumnie wypycham pierś do przodu i kibicuję. Kibicuję, byś na tej jednej nie poprzestała, bo masz wielki talent. Pokazuj go światu.

A Ty już czytałaś tę powieść? Nie? To na co jeszcze czekasz??
 
 
 
No i są, zdjęcia naszego małego Krasnala. Cudne, urocze, pełne emocji. Co tu dużo mówić, no cudny jest ten nasz mały Emiś. Tu naprawdę malutki: dokładnie dwutygodniowy. Marzyła mi się cudna, cukierkowa sesja noworodkowa. Dziecię było mądrzejsze. Całym swym jestestwem mówiło nam, że tak nie chce. Oj naczekaliśmy się, naczekaliśmy by mała się uspokoiła, przestała płakać, zasnęła. Nic z tego. Chciała być blisko mnie. Ze sesji stylizowanej zrezygnowaliśmy na rzecz domowego lifestylu. I dobrze. Emi miała rację. Tak jest lepiej, tak jest naturalniej, tak jest piękniej. Matce do łba coś strzeliło.

A sesja wyszła mocno rodzinna. Są zdjęcia maleństwa (udało się zrobić dosłowanie trzy stylówy), są zdjęcia obu naszych pociech, moje z dziewczynkami i pełną rodzinką (te tylko dla naszych oczu). Długo nie mogłam się zdecydować, które z nich bym chciała. Wybór był ciężki. Ostatecznie zdjęcia przyszły w Dzień Matki - cudowny prezent.

Zdjęcia wykonała Aga z Fotobajkowo. Wyszła od nas nieco przerażona. Chyba dawno nie miała tak ciężkiej klientki. Emi nie chciała współpracować. Nie chciała wianuszków, spowijania w jakieś szmatki. Co to, to nie - moje dziecko chciało własnego bodziaczka i przytulaska z mamą. To nawet Maja, te 3 lata temu, zasnęła i dała popracować fotografce. Była spokojna. Ale też jej nie przebieraliśmy w nic. Oj trzeba do takich dzieciaczków mieć mega cierpliwość. I refleks, bo czasem naprawdę jest ułamek sekundy, gdy dziecko współpracuje, albo zrobi cudną minkę. 

Oj co ja się będę rozpisywała. Kocham zdjęcia. Jestem od nich uzależniona. A te są wspaniałe. Też macie takie fociaki?
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Uffff, na nudę w tym miesiącu, to ja nie mogłam narzekać. Co to, to nie. Zaczęło się od urodzin dziadka, przez weekend majowy, moje 34-urodziny, 3 urodziny Majeczki, wyprowadzkę do babci, na Dniu Matki i moich imieninach skończywszy. Co tydzień impreza. Co tydzień tort. Co tydzień szampan. A teraz przygotowania do Chrzcin i życie na wsi. Do tego w międzyczasie organizacja Wielkiej Wymiany Książkowej. Obłęd.

Tak. Działo się, choć osobiście jakoś bardzo tego nie odczuwałam. Jestem tak przejęta dziećmi i próbą ogarnięcia wszystkiego, że stale odnoszę wrażenie, że to wszystko dzieje się gdzieś poza mną. Tu i teraz jestem tylko ciałem, a myślą i duchem gdzieś nieobecna, gdzieś błądząca przy myśli, jak się czuje Emi, jak się czuje Maja. Mam nadzieję, że wreszcie to sobie poukładam i zacznę też myśleć o mężu oraz o tym, co dzieje się wokół Nas.



Emilcia dzielnie znosiła wszystkie zmiany. Nie przeszkadzały jej nowe osoby, ani ich ilość. Nie przeszkadzał hałas, ani nowe miejsce, zapachy, dźwięki. Jest nieprawdopodobnie spokojna i pogodna. Ciągle się ta nasza mała chichotka uśmiecha. Taki mały zadowolony z życia krasnal. Bardzo mało płacze, w zasadzie tylko gdy jest źle, a tak leży sobie zadowolona. Nawet gdy ulewa co 5 minut i tak robi to z uśmiechem na twarzy. Bo niestety dalej ulewa, a nocki bywają makabryczne. Męczy brzuszek bardzo więc stęka, jęczy, ból ją dręczy. Czasem śpimy na siedząco, bo to jej pomaga. Co tu się więc dziwić, że mnie tak mało. Kolorowo nie jest, jednak to minie, prawda? Minie. Kwestia czasu.


Coraz więcej ją interesuje, coraz więcej z Nami rozmawia, zaczepia, ogląda. Pięknie podnosi głowę i chwyta różne przedmioty. Piąstki stale w pyszczku mymlane. Rozpoczęło się śpiewanie, bulgotanie, marudzenie przy zasypianiu... Emilcia powtarza zasłyszane dźwięki, ale zaczyna również wydawać własne. Jest żywo zainteresowana światem. Nasz jarząbek uwielbia się przyglądać. Kocha muzykę i wszelkiego rodzaju grajki. Królik z pozytywką jest najlepszym przyjacielem. Interesują ją wszystkie zabawki. Przeciwieństwo siostry, która prócz nas nie interesowała się niczym. Liczył się jedynie Henio.
 
 
 
Majucha, jak to Majucha - stała się bardzo bojaźliwa, często płacze i tym płaczem lubi się upajać. Ostatnio kompletnie mnie lekceważy, bo jest babcia i dziadek. No tak, bo jesteśmy poza miastem. W domu remonty, więc wybyłyśmy. Emi na szczęście jakoś mocno zmiany otoczenia nie przeżyła. Jest mama, jest cyc więc jest dobrze. Maja zaś z rana już nawet nie chce wejść mi do łóżka. Od razu biegnie do babci i tak cały dzień. Na szczęście przed zaśnięciem słyszę: Mama! Kocham Cię! Tęsknię za nią. Najlepszą koleżanką jest pies. Może robić z nią wszystko, więc dosiada ją jak konika i się bawią, przytulają, ganiają. Pocieszny widok. 

Dni mijają, dzieci rosną, a matka dalej nie ogarnięta. Dalej nieco przerażona mimo upływu trzech miesięcy. Dopiero powolutku się statkujemy. Jeszcze rutyna nam się nie wkradła, jeszcze Emi nie potrafi znaleźć sobie pór na spanie. Jeszcze nie udało nam się zrobić masażu Shantalla. Upał doskwiera albo ulewne deszcze. Jeszcze troszeczkę czasu potrzebujemy. 
 

Na blogu lekka posucha, ale ja naprawdę nie mam sił na nic. Nie wiem, jak udało się przeprowadzić tak wspaniałą akcję, jaką była WIELKA WYMIANA KSIĄŻKOWA. No działo się. Naprawdę się działo. Wszyscy zadowoleni, nowe książki na półce, jedna już czytana, a ja mam tysiące pomysłów, tylko brak czasu do ich realizacji. Ale od 1 czerwca działamy z wyzwaniem fotograficznym na instagramie. Dołączasz?

A jak Tobie minął ten miesiąc?