Dziś święto wszystkich mam, a w blogowym świecie już jakiś czas temu zaroiło się od wpisów proponujących idealne prezenty dla mam. Nie dziwię się, bo sama zawsze coś kupowałam chcąc sprawić mamie przyjemność. Jako mama zrozumiałam jednak jedną rzecz. Mama pragnie tylko dwóch rzeczy: by jej dziecko było zdrowe i szczęśliwe oraz by było blisko niej.

Jak tylko na teście ciążowym ujrzałam dwie kreski wiedziałam, że najważniejszym rzeczą na świecie jest donosić ciężę i urodzić zdrowego dzidziusia. Po porodzie dochodzi do tego pragnienie, by był szczęśliwy. Dla mamy nic innego się nie liczy. Nie ważny jest dla Nas wygląd dziecka, jego zdolności, umiejętności, zainteresowania, kariera. Najważniejsze dla nas jest by dziecko było zdrowe i szczęśliwe w tym, co ma i w tym, co robi. 

Druga rzecz to potrzeba bliskości i akceptacji. Chcemy być najlepszymi mamami pod słońcem. Chcemy by nasze dzieci nas kochały, akceptowały, były z nas dumne. By nigdy się nas nie wstydziły. W ich oczach chcemy być doskonałe, najlepsze, idealne. I do tego dążymy przez całe ich życie. Kochamy, wspieramy, jesteśmy. 


A w Dniu Matki jedyne czego potrzebujemy to pokazanie, że jesteśmy ważne. Laurka w zupełności wystarcza i przespana noc. Chyba, że tata pomaga przygotować śniadanie do łóżka. Nic więcej absolutnie od mojego dziecka nie potrzebuję. Za to jest coś co sama chętnie dam. Nową tradycję. Coś, co zawsze będziemy robić razem. Dziś, za dwa lata, za pięć, dziesięć, dwadzieścia. Postanowiłam więc zawsze przygotowywać dla mojego smyka jakiś smakołyk. Tak by Dzień Matki kojarzył jej się z zapachem domu i maminego ciasta.

Dlatego mam dziś dla Was jeszcze przepis na mamine muffiny jabłkowe dla Waszych pociech


Składniki:
1 utarte jabłko
100 g masła
125 ml mleka
2 jajka
250 g mąki
1 łyżka cukru wanilinowego 
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka cynamonu
130 g cukru trzcinowego

Masło roztapiamy i dokładnie mieszamy z mlekiem oraz jajkami za pomocą trzepaczki. W drugiej misce mieszamy wszystkie suche składniki (mąkę, cukier wanilinowy, proszek do pieczenia, sodę, cynamon i cukier). Do suchych składników dodajemy mokre oraz jabłka. Mieszamy delikatnie tylko do zmieszania składników. Następnie masę nakładamy w foremki do muffinek do 2/3 wysokości i wstawiamy do rozgrzanego do 190 stopni piekarnika na około 25 minut.



Wszystkim mamom życzę bezkresnej miłości, wytchnienia i docenienia!

 
 
 
Tak mnie tknęło pod ten Dzień Matki, że zadałam Wam to pytanie na swoim facebookowym fanpage. I tak jak się spodziewałam. Wywołałam burzę i sporo mocno skrajnych emocji. Żałuję tylko, że nie wypowiedziała się żadna kobieta będąca teściową, ani żaden mężczyzna. Ale może nie wszystko stracone. No właśnie, czy teściowa to też mama? Czy powinniśmy składać jej życzenia w Dniu Matki? Już abstrahując od faktu mówienia do obcej kobiety mamo. 
 
W Polsce istnieje taki niepisany zwyczaj, że do teściów winniśmy z dnia na dzień zacząć zwracać się per mamo, tato. Osobiście się z tym nie zgadzam. Wychowałam się w rodzinie, gdzie zawsze powtarzano, że mama zawsze była, jest i będzie tylko jedna. Ani moja mama, ani jej siostra czy moja babcia nie zwracały się do teściowej mamo. Moja mama wręcz czuje się urażona faktem, że do kogoś zwracam się w ten sposób. Oczywiście doskonale zdaje sobie sprawę, że jak różni są ludzie, tak różne są relacje ich łączące. Pomijam więc przypadki, gdy własnej mamy się dawno nie ma czy te bardziej skrajne, gdy z mamą łączy nas tylko DNA, a to właśnie teściowa jest tą osobą, która przynosi nam miłość, zrozumienie i pełną akceptację.

Dla mnie mama to słowo zarezerwowane dla jednej osoby. Dla tej, która nosiła mnie pod sercem przez 9 miesięcy. Dla tej, która wyła z bólu na porodówce właśnie przeze mnie. Dla tej, która w jednej nanosekundzie ujrzawszy mój pomarszczony, czerwony, nie do końca piękny ryjek pokochała mnie miłością bezwarunkową. Dla tej, która akceptuje mnie taką, jaką jestem i choćbym nie wiem, co zrobiła czy powiedziała nie przestanie mnie kochać. Dla tej, która w każde moje urodziny kupowała mi tyle róż, ile lat kończyłam. Dla tej, która była przy mnie, gdy dostałam pierwszy okres. Dla tej, która zaprowadziła mnie pierwszy raz do ginekologa, która wspierała, gdy ja denerwowałam się przed pierwszą randką. Dla tej, która klepała po plecach, gdy rzucał mnie chłopak i dla tej, która cieszyła się z każdej mojej piątki w szkole. Dla tej, która pozwalała popełniać mi błędy, choć wiedziała, że będę cierpiała. Dla tej, która prała te przeklęte tetrowe pieluchy i kupowała kolejną lalkę Barbie. Nie da się zastąpić mamy! Tak, jak nie da się zastąpić taty, ani męża. Dla mnie to słowa przypisane do konkretnych osób.

Przy całej swej sympatii do teściowej, przy całej mojej wdzięczności, że wychowała i wydała na świat tak wspaniałego mężczyznę, jakim jest mój mąż, choćby była najwspanialszą osobą na świcie to mamę mam jedną.  Zawsze z Gazelą wspólnie odwiedzamy rodziców. Zawsze wspólnie świętujemy. Ale życzenia składamy tylko własnym mamom.
 
 
 
W podstawówce, w liceum czy na studiach zawsze korzystałam z biblioteki. Jako osoba dorosła zaczęłam książki kupować i kolekcjonować. Zauważyłam jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a stan mojego konta proporcjonalnie maleje. Oczywiście książki to zawsze dobry zakup, którego nie należy żałować. Nie mniej jednak, mam morze potrzeb niekoniecznie własnych, więc zaczęłam mocno szukać oszczędności również i w tej materii.

Zorientowałam się również, że w ubiegłym roku wydałam naprawdę sporo pieniędzy właśnie na książki i ebooki. A nie wszystkie koniecznie chciałabym mieć na półce. Zaczęłam się coraz szerzej uśmiechać do teściowej o wypożyczenie książek ze zbiorów bibliotecznych. A jest zapisana do kilku. W zasadzie cała rodzina. Mama ma zwykle po kilkanaście opasłych tomów na półce i mam podejrzenia, że opanowała technikę czytania E.T. 
 
W końcu dorosłam do tego, by samodzielnie znów zapisać się do biblioteki rejonowej i wiecie co? Jestem zachwycona. Dlaczego?

OSZCZĘDNOŚCI

Dzięki bibliotece udaje mi się zaoszczędzić naprawdę sporo pieniędzy. Książki czasem wymieniam, pożyczam od znajomych, ale każdy ma inny gust i czasem ciężko go zaspokoić. Biblioteki są teraz połączone w ten sposób, że zapisując się do jednej, mam dostęp do wszystkich pozostałych w rejonie. Co więcej on - line mogę sprawdzać dostępność książek.

PEREŁKI

Często w bibliotece możesz natknąć się na prawdziwe perełki. Dobra bibliotekarka nie tylko Ci znakomicie doradzi, wybierze książkę odpowiadającą Twoim preferencjom, ale czasem nakieruje na naprawdę piękny,  stary egzemplarz. Nie wiem, jak Ty, ale ja lubię troszkę styraną książkę. Taką, która ma swój zapach, historię, która już swoje przeszła. Wiem, że ona żyje. Poza tym lubię czasem pobuszować między regałami.

RÓŻNORODNOŚĆ

Korzystając z biblioteki i pomocy bibliotekarki masz większe szanse na poszerzenie horyzontów a niżeli wybierając książki samotnie on line, czy nawet w księgarni, gdzie zwykle kierujesz swe kroki prosto do ulubionego regału. Nie mam racji? Tu szybciej zbłądzisz, namówi Cię Pani lub sama w końcu zaczniesz szukać wszędzie. 
 

SZACUNEK

Korzystanie z biblioteki nauczy Cię szacunku nie tylko do książki, ale również jej pozostałych bywalców. Poprzez fakt, że mam na przeczytanie lektury określony termin czuję się zmotywowana do czytania. Wiem, że gdzieś tam, ktoś bardzo czeka na książkę, którą mam u siebie. Ty też chciałabyś dostać coś od ręki, prawda? Szanuj więc czas swój i czyiś. Szanuj dobro wspólne. Nie niszcz książek. Nie kładź do góry wierzchem. Nie zaginaj stron. Dbaj o nie, jak o własne. I przedłużaj terminy zamiast książkę przetrzymywać.

CIERPLIWOŚĆ

Czekanie na upragnioną lekturę uczy pokory i cierpliwości. Trzyma w napięciu. Podsyca pragnienie. Sprawia, że upatrzona i upolowana lektura staje się bardziej wyczekiwaną i docenioną.

SPACER

Wreszcie korzystając z biblioteki masz pretekst by wyjść z domu. Przespacerować się i zaczerpnąć świeżego powietrza.

Jak widzisz plusów jest wiele. Oczywiście korzystanie z biblioteki wcale nie oznacza, że zaprzestałam kupować książki czy ebooki. Nie, nie! Ale kupuję ich mniej. A mimo wszystko mogę czytać więcej!
 

Przy okazji urodzin Majucha przygotowałam dla Was listę sprawdzonych prezentów dla 2 - latka. Obiecałam wówczas sporządzić osobną listę książeczek, które z chęcią byśmy przygarnęły lub które już mam w swojej biblioteczce i wiemy, że jest naprawdę warta polecania. Swoja listę skróciłam do granic możliwości, bo wierzcie mi, że było ich znacznie więcej. A wszystko dzięki Waszej uprzejmości.


Robiąc listę rzeczy dla Mai poprosiłam Was na facebooku o pomoc w znalezieniu książki doskonałej. I tak oto powstała mocno subiektywna lista książek, które wpisałam na naszą listę must have.


O zaletach czytania dzieciom chyba nie muszę Wam pisać. Zapewniam, że lista jest długa i nie znalazłam absolutnie żadnego minusa. Uważam, że książka to zawsze doskonały prezent przy każdej okazji, a nawet jej braku. A wybór jest przeogromny. Od klasycznych wierszyków dla dzieci Brzechwy, Tuwima, Chotomskiej po bestsellery Herve Tulleta. Możesz kupić śmieszne rymowanki ułatwiające ćwiczenie języka (Z MUCHĄ NA LUZIE ĆWICZYMY BUZIĘ), książeczki które pomagają dziecku zrozumieć świat (ROK W LESIE) i własne emocje (książki autorstwa Grzegorza Gasdepke), pomagają przejść przez pewne etapy (BĘDZIEMY MIELI DRUGIE DZIECKO), nazywać rzeczy po imieniu (NAWET NIE WIESZ, JAK BARDZO CIĘ KOCHAM) albo te interaktywne (NACIŚNIJ MNIE) czy z humorem (PAN PIERDZIOŁKA SPADŁ ZE STOŁKA). Są też książki, po które sięgamy z sentymentu do własnego dzieciństwa (POCZYTAJ MI MAMO) lub by uczcić wzniosłą chwilę (MAM JUŻ 2 LATKA). Jednak wszystkie książki uczą (OPOWIEŚCI BIBLIJNE), pobudzają wyobraźnię i poszerzają horyzonty.



 
A już niebawem zaczniemy przedstawiać Wam biblioteczkę Majeczki. 

Podzielicie się z nami, co macie na dziecięcych półkach. Które książki Was nie zawiodły, które zachwyciły Wasze dzieci, a które zawiodły na całej linii? U nas kompletnie nie sprawdził się hit hitów "O króliku, który chciał spać". No Maja wręcz nie chce na to spojrzeć :( ani słuchać Anny Muchy.
 
 
 


Impreza, impreza i po imprezie. Mam w domu szalonego 2 - latka. Urodziny za nami, a urodzin nie wyobrażam sobie bez tortu. Tym razem postanowiłam na własne umiejętności i upiekłam go oraz udekorowałam samodzielnie. Wyrósł mi troszkę krzywy, ale w smaku był naprawdę rewelacyjny. Myślę, że kilka osób to może potwierdzić. I powiem Wam jedno, fajnie jest wiedzieć, co się je. Znać składniki. Samemu wybrać coś, co wiadomo, że będzie smakowało i odpowiada naszym gustom smakowym. Ja nie lubię ciężkich tortów. Nie możemy też używać kakao, przez wzgląd na uczulenie Majeczki. Dlatego wybrałam przepis na bazie biszkoptu, ze zdrową konfiturą z moimi i Mai ukochanymi malinami, z cytrynowym kremem. Nie za słodkie, nie za kwaśne. Idealne. Do tego udekorowane w sposób, jaki mnie się podoba i na jaki umiejętności pozwalają. Wyszło delikatnie, subtelnie, dziewczęco. 
 
 
W sumie zamiast jednego wielkiego torty zrobiłam dwa małe. Takie same, tylko z inną dekoracją. A co! Jak szaleć, to szaleć. Nie na co dzień dziecko kończy 2 latka! Przepis znalazłam na Kwestii smaku. Jest bardzo prosty, z małej ilości składników. Dość szybki do wykonania. Smakuje obłędnie, choć biszkopt czasem krzywo urośnie. Ale mnie to akurat zupełnie nie przeszkadza. A Tobie? Chcesz przepis? Zapraszam

Składniki:
3 jajka
160 g cukru pudru
50 g mąki pszennej
50 g mąki ziemniaczanej
160 g konfitury malinowej  
Składniki na krem:
500 g zimnego serka mascarpone
1/3 szklanki zimnego mleka
pół szklanki cukru pudru
3 łyżki soku z cytryny
dekoracje - kwiaty jadalne lub posypka confetti

Wykonanie:
  • Przygotuj dwie misy. W jednej przez około 5 minut, za pomocą miksera utrzyj 3 żółtka z 80 g cukru pudru, aż powstanie gęsta i puszysta masa.
  • W drugiej misie ubijaj białka z pozostałą ilością cukru pudru aż powstanie gęsta, biała piana. Troszkę to trwa, ale spokojnie białko się zetnie na sztywno po około 5 minutach.
  • Zawartości obu misek zmieszać łyżką, a następnie bardzo delikatnie połącz z przesianą przez sitko mąką pszenną i mąką ziemniaczaną. Używaj do tego łyżki.
  • Masę przełóż do formy o średnicy około 20 cm, wysmarowanej masłem i obłożonej papierem do pieczenia. Włóż do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piecz przez 25-30 minut aż wierzch ciasta będzie złocisty. Przy pieczeniu w kuchni unosi się wspaniały zapach. Przez 15 minut studź biszkopta w formie, a następnie wyłóż na kratkę i całkowicie ostudź.
  • Wykonanie kremu jest bardzo proste. Miksuj mascarpone z mlekiem i cukrem pudrem aż masa się napuszy i zgęstnieje. Na koniec dodaj soku z cytryny. Jeśli krem wyjdzie zbyt sztywny i ciężko będzie Ci go rozprowadzić po cieśnie dodać więcej mleka.
  • Ciasto przekrój poziomo na pół. Dolną część wysmaruj konfiturą malinową, następnie warstwą kremu. Przyłóż drugą część biszkopta i wysmaruj górę oraz boki po całości resztą kremu. Wstaw do lodówki. Przed samym podaniem udekoruj kwiatami (koniecznie sprawdź, które są jadalne) lub kolorową posypką. 





To wszystko! Życzę smacznego! 
 
 
2 lata

To oficjalne. Mam w domu 2-latka! Nie mogę uwierzyć, że dziś moja kruszynka ma kolejne urodziny. To już nie jest mały, nieporadny dzidziuś. To mały człowieczek, pełen skrajnych emocji, których nie potrafi kontrolować, ciekawości świata, miłości oraz energii. Naprawdę, nie wiem, kiedy to minęło. A minęło zdecydowanie za szybko. Ostatnie miesiące jeszcze bardziej przyspieszyły. I uciekają. Przeciekają mi przez palce. Gdzie się podziała moja kruszynka? Zamiast niej jest śliczna, gadatliwa,  otwarta, ciepła i pełna życia dziewczynka. Czasem mała złośnica. Czasem słodziak totalny.


Ten miesiąc upłynął nam pod znakiem imprez i przygotowań. Od trzech tygodni stale imprezujemy. Szampan się leje butelkami (rzecz jasna bezalkoholowy), a pyszne torty wchodzą w boczki. Aż mnie przerażenie bierze, ile moje dziecko ostatnio cukru pochłonęło. Ale taką już mamy końcówkę kwietnia i maj. Urodziny dziadka, urodziny mamy i urodziny Mai :) Dalej też mamy co świętować. Ciągle coś się dzieje. 
 
A to pierwsza podróż pociągiem, która spowodowała, że emocje sięgnęły zenitu i Maja w tej ekscytacji niemalże cały dzień nie spała. A to pierwsze kibicowanie tacie podczas biegu. A to zabawy na świeżym powietrzu i całe dnie spędzone u babci w ogrodzie. Wiosna to czas szaleństw na huśtawce, zjeżdżalni i wreszcie w piaskownicy. 
 
2 lata
dziecko

Maj to jeden wielki spisek i knucie. Planowanie niespodzianek, niezliczone kilogramy ciast i pieczenie tortów. I rodzina. Rodzina. Rodzina. W tym miesiącu jeździmy od jednych dziadków do drugich, a potem czas na rewizyty. Ciocie, wujkowie, koleżanki i koledzy dla Mai. Weekend majowy, który miał być slow okazał się nieco męczący.
 
Kilka przespanych nocy! Dokładnie 6! I radocha! Radocha! Radocha! Nadzieja, która mimo woli się pojawia. Nie chcę się cieszyć za wczasu, może to tylko awaria systemu. Nie chcę płoszyć sarny. Niech śpi. Mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale sześć?
 
A Majuszek? Majuszek stale się rozwija. Obecnie mamy etap płaczu, na każde słowo nie. A czasem i bez tego słowa. Ot tak. Bo mama chciała nie tą bluzkę założyć, bo czapeczka nie taka, choć w sumie po 10 minutach lamentu nagle się spodobała. Ciężki okres. Oj bardzo ciężki. Sama nie wiem dla której z nas bardziej. Dla niej? Czy dla mnie? Ahhhh, te emocje. Targają człowiekiem na prawo i lewo. No i ta potrzeba samostanowienia...
 
mam 2 latka
24 miesiące

Ostatni miesiąc to wreszcie początek okazywania uczuć tacie, pieszczoty, przytulanie i miłe słowa. Maja to taki mały człowieczek, który wszystko chce robić, jak my. Zakłada okulary przeciwsłoneczne, wkłada ręce w kieszeń i jak cwaniak chichocze pod nosem. Mówi całymi zdaniami. Po prostu zaczyna mi coś opowiadać. I śpiewa. Coraz więcej śpiewa. Coraz więcej tekstu przy tym zapamiętując. Tańczy. Układa. Układanie to ulubione zajęcie. Puzzle, korale, bransoletki. Przekładanie, wkładanie rzeczy do toreb, zabawa w udawanie, robienie zakupów czy gotowanie, wreszcie przeglądanie się w lustrze i umizgi. 
 
2 urodziny
 
A dziś? Dziś same przyjemności! Dziś urodziny! Dziś świętujemy! Bo jest co!
 
 
 
Z okazji urodzin dostałam kartkę właśnie z takim napisem i bezwzględnie, z miejsca się w niej zakochałam. Nie dość, że była nieprawdopodobną niespodzianką, od wspaniałej osoby, przepiękną, z moimi ukochanymi kropami, to jeszcze z fantastycznym przesłaniem. Pomyślałam sobie od razu, że właśnie taki napis nad łóżkiem lub na lustrze w łazience powinien mieć każdy z nas. Taka myśl powinna nas widać każdego poranka!


O ile życie byłoby piękniejsze, gdybyśmy codziennie zachowywali się tak, jakby to był właśnie nasz dzień urodzin. Z pozytywnym nastawieniem do świata. Z otwartością do ludzi. Z tym ekscytującym nastawieniem, co się dziś wydarzy, co dzień przyniesie, co miłego nas spotka. Budząc się co dzień z uśmiechem na ustach i myślą Hurra ten dzień należy do mnie! Pomijając prezenty, kwiaty i życzenia, przecież w dzień urodzin budzimy się podekscytowani, szczęśliwi, uśmiechnięci i z wdzięcznością. Tak z wdzięcznością. Jesteśmy wdzięczni za to, że życie ofiarowało nam kolejny rok. Że jesteśmy kolejny rok dłużej na tym świecie. A jestem pewna, że każdy z nas ma za co być wdzięcznym. Za to co nas spotkało. Za to, czego się nauczyliśmy. Za to, kim się staliśmy. Z nadzieją patrzymy w przyszłość myśląc, co przyniesie nam kolejny rok. A sam dzień chłoniemy całym sobą. 


Wreszcie jesteśmy TU i TERAZ. Otwarci na wszechświat. Na to, co ma nam do zaoferowania. Czy nie byłabyś szczęśliwsza myśląc w ten sposób przez okrągły rok? Nie tylko w dniu urodzin?


Tak mnie naszło. Urodzinowo. Po weekendzie pełnym uśmiechów, życzliwości, ciepła, poświęconej mi uwagi przez najbliższych chciałabym życzyć Ci, by tak wyglądał każdy Twój dzień. By każdy był wyjątkowy, każdy dawał nadzieję i pozytywną energię, jak dzień urodzin! 
 
ps. Halszka! Dziękuję!




Jutro są moje urodziny. Kończę 33 lata. Dużo? Mało? To nie istotne. W pewnym momencie swojego życia przestałam zwracać uwagę na liczby, a zaczęłam się przyglądać mojemu uśmiechowi przed lustrem. On jest dla mnie najważniejszy. Kocham mieć urodziny. I wcale nie dlatego, że dostaję prezenty i zostaję obsypana kwiatami (które notabene uwielbiam), ale dlatego, że to mój kolejny rok życia. Tak! Przeżyłam kolejny rok! Czy to nie powód do szczęścia? 33 lata temu podarowałam rodzicom najpiękniejsze chwile w ich życiu i robię wszystko, by tego dnia świętować z pompą. 

Uwielbiam otrzymywać życzenia. Tego dnia jestem po prostu pozytywniej nastawiona do życia. Uśmiecham się pełną gębą, bo to mój dzień. Świętuję po królewsku, bo każde urodziny są darem.

W zeszłym roku podzieliłam się z Wami kilkoma spostrzeżeniami. Urodziny są bowiem moim Sylwestrem. Robię przed nimi własne podsumowanie roku. Zastanawiam się co mi on przyniósł, czego się nauczyłam, za co jestem wdzięczna. A ten rok był taki zwyczajny - niezwyczajny. Zdecydowałam się na urlop wychowawczy. Wybrałam dom, rodzinę. To pod znakiem rodziny właśnie upłynął mi czas. Niby stagnacja i rutyna. Niby nic się nie działo, a jednak przeżywaliśmy rewolucje. Nasze domowe, osobiste, mocno prywatne. 

  1. Chyba dojrzałam, bo zaczynam dostrzegać, że im jestem starsza, tym mniej zależy mi na wyglądzie. Nie chodzi mi o brak dbałości o siebie, lecz akceptację upływu czasu.
  2. Wiek może i ujmuje piękności, ale zawsze dodaje atrakcyjności i mądrości oraz doświadczenia.
  3. Z każdym rokiem coraz bardziej rozumiem dlaczego dojrzała kobieta jest spokojniejsza i bardziej pewna siebie. Ona po prostu wie, co jest w życiu ważne.
  4. Chodzenie własną ścieżką nigdy nie jest łatwe.
  5. Zawsze żyłam według zasady "nie czyń drugiemu, co Tobie nie miłe". Dziś wiem, że nie każdy stosuje się do tej zasady, ale zamiast zniżać swój poziom wolę zachować fason i mieć czyste sumienie.
  6. Wrażliwość czyni Twoje życie głębszym, ale Ciebie mniej odpornym na niesprawiedliwość i zło. Nie mniej jednak za nic w świecie nie chciałabym wyzbyć się tej cechy.
  7. Zawsze bądź sobą! I nie przepraszaj za to kim jesteś, ani za to kim nie jesteś! Najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą.
  8. Pozbądź się wszystkiego co niepotrzebne, nieładne i nieistotne.
  9. Minimalizm może dawać radość, a przynajmniej sprawi, że zaczniesz więcej dostrzegać.
  10. Ludzie dzielą się na tych, co dają i na tych co tylko biorą. Unikaj tych drugich, a pierwszych zawsze doceniaj i ucz się od nich.
  11. Zawsze za przykład stawiaj sobie ludzi nie tych, którym się udało, ale tych którzy coś sobą reprezentują.
  12. Czasem wystarczy po prostu dać sobie/komuś szansę, a czasem  odpuścić. 
  13. Ludzie się w życiu pojawiają i znikają. Czasem bez oczywistych powodów. Nie szukaj winy w sobie, po prostu to przyjmij.
  14. Pozwól sobie odczuwać różne emocje. Nie ma w tym nic złego, że odczuwasz złość czy rozczarowanie. I nigdy nie wstydź się ich okazywania.
  15. Warto niekiedy iść na wagary, wiesz?
  16. Zwolnij. Dokąd tak śpieszysz? Więcej zauważysz i zrozumiesz idąc wolniej.
  17. Multifunkcyjność jest przereklamowana. Lepiej zrobić jedną rzecz, a dobrze niż wszystko na odwal się.
  18. Najważniejsze jest zawsze TU I TERAZ. 
  19. Zadbaj o swoje zdrowie, bez niego ani rusz.
  20. Dzieci nieustannie nas ćwiczą w cierpliwości. Czasem wygrywamy, a czasem przegrywamy z kretesem. I to też jest naturalne.
  21. Macierzyństwo to praca 24/7, stresująca, wymagająca i wyczerpująca. A jej wyniku nigdy nie poznasz. Jednocześnie nic innego nie da Ci tyle satysfakcji i spełniania. 
  22. Rodzice są najważniejszymi nauczycielami dla swoich dzieci. Warto się czasem zatrzymać i zastanowić, czego uczę własnego dziecka.
  23. I ucz się od dziecka. Nieustępliwości, radości, bezinteresowności, uważności, spostrzegawczości, szczerości...
  24. Masz dziecko? Więc zawsze miej aparat pod ręką, spisuj podniosłe dla Was chwile, zapisuj pierwsze słowa. Dziecko rośnie tak szybko, a my tak szybko zapominamy, co było wczoraj. Łap każdą chwilę i każdą się zachwycaj.
  25. Siedzenie w domu to nie wakacje. A praca na dyżurze, który nigdy się nie kończy.
  26. SEN TO ZDROWIE. Wiem coś o tym, bo nie zaznałam ciągłego snu od dwóch lat. Jego brak prowadzi do permanentnego stresu, przemęczenia, frustracji i agresji. Jeśli więc nie jest Ci dane 8 h snu dziennie, zadbaj o to, by znaleźć swoją oazę spokoju i sposób na odpoczynek.
  27. Macierzyństwo sprawia, że nagle zaczynasz rozumieć swoją mamę. I coraz więcej jej cech odnajdujesz też w sobie.
  28. Mimo zmęczenia, stresów, braku czasu zawsze dbaj o swojego partnera. Powiedzenie KOCHAM CIĘ nie kosztuje wiele, a wiele zmienia. Nie rób tego raz na miesiąc, ale codziennie.
  29. Każde małżeństwo po pierwszym roku życia z dzieckiem przeżywa kryzys. Dlaczego? Diametralne zmiany w życiu, konieczność dostosowania się do nowej sytuacji i ciągłej opieki nad dzieckiem sprawia, że zapominamy nie tylko o własnych potrzebach, ale i o potrzebach partnera. Dlatego najważniejsze to znaleźć czas i siłę na bycie we dwoje. Na randki. Na przytulanie. Na rozmowę. W głowie mamy dzieje się zupełnie co innego, niż w głowie taty. Trzymajcie się razem, a nie zginiecie.
  30. Codziennie okazuj partnerowi czułość.
  31. Nie wstydź się prosić o pomoc. Jesteś człowiekiem, nie cyborgiem. 
  32. Największa nasza ułomność to brak wiedzy. Głupie rzeczy robimy wówczas, gdy czegoś nie rozumiemy.
  33. Nawet gdy jestem najbardziej zdołowana, gdy dobija mnie świat i inni ludzie, gdy mam wrażenie, że jestem do niczego, to i tak kocham swoje życie i nie zamieniłabym się absolutnie z nikim na żadne inne. Kocham być Magdaleną Erbel - nerwową, nadpobudliwą, nadwrażliwą mamą Majucha i żoną Gazeli. 

A Ty? Lubisz swój wiek? Doceniasz go? Czego ostatnio się nauczyłaś?
 
 

John Green
 
Czasami zwykłym zbiegiem okoliczności trafiasz na piękną książkę. Książkę, która Cię porusza, daje do myślenia. Książkę, którą cieszysz się, że jest fikcją literacką, a nie prawdą. Książkę, która wyciśnie z Ciebie morze łez i sprawi, że własny mąż Cię nie pozna. Książkę przy której żałujesz, że się skończyła, jednocześnie będąc za to wdzięcznym autorowi, bo tak naprawdę wolisz nie znać kilku odpowiedzi. Właśnie taka jest "Gwiazd naszych wina" Johna Greena.

Prawdę mówiąc, nigdy bym po nią nie sięgnęła, gdybym nie obejrzała filmu. Teraz żałuję, że najpierw obejrzałam ekranizację, bo nie mogłam wyobrazić sobie sama głównych bohaterów, nie mając przed oczyma aktorów. I choć pasują idealnie do swych ról, już nigdy się nie dowiem, jak widziałabym ich ja sama. Film obejrzałam zupełnie przez przypadek. Podczas ubiegłorocznych wakacji na Lanzarote, kiedy to Maja spała, a Gazela pokonywał kilometry, biegając wzdłuż nadmorskiej promenady.

Niby książka dla młodzieży, z półki young adult, a mimo wszystko wciągająca, interesująca i poruszająca ciężkie tematy, jak życie i śmierć, choroba czy nieśmiertelność.  "Gwiazd naszych wina" to świat przedstawiony oczyma 16 -letniej Hazel Grace, która ma czwarte stadium raka tarczycy, z przerzutami płuc, co sprawia, że samodzielnie nie może oddychać. Podłączona do butli z tlenem, którą zawsze ciągnie za sobą w plecaku, nie ma zbyt wielu przyjaciół. Od dawna nie chodzi do szkoły, choć maturę ma już za sobą i uczęszcza na zajęcia w collegu. Nad wyraz inteligentna i dojrzała ponad przeciętną dziewczyna, której eksperymentalne leki przedłużają tylko życie. Pogodzona ze swoim losem, spokojna, i opanowana. 
Pewnego dnia na nudnym spotkaniu grupy wsparcia poznaje niezwykle intrygującego, przystojnego Augustusa Watersa. Chłopaka, któremu kostniakomięsak - niezwykle wredny rak tkanki kostnej - odebrał nogę.  Augustus jest nieprzeciętną postacią. Pewny siebie, świadomy swej urody (choć w naprawdę uroczy i ujmujący sposób), charyzmatyczny, uwielbiający wygłaszać monologi na temat własnego pojmowania życia, wiecznie z niezapalonym papierosem w ustach (wszak papieros to tylko metafora "trzymasz w ustach czynnik niosący śmieć, ale nie dajesz mu mocy by zabijał) zakochuje się  w Hazel.

Czy taka miłość jest możliwa? Czy ma w ogóle sens? Jasnym jest, że ich nieskończoność należy do tych najmniejszych. Liczy się każdy dzień. Każdy może okazać się ostatnim. To, co najbardziej mnie ujęło w ich historii to nieprawdopodobny wręcz dystans do choroby. Traktowanie raka ironicznie, momentami wręcz zabawnie, np. sposób w jaki mówi o sobie Hazel jako o Osobie Profesjonalnie Chorej, czy żarty dotyczące bonusów rakowych. To sprawia, że książkę czyta się mimo wszystko bardzo lekko. 
Oswajanie czytelnika ze śmiercią jest bardzo zgrabne. W bohaterach tej książki nie znajdziesz pretensji do świata. Nikt tu nie zadaje pytań, dlaczego ja. Nie chce być traktowany ulgowo, czy wzbudzać litość. Oni chcą po prostu cieszyć się każdą chwilą, jaka jest im jeszcze dana. To powieść o dojrzewaniu, pierwszej miłości, chorobie, postrzeganiu świata. Autor stawia wiele pytań, na które nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Czy chory ma prawo zadawać ból bliskim? Czy po śmierci dziecka rodzic nadal pozostaje rodzicem? Ma prawo do normalnego życia? Czym jest bliskość? Co po nas pozostanie? Czy zostaniemy zapamiętani?

To nie książka filozoficzna. Green zadaje czytelnikowi naturalne pytania. Pytania, które prędzej czy później pojawiają się w naszym życiu. Znakomicie zbudowane postacie, błyskotliwe dialogi i realistyczne podejście do tematu bez patosu i przesady sprawia, że ciężko przejść obok obojętnie, przeczytać i zapomnieć. To książka, która wżera się w serce, a mimo ciężkiego tematu pozostawia w nas uczucie lekkości i spokoju.

 
Majówka. Wszyscy czekamy na nią z utęsknieniem. Wszyscy, jak lwy walczymy wówczas o dodatkowe dni wolne i wszyscy zwykle mamy plany. No dobra. Ja nie mam. Przynajmniej od jakiegoś czasu przestałam w tym uczestniczyć. Po pierwsze nie pamiętam, kiedy ostatnio w weekend majowy była ładna pogoda. Po drugie w tłumie nie umiem wypoczywać (chyba, że planuję mały city break, jak ten w Londynie czy Rzymie). No i te korki... Wybieram wówczas zupełnie inną formę spędzania czasu. Bez owczego pędu, Bez zgiełku. Na spokojnie. Nic nie muszę. Muszę odpocząć. I Wam tego życzę.


RAZEM


Lubię spędzać czas rodzinnie. W weekend majowy zwykle wyprawiamy urodziny. Moje lub mojego taty. Albo wspólne. Gdy pogoda dopisuje oczywiście robimy grilla, jak 80% Polaków w tym czasie. A gdy jest gorzej przenosimy się z szampanem i tortem do domu. 


NA ŚWIEŻYM POWIETRZU


Gdy jest w miarę ciepło można urządzić piknik, wybrać się na rodzinną wycieczkę rowerową, spacer po lesie, wyprawę do zoo lub ogrodu botanicznego. Grunt by spędzić czas na zewnątrz. To wycisza, przynosi wytchnienie i sprawia, że schodzi z nas cały stres. Chwyć więc aparat i wybierz się na spacer. Uwiecznij czas spędzony razem. Na co dzień człowiek zapomina o robieniu zdjęć, albo jest na nich samo dziecko. Pora na uzupełnianie rodzinnego albumu.


Z PRZYJACIÓŁMI


Nie jest łatwo umówić się na majówkę. Zwłaszcza, gdy ma się już rodzinę i dzieci. Chyba, że planuje się ją dużo, dużo wcześniej, a szczęście zdrowiu dopisze. Warto jednak urządzić np. wspólny wieczór tematyczny. Zaprosić przyjaciół lub wybrać się do tych, którzy mieszkają daleko i których dawno nie widzieliście. Przyjemnie jest spędzić czas gdzieś na mieście, w restauracji, bez stresu o brudne podłogi i konieczność przygotowania poczęstunku. Choć u nas przyjacielskie restaurowanie się chwilowo nie wchodzi w grę.


MAŁE TETE - A - TETE


Zanim pojawiła się Maja lubiliśmy z Gazelą uciekać przed światem w nasz własny. Autobusem wybieraliśmy się do kina, pozostawiając celowo auto, tak by po seansie móc skoczyć na wspólnego drinka. To była nasza odskocznia od dnia codziennego. Dziś zatrudniamy w tym celu babcię lub urządzamy sobie wieczór kinowy w domu. Fajnie jest spędzić czas tylko z ukochanym. Nie koniecznie w kinie. Zawsze można po prostu zaszyć się razem w łóżku. Myślę, że akurat nie muszę Wam mówić, co można robić razem? Choć w naszym zagnieździł się mały stworek, który lubi wpychać się między nas. O wylegiwaniu się do 12 w pidżamie też mogę zapomnieć, ale może Wy akurat możecie sobie na to pozwolić?


WIECZÓR PLANSZÓWEK


A gdy pogoda naprawdę nie dopisuje skuś się na wieczór planszówek. Scrabble, Magia i Miecz, Chińczyk, Warcaby, Szachy... wybór jest przeogromny. Zagrajcie we dwoje, rodzinnie lub zaproście przyjaciół. Zabawa gwarantowana. Gdy do tego naszykujesz drobne przekąski lub po prostu zamówicie pizzę czy też sushi zdecydowanie miło upłynie Wam czas.
 
Udanego weekendu majowego! Co macie w planach tego roku?


 
 

Nareszcie nadszedł czas na rabarbar. Wprost nie mogłam się go doczekać. Zawsze przywodzi mi na myśl  słodkie wspomnienie beztroskiego dzieciństwa. Uwielbiam wykorzystywać go w ciastach. Uwielbiam robić z niego super orzeźwiający kompot. Ale najbardziej lubię zwykłe, szybkie i super proste rabarbarowe crumble z gałką waniliowych lodów. To mój hit na wiosnę. Nie wiem, co trwa krócej przygotowywanie, czy znikanie z formy. U nas wychodzi na raz.

Składniki:
ok 800 g do 1 kg rabarbaru
70 g cukru
1,5 łyżki masła
1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
1 łyżka ekstraktu z wanilii
 
Składniki na kruszonkę:
150 g mąki
110 g masła (najlepiej prosto z lodówki)
opakowanie cukru wanilinowego lub 3 łyżki cukru białego
3 łyżki cukru brązowego demerara 
 

Wykonanie:
  • Rabarbar kroimy w małe kawałeczki i wraz z pozostałymi składnikami wrzucamy do garnka. Gotujemy, aż masło całkowicie się rozpuści a rabarbar zacznie zmieniać konsystencję na różowy, gęsty żel, co powinno zająć około 5 minut.
  • Przekładamy całość do formy
  • Przygotowujemy kruszonkę zagniatając składniki ręcznie, a następnie oprószamy nią rabarbar. 
  • Pieczemy w 190 przez około 40 minut aż kruszonka złapie złocisty odcień brązu.
Ja podaję z gałką lodów waniliowych. Jeśli macie w domu  kokilki, proponuję przyrządzić osobne crumble dla każdego z domowników. Serwować pozostawione w małych naczynkach ułożonych na większym talerzy z gałką lodów na boku.  Ma to bardziej elegancki wyraz niż crumble wyjęte prosto z formy. Proste prawda? W sam raz na weekend majowy.
 

A jaki jest Twój ulubiony sposób przyrządzania rabarbaru?

 
 

 
Lubię czytać, choć nie zawsze tak było. Miałam okresy, gdy przez rok potrafiłam przeczytać tylko jedną książkę. Czy to wstyd? Z jednej strony tak. Z drugiej... uważam, że na wszystko przychodzi odpowiednia pora. W życiu przechodzimy przez różne etapy, w których nasze potrzeby się zmieniają. Zmieniamy się my. Zmieniają się okoliczności. W liceum przeżywałam intelektualne uniesienia. Czytywałam tylko książki z najwyższych półek. Nie stroniłam od poezji. Pławiłam się w tomikach Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, Kofty i Tuwima. Na studiach mój entuzjazm nieco przygasł. Skupiłam się na literaturze fachowej. Przerzuciłam  na magazyny, czasopisma, gazety. Potem na jakiś czas czytać przestałam, by pomalutku, małymi kroczkami wrócić do świata literatury.
 
W ubiegłym roku rzuciłam sobie wyzwanie: 12 książek w 12 miesięcy. Chciałam się rozkręcić i potrzebowałam do tego motywacji. Rok zakończyłam z 23 lekturami na koncie. Nie o liczby jednak chodzi, ani przechwalanie, kto przeczytał ich więcej. Każdy czyta to, co lubi. Dla niektórych mój ubiegłoroczny sukces, to zaledwie miesiąc czytania. Niektórzy natomiast nie przeczytają tyle książek nawet w kilka czy kilkanaście lat. Każdy czyta z zupełnie innych pobudek, poszukuje w czytaniu zupełnie czegoś innego. Uważam, że nie powinno się kogoś oceniać po jego gustach literackich.
W tym roku jednak doszłam do wniosku, że skoro rozkręciłam się już na tyle, by zorganizować wymianę książkową i założyć  Klub Książki (grupa facebookowa), to pora poszerzyć horyzonty. Nie będę się ograniczać do kilku ulubionych gatunków, czy autorów. Dlatego też w 2016 roku chciałabym przeczytać:

- coś polskiego

Po waszych komentarzach zdałam sobie sprawę, że ja naprawdę bardzo długo nie czytałam nic z własnego podwórka. Dlaczego? Jestem nieco uprzedzona. Nie wdając się w szczegóły, postanowiłam to zmienić. Kogo mi polecisz? Jaki jest twój ulubiony polski autor? 


- coś innego 

Mimo, iż czytam różne książki, bo sięgam po poradniki, książki kucharskie, young adult, fantastykę, czasem psychologię, to trzymam się mocno tylko dwóch. Moich ukochanych thrillerów/sensacji i powieści detektywistycznych oraz lekkiej literatury kobiecej dla kontrastu. W tym roku chciałabym spróbować czegoś innego. Może wywiad, zbiór felietonów, bibliografia? 


- coś z klasyki światowej literatury

Dawno już nie czytałam czegoś z górnej półki, czegoś bardziej ambitnego, a przecież dawniej zaczytywałam się w powieściach Marqueza czy Amosa Oza. Marzyłam o przeczytaniu Ulissesa. Dziś potrzebuję się głównie odstresować, odpocząć i odpłynąć, więc sięgam po coś o wiele lżejszego. Czytasz klasykę? 

- coś dla mnie nowego

Czytaj: autora, którego od dawna wszyscy znają, a Madzia nadal nie. Nie lubię podążać za trendami. Nic nie robię sobie z list bestsellerów. Zwykle sięgam po to, na co mam w danej chwili ochotę, ale są tacy autorzy, po których chciałabym wreszcie sięgnąć, jak Eric Emmanuel Schmitt, Arthur Conan Doyle czy chociażby Remigiusz Mróz, Katarzyna Bonda. 


- coś szczególnego

Od dawna się zbieram, by sięgnąć bo Donnę Tratt. Może nie koniecznie po "Szczygła", bo chyba bardziej przemawia do mnie fabuła "Tajemnej historii", ale z pewnością w tym roku chciałabym przeczytać książkę autora, który został za swój dorobek nagrodzony prestiżową nagrodą literacką.


A Ty? Jakie masz postanowienia książkowe na ten rok? Postawiłaś sobie jakieś wyzwanie? Jakie książki zawsze chciałaś przeczytać? A może masz ochotę dołączyć do mnie?

 

Wielkimi krokami zbliża się dzień drugich urodzin mojego małego, kochanego urwiska. Najwyższa pora pomyśleć o prezentach.  Doszłam do wniosku, że i Wam może się przydać lista pełna inspiracji. Rozbudowałam więc ją o rzeczy, które już mamy, a za którymi Maja szaleje. I tak powstała lista 15 pomysłów na prezent urodzinowy dla 2 - latka! W ubiegłym roku moje propozycje na niebanalny prezent przypadły Wam mocno do gustu. Mam zatem nadzieję, że i w tym roku nie zawiodę.

Jestem jednak przekonana, że taką listę ma w głowie każda mama. W końcu każda mama wie najlepiej, co najbardziej na świecie lubi jej dziecko. Wie też, czym można je zainteresować i jak sprawić mu przyjemność. Zwykle prezenty dla maluszków konsultuję z ich mamami. Rynek zalewa wręcz fala niepotrzebnych zabawek. W większości to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A ja lubię sprawiać innym przyjemność. Zwłaszcza takim malutkim człowieczkom.

Prezenty skategoryzowałam  na te, do wykorzystania na świeżym powietrzu, zachęcające do zabawy w odgrywanie ról oraz kreatywne  - ćwiczące pamięć i rozwijające wyobraźnię. Oczywiście nie zapomniałam o książkach. Dla mnie stanowią one jednak odrębną kategorię, dlatego o książeczkach dla najmłodszych będzie osobny post.


ZABAWA NA POWIETRZU

 

1. ROWEREK będzie wręcz idealnym prezentem dla dziecka. Oczywiście od stopnia jego rozwoju zależy wybór pomiędzy rowerkiem biegowym, a trójkołowym, ale jaki by on nie był, to zdecydowanie jest prezent numer jeden. Czemu? Po wiersze, zabawa na powietrzu to samo zdrowie. Po drugie, wymaga Twojej obecności. Po trzecie, skłania do ćwiczenia koordynacji. No i wreszcie może służyć za środek transportu. Dwulatki do wózka już nie chcą wchodzić. Na nóżkach za długo chodzić sił nie mają, a np. taki rowerek trójkołowy może posłużyć nam na dłuższe spacery.

2. HUŚTAWKA - u nas to absolutny must have. Maja nie chce z niej schodzić. Codziennie chodzimy na plac zabaw i okupujemy właśnie huśtawki. Jeśli macie ogród zainwestujcie w takie cudo. Nie kosztuje wiele, jest drewniana, trwała, bezpieczna i przywodzi na myśl wspomnienie o dzieciństwie. Też mieliście taką? Ja tak! Na szczęście nasza już czeka u babci, bo z zeszłorocznej wyrośliśmy.

3.  PIASKOWNICA - my już swoją mamy! Kup koniecznie zamykaną. Piasek dłużej zachowa czystość. Nie będzie w nim żadnych brudów czy liści. I nie nasika żaden kot. Chyba tego byś nie chciała. Wierz mi. Takich muszelek na allegro znajdziecie od groma. Większość ma naprawdę rozsądne ceny.

4. ZJEŻDŻALNIA - to już droższa impreza. Marzyła nam się super zjeżdżalnia u babci na podwórku, ale gdy zobaczyliśmy ich ceny kompletnie nas wmurowało i odłożyliśmy zakup na przyszły rok, gdy Maja będzie większa. Kupimy wówczas większą, o ile rodzinka wyrazi chęć zrzutki zamiast kupowania kilku prezentów. 

5. FOTELIK NA ROWER - nie ma piękniejszego i bardziej sielankowego widoku niż rodzinna wycieczka rowerowa. Zakup ten jednak musi być przemyślany. Poprzedzony małym researchem. Nie tylko ze względu na wysokie koszta, ale i daleko idące konsekwencje. Nie zapominaj o kasku do zestawu.


ODGRYWANIE RÓL

 

6. KUCHNIA - to jest hit dziecięcych zabawek. Drogi jak jasny pierun. Oczywiście mówię o tych porządnych, drewnianych, bo można kupić i plastikową. Warunek konieczny to miejsce w domu. U nas go nie ma, więc niestety Majuch musi obejść się smakiem i korzystać, gdy rodzice jadą na zakupy do Ikei. Dzieci przyciąga jak magnes. Dlaczego? Bo każde dziecko, chce robić to, co my. A my prócz zajmowania się dzieckiem, najwięcej czasu poświęcamy na przygotowywanie posiłków. Jeśli nie stać Cię na zakup kuchni, kup tak, jak my...

7. ZESTAW DO HERBATKI/ZESTAW GARNKÓW i do tego zestaw sztucznych produktów czyli KOSZYCZKI Z OWOCAMI, WARZYWAMI, MUFFINKAMI - interesuje nie tylko dziewczynki, ale i chłopców. Maja dostała również od prababci mały, plastikowy CZAJNIK, który ku naszemu zdziwieniu, robi absolutną furorę. Kawkę dostajemy kilka razy dziennie. Maja biega z nim po całym domu.

8. ZESTAW DO SPRZĄTANIA - kolejna pozycja na liście must have. Maja kocha sprzątać. Wciąż zamiata albo ściera kurze. Ten zestaw po prostu musimy mieć. Miotła ma tylko jedną właścicielkę :)

9. BOBAS - Dziecko do prawidłowego rozwoju potrzebuje lali - bobasa. By uczyć się empatii, opieki, obowiązków. Lala, którą można przebierać, karmić, zabrać na spacer jest fantastycznym prezentem. Potem możesz dokupować ubranka, wózek, łóżeczko itp.

ZABAWY KREATYWNE

 

10. LEGO DUPLO - Bawiliśmy się nimi my, bawią się nimi nasze dzieci i bawić się pewnie będą ich dzieci. Ta firma wie, co produkować. Wybór jest przeogromny. Na szczęście rozstrzał cenowy też pozwala na odnalezienie własnej półki cenowej. Są tacy, co kupują klocki po kilkaset złotych, ale ucelujesz też mały zestaw w okolicach 30 zł i wierz mi, że oba tak samo ucieszą twoje dziecko. Dwulatek nie patrzy na cenę! Dwulatek nie patrzy na wielkość! Dwulatek nie patrzy na ilość prezentów! Dwulatek nie chwali się kolegom i nie porównuje, kto ma więcej! To czysta radość z ucelowanego prezentu, albo lekceważenie nietrafionego.

11. PUZZLE - Ostatnio nie możemy się bez nich obejść. Oczywiście wybieramy te największe z jak najmniejszą ilością elementów. Upatrzyłam więc dla MAI te piękne księżniczki z CZU CZU, bo CZU CZU wie, co robi. W końcu ich produkty są "testowane na dzieciach". 


12. DOMINO - czyli pierwsza gra logiczna. 2 latka to idealny moment na ich wprowadzenie. Wybierz te ze zwierzątkami. W tym wieku dziecko mimo wszystko jeszcze bardziej interesuje się kotkami i pieskami, niż przedmiotami.


13. MOJE PIERWSZE MEMO - może nie od razu dziecko załapie, ale ... pamiętam jak mój brat ogrywał nas wszystkich. A miał wówczas może troszkę ponad 2 latka! Wspaniała zabawa i ćwiczenie pamięci. Nie tylko dla dziecka!


14. CIASTOLINA - no my już mamy przesyt, bo mamy dwa zestawy i one nam w zupełności wystarczają. Jednak jest to świetny prezent zarówno dla tych mniejszych, jak i nieco większych dzieci, w zależności jaki wybierzecie zestaw. Kiedyś była plastelina dziś jest ciastolina. Zawsze jednak jest zabawa!


15. KSIĄŻKI, KSIĄŻKI, KSIĄŻKI - jestem zdeklarowaną zwolenniczką kupowania dziecku książeczek, ale tych na liście mam tak wiele, że postanowiłam zrobić o nich osobny wpis.

Mam nadzieję, że moje propozycje przypadły Ci do gustu. Jeśli coś byś dodała, daj znać w komentarzu. Jedno jest dla mnie pewne, prezent powinien być dobierany pod każde dziecko indywidualnie. Nie zapominaj o jak najlepszej jakości. Konsultuj swoje pomysły z mamą - zwłaszcza jak wpadniesz na wspaniały pomysł, by kupić dziecku coś grającego. A na urodziny ciuchy sobie daruj. Z innej okazji owszem. Ale to są urodziny! Przecież Ty też nie lubisz skarpetek w prezencie, prawda?
 
 
 
Zawsze powtarzam, że najprostsze przepisy są najlepsze. A nie ma nic prostszego niż koktajl. Bomba witaminowa, orzeźwienie i zdrowa dawka kalorii. Idealne na drugie śniadanie. Wystarczy tylko skomponować składniki. Im mniej, tym zdrowiej. Wrzucasz do koktajlera i gotowe. Zawsze można wstawić do lodówki i wypić później np. przygotowując dla gości.


Pora roku jeszcze nie ta, by móc używać do woli świeżych owoców, ale to nie oznacza, że ich nie ma. Są. Mrożonki. I właśnie z nich korzystam. Oczywiście latem ten koktajl będzie smakował o niebo lepiej, zwłaszcza, gdy jagody uzbierasz własnoręcznie. Ale jak to mawiają, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Korzystajmy więc do woli. Do lata niedaleko!

Składniki:
szklanka jagód
mleko kokosowe
sok z limonki
kefir/jogurt naturalny
1 łyżka miodu lub pół banana
 
 
Lubicie smak kokosa? Ja tak, dlatego zużyłam całą puszkę mleczka, jednak jeśli nie przepadacie możecie je pominąć zupełnie lub wykorzystać połowę, a resztę zastąpić kefirem/jogurtem/mlekiem. To samo tyczy się jagód. Widzisz więc, że proporcje możesz dostosować do własnych preferencji. Całość dosłodziłam łyżką miodu. Ale zamiast miodu możecie dodać po prostu banana. I tak będzie pycha!
 
No i powiedz, że byś się tego nie napiła?  




Lubisz koktajle? Zajrzyj do pozostałych przepisów dla spragnionych: