Nie każda kobieta może być mamą. Nie każda kobieta powinna być mamą, ale wiele jest, bo... tak wypada..., bo w pewnym wieku należy się zdecydować..., bo partner naciska...,  bo rodzina wywiera presję..., bo chce zatrzymać męża. Ale czy to jest dobry powód?

Nie jestem ideałem. Daleko mi do tego. Nie robię, nie robiłam i nigdy nie będę robiła z siebie świętej. Denerwuję się na dzieci, krzyczę (choć nie powinnam), rwę sobie czasem włosy z głowy, jestem przemęczona i niewyspana, ale... kocham te szkraby nade wszytko i są dla mnie najważniejsze. Ich dobro i bezpieczeństwo są sprawą priorytetową. Ze zgrozą przyglądam się kobietom, które mają dzieci, bo tak wypada, bo to tworzy ładny obrazek.

Dzieci to nie kolejny szczebel kariery! 
To nie kolejny punkt w CV!

Uważam, że dzieci trzeba chcieć, by być w pełni świadomym i empatycznym rodzicem. Pamiętam, że to mój partner wcześniej zapragnął dziecka. Ja musiałam do tego dojrzeć. Nie mogłam podjąć tak odpowiedzialnej decyzji, nie będąc pewną, że tego pragnę całą sobą. Dziecko to nie przedmiot, którego można się pozbyć. To nie zwierzę, które oddajesz w dobre ręce. To człowiek. Z krwi i kości. Z twojej krwi i twoich kości. To człowiek, który czuje i który Ciebie potrzebuje. Najbardziej na świecie. I nie wystarczy mu godzina dziennie. Nie wystarczy mu raz na tydzień. 

Bycie rodzicem to praca na całe życie, przez całą dobę, na okrągło. Bez przerw, urlopów i wakacji. Bycie rodzicem to świadoma decyzja o założeniu rodziny, świadome planowanie porodu, sposobu wychowywania. Codziennie miliony decyzji. Tych mniej ważnych i tych, które mogą rzutować na całe życie Twojego dziecka. 

Wiesz, że zdecydowana większość osób chodząca do psychologa, chodzi tam, by zaleczyć traumy wyhodowane w dzieciństwie? Dziecko to plastelina w Twoich rękach. Uczysz je nie tylko poprzez wychowywanie, ale również poprzez swoje zachowanie. Poprzez gesty, czyny, słowa, ale i nawet ton głosu. Musisz bezwarunkowo kochać, akceptować, wspierać. Robić dla Niego wszystko, co najlepsze. Uczyć się i doskonalić w roli rodzica.

Nie każda kobieta właśnie tego chce. I ma do tego pełne prawo. Może nie chcieć. Może wybrać życie tylko we dwoje. A nawet i solo, jeśli właśnie to jej w sercu gra. Nie każda kobieta chce być matką. Nie każda kobieta może być matką. Pisząc to nie mam na myśli pejoratywnej oceny tejże osoby, ale jej psychiczne czy fizyczne możliwości. Niektórym rodzice fundują taką traumę, że nie chcą mieć dzieci. Inne kobiety nie mogą zajść w ciążę. 

Ale są też kobiety, które się na to decydują, bo tak wypada, bo chce partner, bo będą mieli się czym chwalić. Dziecko rodzą, a potem podsuwają partnerowi, opiekunkom, babciom, ciociom, oddają z wielką ulgą do żłobka, przedszkola. Gdziekolwiek, byle same nie musiały spędzać z nimi czasu. Ostatnio moja znajoma poznała kobietę, która dziecko "oddała na wychowanie" do dalszej rodziny. Posłała je setki kilometrów od siebie, bo "nie dało jej w nocy spać". Maleństwo ma 4 miesiące! Dodam, że to kobieta z wyższych sfer, z pieniędzmi, pozycją...


Nie każda kobieta pragnie być mamą. 


Dziecko to nie punkt w cv. Dziecko to nie karta przetargowa. 

Szanuję bardzo osoby, które zdając sobie z tego sprawę, wybierają życie bez dzieci. Nie ulegają presji społeczeństwa, które w naszym przypadku przyjęło taki model rozwoju, gdzie po studiach należy znaleźć pracę, wyjść za mąż i urodzić dziecko. Są świadomi, nie krzywdzą siebie i tych małych, bezbronnych istot. Bo dziecko tego, co potrzebuje to bliskość, miłość i akceptacja.

Nie wypytuj więc dookoła, czy Twoi znajomi chcą mieć dzieci, albo kiedy będą je mieli. Nie pytaj, kiedy będą mieć kolejne. Daj im podejmować mądre, świadome decyzje, bez presji, bez oceniania i kategoryzowania. Mają do tego prawo. Szanuj ich wolność wyboru.


 

Od dłuższego czasu interesuje się teatem minimalizmu. Podoba mi się ta filozofia i w dużej mierze się z nią identyfikuję. Jednak zauważyłam, że każdy ma na nią własną definicję. Każdy postrzega ją przez własny pryzmat. Każdy wyciąga to, co zeń najodpowiedniejsze. Jak postrzegają ten temat Japończycy? Jak postrzega go Fumio Sasaki?

Gdy zobaczyłam tę książkę, wiedziałam, że muszę ją mieć. Przyciągnęła mnie piękna, bardzo delikatna, minimalistyczna okładka. Do tego mam słabość do kultury japońskiej. Ciekawił mnie fakt, jak ten starożytny naród, który poszedł w totalną komercjalizację, przywdziewając szaty technologicznego chaosu, przechodzi na minimalizm, na którym przecież opierały się jego fundamenty. 

Tę recenzję powinnam była napisać już dawno temu, ale szczerze mówiąc, przestraszyły mnie załączone przez autora zdjęcia na początku lektury. Gdy ujrzałam mieszkanie, w którym nie ma kompletnie nic prócz podłogi, pomyślałam, że tę pozycję napisał jakiś rozfanatyzowany minimalista, który karze mi wszystko wyrzucić. Pewnie przybierze ton dyktatora i będzie oceniał innych z góry. Nic bardziej mylnego.

Fumio Sasaki ma rewelacyjnie lekkie pióro. Stwarza intymny kontakt z czytelnikiem. Niczego mu nie narzuca, nie ocenia, a nawet nie namawia. Przedstawia jedynie swoje zdanie i robi to naturalnie, niczym znajomy w restauracji przy lampce wina. Nie filozofuje, nie ideologizuje, nie chwali się, nie popisuje. Powiedziałabym, że jest bardzo świadomym, pełnym pokory, spokoju i wdzięczności człowiekiem. Opowiada swoją historię, przyznaje się do błędów, co więcej, nie wstydzi się ich, przez co zyskuje jeszcze większe zaufanie, bo (wybaczcie kolokwializm) nie wymądrza się. Jest szczery, konkretny i bardzo pomocny.

Sasaki słusznie stwierdza, że ciężko jest podać definicję minimalizmu, jednak jego zdaniem "MINIMALISTA TO KTOŚ, KTO WIE, CO JEST MU (ALBO JEJ) NAPRAWDĘ NIEZBĘDNE, KTO REZYGNUJE Z NIEKTÓRYCH RZECZY NA KORZYŚĆ TYCH, KTÓRE UWAŻA ZA RZECZYWIŚCIE WAŻNE". A więc, tak naprawdę, jest to pojęcie bardzo względne. Dla każdego będzie oznaczało coś zupełnie innego. Sasaki nie trzyma się sztywno ram, nie narzuca zasad.

Książka jest przemyślana i bardzo dobrze skonstruowana. Czyta się ją zaskakująco lekko i szybko. Podzielona na rozdziały, rozpoczynające się od bardzo trafnych cytatów. Rozdziały podzielone  na podrozdziały, które zgrabnie oddzielają przemyślenia autora. Autor potrafi skłonić do refleksji. Stosuje bardzo obrazowe, przemawiające do wyobraźni, porównania. Szybko i zgrabnie opowiada dlaczego i w jaki sposób wybrał minimalizm, dlaczego warto pójść tą drogą. Pokazuje również jak dzięki swoim 55 wskazówkom, pożegnać się z nadmiarem. Opisuje, jak bardzo zmieniło się jego życie, gdy minimalizm stał się jego filozofią życiową. 


Na czym polega fenomen książki? 


Czytałam już kilka pozycji na temat minimalizmu. Jedna autorka odrzucała mnie swoimi nakazami. Wyczuwałam w niej mnóstwo wrogiego nastawienia i pretensji. Inna, choć ciekawa, nie wniosła w moje życie nic nowego. Fumio Sasaki poprzez swoja naturalność bardzo się wyróżnia. Stawia bardzo trafne tezy, zadaje mądre, choć bardzo proste pytania. Uczy wdzięczności i uważności. Przestrzega przed zazdrością i manią posiadania, która niszczy nie tylko nas samych, ale również nasze relacje z innymi. Autor nie uczy jak zdobyć szczęście, on pokazuje jak je odnaleźć. Nie radzi, a dzieli się swoim doświadczeniem, przez co trafia do wnętrza i... zasiewa ziarenko. Ta książka nie jest zwyczajnym poradnikiem, bo zbyt wiele w niej refleksji, co nadaje jej wyjątkowości.

Mnie kompletnie oczarowała. Swoją prostotą i pozytywnym przekazem. I tak, jak nie jestem zwolenniczką cytatów, tak tu najchętniej zakreśliłabym pół książki, bo odnalazłam w niej wiele mądrych słów. Jako minimalistka, a raczej osoba praktyczna, miałam tę pozycję wystawić w WIELKIEJ WYMIANIE KSIĄŻKOWEJ, która właśnie trwa na blogu, by poszła dalej w świat i oczarowała innych, ale ... nie potrafię się z nią rozstać. Jeszcze nie, bo wiem, że sięgnę po nią jeszcze nie raz. Inspiruje mnie, napawa optymizmem, wdzięcznością i uczy pokory. Przy tym dawno w ręku nie miałam wydania, z tak pięknym, grubym papierem. 

A Ty? Wyznajesz minimalizm? Nie przytłacza Cię nadmiar? Ja mam ochotę po tej książce wyrzucać, wyrzucać, wyrzucać i postanowiłam przeczytać wreszcie książkę Marie Kondo, o której tak często wspomina autor. 


 
 

Cześć! Bardzo się cieszę, że tu jesteś, bo właśnie zaczynamy mega zabawę. Będzie się działo! Będą emocje! Będzie walka! Będzie nas duuuuuużo. Oficjalnie otwieram IV edycję WIELKIEJ WYMIANY KSIĄŻKOWEJ "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" czyli akcję promującą czytelnictwo. Począwszy od dziś aż do 10 października BEZKOSZTOWO wymieniamy się książkami. Wchodzisz w to?

Jesienią chętniej przysiadam na kanapie pod kocem. Wówczas najlepiej mi z herbatą i książką. A książki są drogie. Szczególnie, gdy czytasz więcej niż jedną w miesiącu. Większość stoi na półce i się kurzy, a ja jestem praktyczna. Do tego wyznaję minimalizm. Nie lubię niepotrzebnych rzeczy. Książka zaś ma jeden cel: być czytaną. U mnie się kurzy, ale może Ty chciałabyś ją przeczytać. Możemy się wymienić. 

PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ to bezkosztowa wymiana książkowa. Bawimy się już od dwóch lat i ciągle chcemy więcej. To uzależnia. Całość pomaga mi ogarniać niezastąpiona Dagmara z bloga SOCJOPATKA. Bez Niej naprawdę nie dałabym rady. PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ to setki wspaniałych książek oraz możliwość poznania nowych, ciekawych blogów osób, które podzielają Twoją pasję. Zdobędziesz nowe tytuły do domowej biblioteczki. Jeśli blogujesz, masz szansę na promocję swojego bloga, zyskania nowych czytelników, a może nowych znajomych.Oszczędzisz naprawdę sporo pieniędzy i będziesz miała satysfakcję, że nie marnujesz rzeczy, że podajesz dalej, nadając nowe życie książce, a w zamian dostaniesz nową.

Chcesz do Nas dołączyć?

 

OTO OGÓLNE ZASADY: 

• Akcja trwa od 1 do 10 października 2017 r.
• Udział w akcji może wziąć każdy - nie tylko bloger!
• Książkami się wymieniamy, nie sprzedajemy!
• Wymiana odbywa się bezkosztowo - ponosisz jedynie koszty przesyłki.
• Jako organizatorki nie ponosimy odpowiedzialności za wysyłkę i dostarczanie książek przez uczestników akcji.

 
Zachęcamy do korzystania z alternatyw poczty polskiej (ze względu na koszty) np. paczka w ruchu czy polecony inpost ecommerce (to jedynie 7,69 zł). Jeśli zaś chcesz koniecznie skorzystać z PP wyślij proszę paczkę poleconym, tak by nie było wątpliwości, że to uczyniłaś (będziesz mogła podać nr nadania).

GDZIE ODBYWA SIĘ WYMIANA?

U mnie
U Dagmary
Na Instagramie
Na Facebooku


JAK WZIĄĆ UDZIAŁ?


Poniżej w  komentarzu zostaw swoją listę książek, które wystawiasz do wymiany. To samo zrób u Dagi.

Na dole również znajduje się linkowe party, co oznacza że właśnie stąd możesz dowolnie wchodzić w linki blogerów, którzy biorą udział w akcji i wymieniać z nimi książki. Jeśli, któraś Ci się spodoba, zaproponuj mu wymianę. 
Zostaw komentarz u mnie i u Dagi oraz czytaj komentarze pozostałych uczestników. 
Możesz również wstawić post na tablicy wydarzenia na Facebooku (link do wydarzenia poniżej) lub na własnych kontach Instagram (post z hashem #przeczytajipodajdalej4 oraz otagowaniem @savethemagicmoments i @socjopatka.pl).

MIESZKASZ ZA GRANICĄ?  
Na facebooku w wydarzeniu znajdziesz podpięty post specjalnie dla osób zamieszkujących poza granicami naszego kraju oraz osób, które nie mają nic przeciwko temu, by wysłać książkę dalej. Dołącz do Nas! Nie rezygnuj!

BLOGERZY
Na swoim blogu wstawiasz wpis, podając informację o tym, jakie książki masz dostępne na wymianę (koniecznie ze zdjęciami) z zaznaczeniem tego, w jakim są stanie (bardzo dobry, dobry, średni).
Napisz po krótce na czym polega akcja.
W publikacji możesz wykorzystać grafiki przygotowane specjalnie na tą okazję przez Kasię z http://yummymummyideas.blogspot.com/
Będziemy wdzięczne za podawanie informacji o organizatorkach oraz twórczyni grafiki wraz z klikalnymi odnośnikami do naszych stron! :)
Link do swojej publikacji umieść w linkowym party dostępnym poniżej oraz u Dagi.
Dodatkowo zachęcamy do umieszczenia zdjęć książek dostępnych na wymianę na Instagramie z wykorzystaniem #przeczytajipodajdalej4 oraz otagowaniem @savethemagicmoments i @socjopatka.pl

Swój wpis może również udostępnić w wydarzeniu na Facebooku :) 

PO ZAKOŃCZONEJ AKCJI

Po zakończonej akcji zamieść proszę zdjęcie z wymienionymi książkami na Facebook z wykorzystaniem #przeczytajipodajdalej4 oraz oznaczeniem @savethemagicmoments i @socjopatka.pl
Możesz je również przesłać bezpośrednio do mnie lub wstawić na tablicę wydarzenia.

Dzięki temu będziemy mogły przygotować podsumowanie całej akcji, takie jak to z poprzedniej edycji!



A teraz pora na moje książeczki:

1. Cecilia Ahern "Lirogon" - stan bdb - wymienione z UWAŻNIEJ.pl
2. M.L. Stedman "Światło między oceanami" - stan bdb - wymienione z EWELINA KRUPA
3. Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka "Życie na pełnej petardzie" - stan bdb - wymienione z NOWY AKAPIT
4. Agatha Christie "Entliczej pentliczek" - stan bardzo dobry (książka posiada ex libris) - stand bdb
5. Agatha Christie "Morderstwo w Boże Narodzenie" - stan bdb - wymienione ze SŁOMKOWO
6. Diana Gabaldon "Ognisty Krzyż" - stan bardzo dobry
7. Nicholas Sparks "Na zakręcie" - stan bardzo dobry
8. Jodi Picoult "Pół życia" - stan bdb - wymienione z CREADIVVVA
9. J.M. Coetzee "Czekając na barbarzyńców" - wymienione z UŚMIECH W OCZACH

10. Jane Austen "Perswazje", "Emma", Mansfield Park" - stan bdb, format kieszonkowy - chętnie oddam wszystkie trzy za jedną - wymienione z RODZICE I DZIECI


To co? Znalazłaś coś dla siebie? Jeśli tak, zostaw mi komentarz. Jeśli nie zapraszam do szukania dalej u innych. Jest u kogo. Powodzenia!

I pamiętaj - obowiązuje życzliwość, szacunek i szczerość. Podajemy faktyczny stan książek, książki wysyłamy o czasie. Jesteśmy dla siebie mili. 

Zachęcam Cię do wstąpienia do Klubu Książki PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ, który powstał po pierwszej edycji, a jego trzon stanowią osoby, które poznasz poniżej. Jeśli lubisz czytać, z pewnością Ci się u Nas spodoba.

Mam dla Was niespodziankę!
Wydawnictwo Prószyński i S-ka dołącza do Wymiany jako PARTNER AKCJI! A to oznacza, że na na naszych fanpage facebookowych możecie dodatkowo spodziewać się KONKURSÓW! 



Konkursy znajdziesz pod poniższymi linkami :)
KONKURS NR 1
KONKURS NR 2
KONKURS NR 3
KONKURS NR 4
KONKURS NR 5



A na koniec mam do Ciebie prośbę, udostępnij proszę ten post. Udostępnij znajomym, rodzinie swoim czytelnikom informację o naszej wymianie. Chcemy by było Nas tu dużo, by było dużo książek, by cały internet dowiedział się, że czytanie jest fajne. Nie dołączasz? Nie szkodzi. Twoim znajomym może się spodobać. Powiedz mu o PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ. Będziemy Ci bardzo, bardzo wdzięczni.

Udanego polowania! 



Miniony miesiąc był dla Nas pełen stresów, zmian i chorób. Z jednej strony można by rzec, że działo się naprawdę dużo. Z drugiej, że zupełnie nic. Bo tak naprawdę wszystko kręciło się wokół... przedszkola.

Lato zakończyło się naprawdę fatalnie. Z dnia na dzień przyszła jesień, temperatura spadła drastycznie i praktycznie przez cały ten miesiąc padało. A dla matki nie ma nic gorszego, jak deszcz. Dlaczego? Bo nie może wyjść na spacer, a siedzenie w domu z dzieckiem jest naprawdę ciężkie. Z dziećmi jeszcze cięższe. Podczas, gdy Ty masz ochotę zanurzyć się pod kocem, zdrzemnąć, a w stanach swej jakwyższej aktywności, co najwyżej poczytać, dzieci... SIĘ NUDZĄ. Rozpiera je energia, głupieją, mają dziwne pomysły. Ty choć wypiłaś piątą kawę, nadal działasz na najniższych obrotach i wyczekujesz godziny S (czyli snu).

W tym roku 1. września znów nabrał dla mnie nowego wymiaru. Nasze życie zaczęło się kręcić wokół roku szkolnego. Maja poszła do przedszkola. I to w podskokach. Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie takiego scenariusza. Gdy wstała rano nie było codziennego zawodzenia, krzyków, marudzenia, ociągania się w ubieraniu, walki z jedzeniem śniadania. Nic z tych rzeczy. Wyskoczyła z łóżka jak z procy, przywdziewając swój najpiękniejszy z uśmiechów. Wybiegała z domu tak szybko, że musiałam za Nią krzyczeć, by dała jeszcze buziaka. A gdy po nią poszłam, usłyszałam płacz... bo musiała wracać do domu. Maja jest dumnym przedszkolakiem. Nic więcej Ci nie powiem, bo nic więcej nie wiem. Niczego nie mogę się od Niej dowiedzieć. Jest całodobowa, a nie chce opowiadać o przedszkolu. Twoje dziecko też tak ma? A może masz na to jakiś sposób?


Przedszkole zmieniło życie nas wszystkich. Ja zostałam sama z Emisią. Jesteśmy tylko dla siebie, co w naszych relacjach jest powiewem nowości. Emisia bez siostry jest nieco innym dzieckiem. Bardziej marudzi. Nie lubi być sama. Musi mnie mieć w zasięgu wzroku, a najlepiej bym była wówczas tylko jej. Tak więc jestem, bo koleżanka nie chce w ogóle spać. Tak, dobrze przeczytałaś. W ogóle. Zasypia na cycu, nie da się odłożyć. Więc, jak zdarta płyta odkładam ją i podnoszę, odkładam i podnoszę. Nasz rekord do 15 razy! Nie poddaję się, ale doskonale ją rozumiem.

Po pierwsze jest do tego przyzwyczajona. Nie uważam bym ją rozpuściła. Nie wierzę, w gadanie jakoby dziecko w tym wieku coś wymuszało. Jest ulewającym maluszkiem, a ostatnio znów się ulewania nasiliły. Jest wręcz nauczona, że nie śpi się na płask. Nie kładliśmy jej w ten sposób. Spała na nas, w chuście, w pionie. A tu nagle łóżeczko. Z drugiej zaś strony jako dziecko ulewające, pewnie ciągle odczuwa dyskomfort. Wyobraź sobie, że przez pół roku wymiotujesz kilka razy dziennie. Jak się czujesz? Jak sypiasz? Wieczne piekło w gardle. Coś okropnego. Idziemy do lekarza. Musimy z tym coś zrobić, bo i Ja, i Gazela jesteśmy wykończeni. Emi w nocy wstaje kilka, kilkanaście razy. Połowy nawet nie słyszę, bo zasypiam. Wstaje mąż. Często mamy 1,5 godzinną przerwę, albo pobudki co 10 minut. 

Choróbska. Z przedszkola Maja przychodzi chora. Poszła 1 września, w piątek. W niedzielę już miała gorączkę. Wróciła na tydzień, by drugi znów przesiedzieć w domu. A siedzimy i my: Ja z Emą. Zachorowałam Ja, zachorowała moja mama, i to jak. Kaszel jej już 3. tydzień nie opuszcza. Emi też nabawiła się kataru. A Maja już wczoraj znów zaczęła kasłać. Ehhh no kiepsko jest no.

Ale ten miesiąc to też miesiąc przełomów i kroków milowych Emisi - niunia zaczęła nam pełzać! Póki co bardzo nieśmiało. Potrzebuje motywacji. Głównie dżdżownica przesuwa się do kapci Mai - rzuca się do rzepów jak szalona. Nawet pilot, ni komórka nie robią na niej tak oszałamiającego wrażenia, jak piękne, fioletowe kapcie siostry!


Emisia też przeżyła przeprowadzkę. Tak, tak w koszyczku się już nie mieści, więc zameldowała się w swoim łóżeczku. Powiem Ci, że mnie było ciężko. Czułam się, jakby mi ktoś dziecko zabrał. Miałam ją u swego boku, na wyciągnięcie ręki i było mi z tym dobrze. Teraz, choć w tym samym pokoju, na sąsiedniej ścianie zaledwie, czuję się jakby była co najmniej na innym piętrze. Troszkę mi jej brakuje. Stuknięta jestem co? 

Rozszerzamy dietę, ale opornie nam idzie. I tu znów to ulewanie. Emi nie chce jeść posiłków przyrządzonych przez mamę. Woli słoiczki. Tam mazia jest idealnie gładka, a ulewacze i dzieci z refluksem mają problemy z konsystencją pokarmów. Co więcej ziemniak, dynia, cukinia są feee. Najchętniej jadłaby kaszki. Wówczas śmiesznie kręci głową na tak i ciągle przy tym coś mówi. 


Tak, wrzesień to przedszkole, choroby, deszcz i szeroki uśmiech Emi. Ale i wielkie przygotowania mamy do akcji książkowej, którą organizuję już po raz czwarty. Wielka Wymiana Książkowa pochłania cały mój wolny czas. Mam jednak nadzieję, że przyniesie to zamierzone efekty. Już mamy niemal 100 blogerów. Dasz wiarę? Nie posiadam się ze szczęścia. I z niecierpliwością czekam na niedzielę.
 

Mało znam osób, które lubią jesień, a ja jestem jedną z nich. Zwykle kojarzy nam się z końcem lata, odebraniem wolności, beztroski, ciepła. Jesień to koniec zwiewnych sukienek i gołych girek. To powrót do szkoły, obowiązków i rutyny. Nuda! Tymczasem ja, jako kujonica, zawsze bardzo ten czas lubiłam. To był początek czegoś nowego, ekscytacja przed rozwojem i świeżą wiedzą, powrót do koleżanek i kolegów (syndrom nieszczęśliwej jedynaczki). Dziś, gdy jestem dużo starsza jesień nadal jest dla mnie wyjątkowa.

1. Dłuższe wieczory

Nie ma nic przeciwko temu, by wcześniej robiło się ciemno. Jako mama wieczorami siedzę w domu. Jesienią wreszcie nikt się o to nie czepia. Wskakuję pod kocyk, herbatka w dłoń. Do tego lapik i jestem z Wami, albo książeczka, albo mężuś, albo film. Jest ciepło, domowo, przytulnie. jest hygge. Tak, jak lubię. Do tego wrzosy na parapet, jakieś świeczuszki, dynie dekoracyjne. No jak nie lubić tej pory roku?
 
2. Deszcz dudniący w parapet

To mój fetysz. Kocham zasypiać przy akompaniamencie deszczu zacinającego w okna lub parapet. Nieprawdopodobnie mnie to wycisza. Kocham się w ten dźwięk wsłuchiwać odkąd pamiętam. A jeszcze bardziej lubię burzę. Potrafię stać wówczas przy oknie, otulona kocykiem, rozgrzewając się gorącym kubkiem kakao. Czuję się wówczas taka bezpieczna.

3. Złota polska jesień 

Oj tak. Tak właśnie kojarzę jesień z dzieciństwa. Liście mieniące się ciepłymi barwami. Żółć, złoto, czerwień, pomarańcz. I kasztany. Spacery. Kocham spacery. Jako dziecko non stop spacerowałam z dziadkiem. Spacery to była nasza niedzielna, rodzinna tradycja. Ciepły szal, okulary przeciwsłoneczne, wygodne, ciepłe buty, kryte rajstopy, albo długie zakolanówki do spódnicy. No lubię to. I szuranie liśćmi!

4. Ciepłe swetry czyli sweater weather


Oj tak! Jesienią zdecydowanie można nosić ciepłe, opasłe swetry, które uwielbiam. W domu mam mega ciepło, więc niestety zakładać ich nie mogę, choć czasem bym chciała. Za to gdy jadę do rodziców, wówczas to sobie odbijam. Biała koszula, jeansy, wygodne buty i gruby sweter. Uwielbiam taki styl. A wiesz co jest najfajniejsze? Że możesz się dowolnie objadać czekoladą, chowając się pod takim swetrem.

5. Więcej czasu na kreatywność

 Jesień to początek szkoły, początek czegoś nowego. Nowe projekty, nowe pomysły. Jesienią zawsze więcej się dzieje. Wydawnictwa wydają lepsze książki, w kinach grają lepsze filmy, zaczynają się ciekawe festiwale, kultura rozkwita na nowo. W głowie więcej pomysłów i więcej czasu na ich realizację. Ja zawsze na jesień mam plan. Już zaplanowałam instagramowe wyzwanie na listopad, a dla moich dziewczyn z Klubu Książki mam niespodziankę na Mikołajki. Mam też sporo pomysłów tu na bloga, byle by tylko sił starczyło.


To zdecydowanie jest powód do tego, by polubić jesień, szczególnie gdy wieczory lubisz spędzać z książką. W październiku ruszamy już z czwartą edycją. Nie sądziłam, że mój niewinny pomysł przerodzi się w cykliczną imprezę, na którą będą przybywały tłumy, bo swój udział potwierdziło już niemal 90 blogerów. A przecież będziesz jeszcze Ty, prawda? Będą inni czytelnicy. Moi i pozostałych blogerów. Nie mogę się doczekać. Wciąż chodzę po domu, oglądam książki. Zastanawiam się, które wystawić, ile wystawić, jakie zdjęcia zrobić, ile będzie uczestników. 


A Ty lubisz jesień? Dlaczego? Masz miłe wspomnienia? Potrafisz dostrzec magię tego okresu?
 
 

Wakacje z dziećmi to miła zmiana otoczenia. Nie sprzątasz, nie gotujesz, ale nadal się nimi zajmujesz, karmisz, przewijasz i robisz wszystko to, co robisz w domu. Właśnie dlatego potrzebowałam czegoś innego. Odkąd Maja podrosła, ma niewyczerpane pokłady energii i nawija non stop marzyła mi się cisza, spokój, cień drzew, śpiew ptaków, sad w którym na kocu mogę usiąść spokojnie z książką. W tym roku postanowiliśmy zatem spędzić je w nieco odmienny sposób. Postawiliśmy zatem na agroturystykę?


Dlaczego warto jechać do gospodarstwa agroturystycznego?


Nie wiem, jak Ty, ale ja będąc w domu z dziećmi czuję się wyczerpana. Potrzebuję się wyciszyć i prawdziwie wypocząć. A nic tak nie wycisza, jak obcowanie z naturą. Gdzie nie pojedziesz, tam jest mnóstwo ludzi, hałas, zgiełk i szum. Odgłosy z salonów gier, głośna muzyka, krzyki, śpiewy, gwar. To wszystko sprawia, że czujemy się przeładowani. Szczególnie dzieciaki. I to właśnie one potrzebują nudy. Tak. Moim zdaniem dzieci potrzebują nudy, by rozwijać swoją kreatywność, by budować swoje poczucie wartości i pewność siebie, by polubić obcowanie z samym sobą. W dzisiejszych czasach dzieciaki otrzymują zbyt wiele bodźców: głośne zabawki, ich mnogość, tv, tablety, elektronika. Są przeładowane informacjami, a wszystko robiące zabawki bawią się za nie. Brak dziś swobody, brak wolności, brak słodkiego nicnierobienia, dzięki któremu dzieci prawdziwie mogą rozwinąć swoje skrzydła. Przeładowane informacjami i szumem nie potrafią się same wyciszać. W takim miejscu, gdzie są blisko natury, z dala od kurortów, modnych miejsc, pełnych ludzi mogą prawdziwie się rozwijać i spędzać czas z rodziną, budować relacje i zacieśniać więzy. Jeśli więc pragniesz wypocząć i nie chcesz, by Twoje dziecko biegało jedynie między straganami, naciągając Cię to na lody, to na automat, to na gofra, warto rozejrzeć się za gospodarstwem agroturystycznym z prawdziwego zdarzenia.


 

Nie musisz jechać aż na 2 tygodnie!


Spójrzmy prawdzie w oczy, w takim miejscu pewnie długo za pierwszym razem nie wytrzymasz. Nie musisz jednak jechać tam na dwa tygodnie. Czasem wystarczy długi weekend. Pamiętaj jednak, że takie miejsce musi mieć naprawdę ciekawą okolicę i być komfortowe. Wspaniale, gdy trafisz na gospodarstwo, gdzie są rozległe tereny przyległe, lasy, sad, jakaś woda. Miejscem, gdzie zapewniony jest sprzęt sportowy, a Twoje dzieci znajdą tam atrakcje dla siebie. To nie może być moloch z 500 pokojami. To musi być klimatyczne i kameralne miejsce, gdzie poszanowana będzie Twoja prywatność. Warto poszukać miejsca, które jest samowystarczalne, gdzie poznasz smak prawdziwego chleba, a obiad zostanie ugotowany na warzywach z ogródka. Nie są to tanie miejsca, a o ich zabookowaniu warto pomyśleć już teraz, ale z pewnością warto.

W tym roku zdecydowanie za późno się zdecydowaliśmy na wyjazd. Znaleźliśmy miejsce w gospodarstwie, które nie do końca nazwałabym agroturystyką, ale mieliśmy spokój, ciszę, wspaniałe jedzenie i doskonałą obsługę. Maja zaś całymi dniami szalała na trampolinie lub na tyrolce. Mnie znaleźć można było w zagonkach z poziomkami. Poranek rozpoczynałyśmy spacerem w kaloszach i podglądaniem koni, kóz i strusiów, a na śniadanie piłam świeże zioła z ogrodu. Byliśmy też blisko dużego miasta, do którego w każdej chwili mogliśmy jechać, by zwiedzić zamek czy schłodzić się na lodach.W to samo miejsce co prawda nie wrócę, ale agroturystycznego bakcyla złapałam i stwierdzam, że to najlepsza opcja na wakacje z dziećmi.
 
A Ty? Byłaś kiedyś na takich wakacjach? Korzystałaś z oferty gospodarstwa agroturystycznego. Znasz miejsca, który polecasz  z czystym sumieniem?


Jak już zapewne zdążyłaś się zorientować, mam wielką słabość do sesji fotograficznych u profesjonalnych fotografów. Nie łatwo mi dogodzić, dlatego jak już znajdę kogoś, czyj zmysł estetyczny mi odpowiada, zdecydowanie się go trzymam. Nic więc dziwnego, że sesję chrzcinową Emisia wykonała dla nas Anna Nelita. 

Zdjęcia nas nieco zaskoczyły, bo są mało chrzcinowe, ale przez to też bardzo oryginalne. Emisia była bardzo dzielna, choć jej godzina na spanie wybiła, a Ania jej postawiła wysoko poprzeczkę. Wyszło przecudownie. Przynajmniej dla mnie, choć przydałoby się więcej męża na zdjęciach i chrzestnej, która niestety na sesję mimo swoich chęci, nie dotarła. Mieliśmy jednak godne zastępstwo, które spisało się na medal.

Kocham kolekcjonować te nasze chwile pełne magii. Zdjęcia niebawem zawisną nam na naszej Erbelkowej ścianie miłości. Tylko które wybrać?

Bez zbędnego gadania, zostawiam  Cię z miłymi dla oka foteczkami. Tak przynajmniej mi się wydaje.  

 
 
 
 

ps. a teraz dla porównania polecam zajrzeć na foteczki chrzcinowe Majusi. I co podobne są dziewczyny? Bo mnie się wydają zupełnie różne.
 
 

Czytanie nie musi być drogie. W zasadzie czytać można za darmo. I wcale nie mam na myśli biblioteki, a wymianę książek. Tak! Bo książkami można się przecież wymieniać. Głęboko wierzę, że książka to nie chusteczki, nie są jednorazowe. Fakt trochę ze mnie ekolożka, ale sama pomyśl. Trzymałaś kiedyś w rękach książkę z ubiegłego stulecia? Zrobiła na tobie wrażenie? Ten zapach? Świadomość, że przed Tobą przeczytały ją setki osób. Mimo woli zastanawiasz się, kto ją miał w ręku przed Tobą. To książka z duszą. Coś wspaniałego prawda? Właśnie o to chodzi. Książka musi żyć! Książka musi spełniać swoją rolę. Musi być czytana! 
 
Założę się, że w domu, na Twoich półkach, zalega mnóstwo lektur, które tylko zbierają kurz, a mogłyby żyć, dawać innym przyjemność, zabierać ludzi w podróż. Lubisz mieć ich dużo? Jedno i drugie jest wykonalne. Wymień się. Zamień stare, na nowe, nieprzeczytane. Odświeżysz biblioteczkę, poznasz nowych ludzi, z którymi potem możesz dyskutować, wymieniać poglądy i spostrzeżenia. Do tego będziesz się świetnie bawiła i lepiej poznasz blogesferę.

WIELKA WYMIANA KSIĄŻKOWA "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" to akcja czytelnicza, która ma na celu nie tylko wymianę książkową, ale również promocję czytelnictwa. Statystyki mówią, że Polacy nie czytają. A ja mówię: guzik prawda. To już czwarta edycja wymiany i wierz mi, wiem co mówię. Wszyscy się przy tym świetnie bawią, a tytułów mamy tutaj tysiące. Nie przesadzam. Podczas gdy jedni wymieniają trzy lub cztery książki, inni znajdują koło 50 nowych. Do tego jest nas naprawdę dużo. Sama zerknij w poprzednią edycję.




DLACZEGO WARTO WZIĄĆ UDZIAŁ W WYMIANIE KSIĄŻKOWEJ?


Po pierwsze udział może wziąć absolutnie każdy, kto ma internet. W poprzedniej edycji liczba czytelników przewyższyła liczbę blogerów, z czego byłam naprawdę rada, bo właśnie do tego dążę.
 
Po drugie książkami wymieniamy się bezkosztowo. Płacisz tylko za wysyłkę własnej. Jeśli skorzystasz z alternatywy poczty polskiej, nowa książka będzie Cię kosztowała około 7.70 zł Brzmi atrakcyjnie?
 
Po trzecie to wspaniała zabawa, która nieprawdopodobnie wkręca.
 
Dagmara, czyli moja wspaniała współprowadząca SOCJOPATKA mówi, że lubi wymieniać książki, ponieważ jest to jedna z tańszych i przyjemniejszych metod poznawania nowych lektur. Z jednej strony ma przyjemność (niekiedy osobiście) poznać osoby, które podobnie jak ona uwielbiają czytać, a z drugiej strony ma możliwość wyłowienia perełki za bezcen. Dodatkowo wymiany książkowe są o tyle fajne, że możesz wyszukać nowości wydawnicze, jak i białe kruki, których nie znajdziesz nigdzie indziej, bo na przykład nie ma ich już w sprzedaży, ale zalegają od lat u kogoś na półce.
 
Czego chcieć więcej?
 

Chyba pora przejść do konkretnych informacji. Może tym Cię przekonam?


KIEDY?

WYMIANA KSIĄŻKOWA "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" trwa 10 dni! 
Od 1 do 10 października 2017 r. 
Zaczynamy w niedzielę, bo wówczas zdecydowana większość z nas ma czas. A pierwszy dzień to zwykle szaleństwo


GDZIE?

  • Tu na SAVE THE MAGIC MOMENTS.
  • U SOCJOPATKI.
  • Na Facebooku, gdzie zostało utworzone WYDARZENIE.
  • Na instagramie (wystarczy fotkę z książkami, które masz na wymianę oznaczyć #przeczytajipodajdalej4).


JAK DOŁĄCZYĆ ?


Jeśli jesteś blogerem, napisz do mnie lub Dagmary wiadomość prywatną. Z przyjemnością prześlemy Ci szczegóły. Zajrzyj też na WYDARZENIE, które zostało utworzone specjalnie dla wszystkich jego uczestników. W opisie znajdziesz wszelkie istotne informacje.

Jeśli jesteś czytelnikiem bloga wystarczy, że 1 października b.r. wejdziesz tu na bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS oraz SOCJOPATKA i w komentarzu zostawisz listę książek, które masz wystawione do wymiany. Na naszych blogach znajdziesz też przekierowanie do wszystkich blogerów, którzy zdecydowali się na udział w zabawie. Komentarze możesz zostawiać również u nich, w wydarzeniu oraz wstawić zdjęcie swoich książek na  INSTAGRAM z hashem #przeczytajipodajdalej4
 
Warto zostawić komentarz u mnie i u Dagi nawet jeśli u Nas nic nie znajdziesz.  Dlaczego? Do nas  zagląda każdy uczestnik zabawy i każdy nasze komentarze czyta. Masz więc dużo większą szansę wymieniania się z innym czytelnikiem. Sama też koniecznie zerknij, czy ktoś z osób prywatnych nie ma do zaoferowania czegoś ciekawego 

Boisz się Disqusa? Niesłusznie. Nie musisz się wcale logować. Jednak rozważ tę opcję. Disqus jest o tyle fajny, że gdy odpowiem na Twój komentarz, dostaniesz go na maila. Nie musisz wcale co rusz sprawdzać, czy ktoś Ci odpisał. Są same plusy!


A w wymianie będzie się działo. Mówię Ci. Swój udział już zadeklarowało nam już kilkudziesięciu blogerów! a wśród nich znajdziecie:

Na koniec chciałabym Ci jeszcze pokazać cudny plakat, który przygotowała dla nas Kasia z YUMMY MUMMY IDEAS.

Chciałybyśmy by wieść o naszym wydarzeniu rozniosła się po internetach, ale bez Twojej pomocy nam się to nie uda. Dlatego będziemy Ci bardzo wdzięczne, jeśli zechcesz go dla Nas udostępnić. Kto wie, może wśród Twoich znajomych czy fanów są jakieś książkowe freaki?

To co dołączysz do Nas? Co  w ogóle myślisz o moim pomyśle? A może potrzebujesz więcej informacji? Brałaś kiedyś udział w takiej zabawie?


Te cudne foteczki wykonał Bartosz Sobczak - dziękuję!
 
 

Dzień mojego ślubu jest jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Dzień, w którym nie czułam żadnego stresu ani nerwów. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mężczyzna, którego zaślubiam jest tym odpowiednim. I tej pewności życzę każdej pannie młodej. To właśnie ta pewność sprawiła, że otaczała mnie aura szczęścia. Nie obchodziło mnie, że coś nie wyszło, że odpadał kwiatek z włosów, że zcałowano ze mnie cały makijaż, ani to, że wieczór musiałam ze względów zdrowotnych zakończyć dużo wcześniej, niż byśmy się tego spodziewali. Chłonęłam ten dzień, minuta po minucie. Liczyło się tylko tu i teraz. Uważność.

Nerwus ze mnie i perfekcjonistka. Mieszanka najgorsza z możliwych. Przed ślubem byłam strzępkiem nerwów, ale tego dnia 25 sierpnia 2012 roku obudziłam się szczęśliwa, uśmiechnięta ze spokojem w sercu. Oaza spokoju. Pomknęłam na skrzydłach do fryzjerki. Dokładnie pamiętam, gdzie zaparkowałam. Pamiętam nasze ploteczki - Ania była wówczas w ciąży. Potem przygotowania ruszyły pełną parą. Ubieraliśmy się w naszym mieszkaniu. Mąż w sypialni, ja w salonie. Nie odwiedzając się, ani nie podglądając. Do mnie przyszła makijażystka. Nie ta, którą umówiłam, a  jej koleżanka, która miała ją zastąpić, bo moja uległa wypadkowi. I tak poznałam Iwonkę (doulę, z którą do dziś mam kontakt). Umalowała mnie dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam. Delikatnie. Tylko czarna kreska i neutralny cień. No i fotograf. Zakochałam się w jego zdjęciach, ale okazało się, że jest też wspaniałym człowiekiem, który doskonale wie, jak się zachować. Jak nie przeszkadzać. Kiedy i jak robić zdjęcia. No zatkało mnie, gdy ujrzałam owoc jego pracy. 
 
Do domu przybyła świadkowa, świadek, rodzice, teściowie, babcia. Było dużo śmiechu, łez i wzruszeń. Dokładnie pamiętam błogosławieństwo. Nasz ślub nie był typowy. Ja miałam krótką sukienkę w grochy, ala Audrey Hupburn. On dredy. Do ślubu jechaliśmy tylko ze świadkami. Prowadził szwagier, świadkowa razem z nim na przodzie i my z tyłu. Nigdy nie jechałam tak wolno autem, zaśmiewając się przy tym do łez. Nigdy też nie przypuszczałam, że będę płakała na własnym ślubie i to już w drodze do ołtarza.
 
Pamiętam wszystko. Słońce, które w końcu wyszło, gdy tylko podjechaliśmy pod kościół. Ludzi, którzy uśmiechali się do Nas z tramwaju, delikatny wiatr, który rozwiewał mi welon, dłoń męża, która nie puszczała mnie nawet na chwilę. Znajome twarze wyczekujące pod Katedrą, zestresowanych rodziców, perfumy mojej świadkowej. Wzruszenie, jakie mną wstrząsnęło, gdy usłyszałam rozbrzmiewające po całej katedrze silne głosy kuzynek Gazeli i groch łez, jaki popłynął mi z oczu, gdy dotarło do mnie, jak one pięknie śpiewają. Tak, ten śpiew będzie rozbrzmiewał w mym sercu do końca świata. Nie chcieliśmy marsza Mendelsona, nie chcieliśmy nikogo wynajmować. Kuzynki męża należą do Kościoła Zielonoświątkowców i te pieśni śpiewały właśnie na naszym ślubie. Są takie piękne, takie emocjonalne, takie pozytywne, pełne miłości. Coś cudownego. Płakali wszyscy. Wszyscy goście, a ja tylko pożałowałam, że jednak tego nie nagrywamy.

Pamiętam przysięgę, kazanie, przyjazny uśmiech proboszcza, na którego obecność tak bardzo liczyliśmy. Ustawianie się do grupowego zdjęcia, a potem niekończące się życzenia. Ojej, jak mnie bolały nogi. Najchętniej wróciłabym już do domu. A to był dopiero początek. Tyle ludzi, a w pamięć zapadły mi życzenia tylko od dwóch osób: te najpiękniejsze i te najgorsze.

Nie chcieliśmy wesela. Nie lubimy wesel. Zawsze się na nich nudzimy. Był obiad dla rodziny. Skromny, mały. Na 37 osób wliczając nas. Powitanie, chleb i sól, nerwowe mruganie mamy, kieliszki z wódką (ja miałam wodę!) i obiad! O matko jakie to jedzenie było dobre, aż prosiłam świadkową, by poluzowała mi gorset, bo chciałam wszystkiego spróbować. Wystrój sali, wpadające słońce, żarty, śmiechy bliskich, atmosfera miłości, radości i ciepła rodzinnego. Magia. Obiad nie trwał długo. Potem wszyscy złożyli podpisy na naszym drzewku szczęścia, złożyli szczęścia i się rozeszli, a my...

Zeszliśmy piętro niżej i czekaliśmy na znajomych. Na salce klubowej mieliśmy imprezkę. Nasi przyjaciele i znajomi. DJ grający normalną, współczesną muzykę. Nic przaśnego. Żadnych przyśpiewek, żadnego gadania. Żadnego "idziemy na jednego". Tak jak lubię. Nie było też pierwszego tańca. Mój mąż się stresował i od razu wiedziałam, że to dla niego zbyt wiele. Nie lubi występów publicznych. To introwertyk, a ja nie chciałam go do niczego zmuszać. Sama tańczyć uwielbiam. Tańczyłam w zespole przez 14 lat. Wpadłam na szalony pomysł. Przez 3 miesiące wraz ze świadkową i jej siostrą instruktorka uczyła nas układu do LOVE ON TOP mojej ukochanej Beyonce. Posłuchaj tej piosenki, wsłuchaj się w słowa. Jest idealna. To była moja niespodzianka dla męża. Mój prezent. Taniec dla Niego. Oj nie było to mistrzostwo świata. Ale miałam przy tym tyle zabawy i włożyłyśmy w to całe serce.


Co tydzień po kryjomu spotykałyśmy się w trójkę. Uczyłyśmy się, plotkowałyśmy i świetnie przy tym bawiłyśmy. Bo wszystkie trzy, ja, świadkowa i jej siostra po prostu kochamy Beyonce. Razem byłyśmy później na jej koncercie. Miałyśmy mega frajdę. Nie jesteśmy profesjonalistkami. Ale wiesz co? Był fan, było zaskoczenie, była radocha. Nie zapomnę tego do końca życia.

To była znakomita zabawa, a nawet 3 kieliszków alkoholu nie wypiłam. Nie chciałam. Chciałam pamiętać wszystko, chciałam chłonąć ten dzień. Pech chciał, że moja przyjaciółka zaciążyła. Pech dla mnie, bo małżonek kocha tańczyć, a jego partnerka nie mogła. Dorwał zatem pannę młodą, a jak. No i zwyobracał mnie na całego. Skąd biedny facet mógł wiedzieć, że panna młoda niczym obłędny rycerz ma kopnięty błędnik, który zawiedziony w pole błądzi w poszukiwaniu równowagi? No nie mógł. Po jednym tańcu byłam jak po dwóch litrach wódki. Niestety na nogi już nie stanęłam, a przy torcie mąż mnie podtrzymywał. W tym stanie dotrwałam do 1 i niestety dłużej nie dałam rady. Znajomi bawili się dalej. 

Przykro mi było, że tak się to skończyło, a jednocześnie...  cieszyłam się na myśl o wygodnych bokserkach i ciepłym, mięciusim łóżeczku. Noc poślubna? Hehehe przespałam, wracając do równowagi. Ale obudziłam się już po raz pierwszy jako Pani Erbel. 

Chciałabym móc opisać moje uczucia tego dnia, ale chyba nie potrafię aż tak czarować słowami. Mam nadzieję, że poczułaś w tym wpisie choć ociupinę tej magii.  Każdej kobiecie życzę spokoju serca, który daje pewność wyboru właściwego partnera.