Dzisiejszy wpis jest pierwszym, dającym początek mojej nowej akcji książkowej. "CZYTAJ Z NAMI" to kampania blogerek tworzących Klub Książki "PRZECZYTAJ i PODAJ DALEJ", promująca czytelnictwo. Chcemy Cię nie tylko zachęcić do czytania, ale również do dyskusji na temat książek. Chcemy Cię zainspirować, pomóc poszerzyć horyzonty i zarazić miłością do książek. Pragniemy Ci udowodnić, że czytać może każdy, dokładnie to, na co ma ochotę.

Przez najbliższe kilka tygodni co sobotę, na różnych blogach będą pojawiały się wpisy z trzema minirecenzjami trzech różnych blogerek, z propozycjami książek wybranych specjalnie dla Was. Co tydzień inny motyw przewodni. Co tydzień inne książki. Co tydzień inny blog. Jak je znajdziesz? To proste: dołącz do naszego KLUBU KSIĄŻKI lub odwiedź mój facebook'owy fanpage.

Dziś tematem przewodnim jest IDEALNA KSIĄŻKA NA LATO. A opowiedzą o nich 3 wspaniałe dziewczyny: Socjopatka, Do kawy Blog i Skrytka Magdaleny. Ciekawa? To zapraszam do lektury.
 

  SOCJOPATKA poleca:

ks. Jan Kaczkowski w wywiadzie dziennikarza Piotra Żyłki

"Życie na pełnej petardzie – czyli wiara, polędwica i miłość"


Lektura na lato zazwyczaj kojarzy się z książką lekką, przyjemną – taką, która wprowadzi w dobry nastrój. Traktujemy wakacje jako chwilę relaksu, dlatego od książek również nie wymagamy zbyt wiele. Niech po prostu towarzyszą nam w błogim lenistwie. A może jednak wakacje to dobry moment, aby zastanowić się nad swoim życiem? Nad jego ulotnością i nad tym, czy na pewno podążamy odpowiednią ścieżką? Ja myślę, że idealny. W codziennym zgiełku często brakuje nam czasu na to, aby zatrzymać się i pomyśleć. Dlatego wakacje są ku temu idealną okazją.

Wybrałam dla Was książkę, która jest wywiadem ze śp. księdzem Janem Kaczkowskim. Znajdziemy w niej opisy, poczynając od domu rodzinnego, przez edukację, aż po powołanie księdza do duszpasterstwa. Ksiądz opowiada nam o seminarium, kapłaństwie, hospicjach, w których pracował i swojej chorobie.

Znajdziemy w niej także odpowiedzi na pytania, które każdy wierzący i niewierzący chociaż raz, na pewno sobie zadał: jaka spowiedź ma sens, czy są niewierzący księża i czy cuda naprawdę się zdarzają. Muszę Wam od razu powiedzieć, że ks. Jan Kaczkowski jest bardzo nietypowym księdzem. Nie zgadza się ze wszystkim, co Kościół próbuje przeperswadować, jest kawalarzem i ma zabójcze poczucie humoru – a przede wszystkim ogromny dystans do siebie i do swojej choroby.

Przy książce tej nie trudno o niekontrolowany wybuch śmiechu, jak i o niekontrolowane łzy. Czyta się ją jednym tchem i niezależnie, czy jesteś wierzący, czy nie, polubisz tego księdza jako człowieka. Ksiądz Jan jest pełny prawdy, autentyczności i przede wszystkim szczery do bólu. Nie jest to książka, o której zapomina się następnego dnia. Jest w niej wiele ukrytych metafor dotyczących sensu życia, które kołatają się w głowie i nie chcą dać o sobie zapomnieć.

Gdybyście dowiedzieli się o własnej śmierci, że w niedalekiej przyszłości już Was nie będzie, co byście poczuli? Ksiądz Jan ma w sobie tyle siły, odwagi i dystansu, że mówi o swojej nadchodzącej śmierci, jak o czymś naturalnym i normalnym. Trudno czyta się tę książkę, wiedząc, że niestety ksiądz już nie żyje, szczególnie gdy czytamy o jego planach i marzeniach na najbliższą przyszłość. Jak widać, można marzyć do samego końca – mimo tego, że wiemy, iż jutro może być nasz ostatni dzień.

Polecam tę książkę, każdemu, kto czuje, że traci sens swojego życia, ale także i temu, kto nad sensem swojego istnienia chce się na chwilę pochylić. 
http://www.socjopatka.pl/




DO KAWY BLOG poleca:

Joanna Glogaza „Slowlife. Zwolnij i zacznij żyć“


„W codziennym zabieganiu tracimy umiejętność długofalowego myślenia. Wydaje nam się, że wszystko, co niekorzystne, robimy tylko tymczasowo, ale kiedyś zaczniemy żyć naprawdę. Nie dostrzegamy, że to właśnie ten, a najzwyklejsze wtorki i czwartki w końcu składają się na sposób, w jaki przeżywamy swoje życie.“

Większość z nas jest niewolnikami „od jutra“. Od jutra zaczniemy się zdrowo odżywać, od jutra zadbamy o swoje pasje, od jutra zaplanujemy wakacje marzeń. Od najbardziej trywialnych obietnic, po najważniejsze kwestie życiowe, jesteśmy zagubieni w wielkim świecie, rozpraszających nas nieistotnych, jak się później okazuje kwestiach. Przychodzą chwile, kiedy czujemy, że to właśnie ten moment, w którym chcemy coś zmienić. Najczęściej nasze plany spalają na panewce, ponieważ nie wiemy jak się do tego zabrać. Zdarza się również, że nie potrafimy odnaleźć prawdziwej motywacji i siły by nie dać się zwieźć pokusom.

Dla wszystkich, którzy mają potrzebę zmian, bądź ugruntowania postanowień, a przede wszystkim dla wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć czym jest w praktyce głośny ostatnio styl „slowlife“ polecam książkę Joasi Glogazy „Slowlife. Zwolnij i zacznij żyć“. Autorka wspaniałego bloga Styledigger, pojawia się z drugą książką. Tym razem uporządkuje nasze głowy, w końcu szafami i stylem już się zajęła.

Książka nie jest poradnikiem jak w kilku krokach osiągnąć wielki sukces. To przepięknie i bardzo przystępnie napisane przemyślenia, na bazie osobistych doświadczeń autorki, która należy do polskich prekursorek owego kierunku w życiu, a także w naszych szafach. Wchodząc w posiadanie „Slow life” dostaniecie 270 stron szczerych i rozsądnych spostrzeżeń, dzięki którym łatwiej będzie Wam zrozumieć, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Co najwspanialsze, wszystko to przyjdzie do Was samo, „myśli same się myślą” podczas lektury. Okraszona uroczymi zdjęciami treść, sprawi, że w letnie wieczory, przy kubku herbaty bądź lampce wina (zależnie od potrzeb chwili), będziecie mogli ukołysać swoje zmysły i uczesać myśli nieuczesane.

Dla opornych i uczulonych na wersje poradnikowe, które oferują przepis na życie, chciałabym dodać, że nic takiego Wam nie grozi. Poczujecie się, jakbyście rozmawiali o sobie z najlepszą koleżanką. Joanna zadbała również o myśli na poczekaniu. Są w niej check listy, motywatory i plannery, co najważniejsze – nie zdominowały treści, jak zdarza się często w tego typu książkach. Serdecznie polecam „Slow life” wierząc, że tak jak w moim przypadku, będzie to wisienka na torcie Waszych śpiących postanowień do zmian, pozytywnych zmian.

http://dokawyblog.pl/

 

 

  SKRYTKA NA KULTURĘ poleca:

Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory"

 
Tak jak jesienią ciągnie mnie najbardziej do mrocznych, ponurych kryminałów i horrorów, zimą do klasyki, a wiosną do wzruszających romansów, tak latem największą ochotę mam na rzeczy lekkie, proste i przyjemne. Najlepiej się tu sprawdza wciągająca literatura przygodowa albo obyczajowa. Ale że jestem straszną czytelniczą marudą - to nie może być byle co! Idealna książka na lato powinna być czymś ekstra, wyjątkowym. Musi się ją czytać łatwo, lekko i szybko, musi pasować do wygrzewania się na plaży czy pikniku w parku. Z drugiej strony nie może być lekturą źle napisaną, nudną czy banalną. Ma trzymać poziom!

Te wszystkie cechy mieści w sobie przepiękna i mądra powieść Fannie Flagg „Smażone zielone pomidory”. To historia kilku wspaniałych kobiet, którym przyszło żyć w trudnych czasach, kiedy nietolerancja i rasizm panowały w najlepsze, a przemoc, zwłaszcza ta domowa, nie była niczym wyjątkowym. To opowieść o tym, co w życiu najważniejsze, ale napisana tak, że tchnie w czytelnika optymizm, radość życia i przyjemne ciepełko.

Jeszcze jedna rzecz w "Smażonych zielonych pomidorach” idealnie pasuje mi do wakacyjnego klimatu - miejsce akcji. Skąpane w słońcu amerykańskie południe, leniwe popołudnia, smakowite potrawy podawane w kawiarni Whistle Stop, zapach kawy i kwiatów. Dla mnie ta spokojna, trochę senna atmosfera jest prawdziwą kwintesencją lata.

„Smażone zielone pomidory” to wzruszająca, ciepła opowieść o sile przyjaźni, o mocy, jaką - my kobiety - mamy w sobie. To historia, która wzrusza, bawi, oburza, porusza. Przykład literatury kobiecej, która trzyma wysoki poziom - zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym. To idealna lektura na wakacje, która zapewni Wam wspaniałą rozrywkę, odpowiednią porcję emocji i będzie doskonale pasowała do wygodnego leżaka i wielkiej michy czereśni/truskawek/wiśni.

PS. Na pewno kojarzycie piękny film, który powstał na podstawie prozy Fannie Flagg (a jeśli nie kojarzycie - to koniecznie musicie obejrzeć!) - książka jest tak dobra jak film, a nawet lepsza!
https://skrytkamagdaleny.com/


I jak? Wybrałaś już powieść dla siebie? Mam nadzieję, że tak! Jeśli podoba Ci się nasza akcja, udostępnij proszę ten post i koniecznie zajrzyj w przyszłą sobotę na mój fanpage na facebooku - znajdziesz tam link do kolejnej blogerki, która zaprosi do siebie 3 kolejne osoby, by wybrały dla Ciebie najlepsze ich zdaniem książki w temacie...  A, że zdradzę Ci temat? Nic z tego! :) Do zobaczenia! 

ps. oczywiście drzwi naszego klubu pozostają otwarte. Dołącz i Ty!



Odkąd na świecie pojawiła się Maja, często spotykam się z negatywnym nastawieniem do mam. I to w sprawach, które bądźmy szczerzy, są po prostu śmieszne. Jest nienawiść mam do innych mam, że postępują inaczej. Jest brak zrozumienia ze strony niedzieciatych znajomych. Jest negatywne nastawienie do mam, które mają "zbyt" dużo dzieci (cokolwiek to zbyt dla kogo znaczy). Są krzywe spojrzenia, a niekiedy przykre komentarze starszego społeczeństwa na temat wychowywania czy ubierania dzieci. W końcu są też bardzo chamskie zachowania ludzi na urlopach. 

O ile rodzice zachowują się naprawdę lekceważąco wobec innych, dzieci traktując jak święte krowy bez rozumie, jestem w stanie to zrozumieć. Choć nie do końca, o uwagę zawsze można zwrócić w kulturalny sposób. Odnoszę wrażenie, że ludzie często zapominają, że po pierwsze sami dziećmi byli, a po drugie sami dzieci też posiadali. Jak już pewnie zauważyłaś mój tekst dotyczy głównie starszych osób, którym z wiekiem w żyłach prócz krwi często płynie również jad, brak tolerancji i egoizm. Absolutnie nie każda babcia i dziadek tacy są. Ale często starsi ludzie robią się z wiekiem zgorzkniali i bardzo nieprzyjemni. Czasem wręcz chamscy.

Zawsze dbam o to, by moje dziecko nikomu nadmiernie nie zawadzało. Uczę ją grzecznego zachowania. W sklepie nie ściąga towarów, nie rozrzuca. Co najwyżej ogląda i odstawia grzecznie na półkę. Oczywiście zdarza się, że nie wceluje, ale zaraz podnosi i ostrożnie powtarza czynność. To nie robi niczego specjalnie, ani złośliwie. Musi nauczyć się pewnych norm społecznych. Nie mogę wszystkiego jej zakazywać. Tym bardziej, że widzę, że jest grzeczna i nie robi niczego złego. To samo na wyjeździe. W samolocie absolutnie nie puszczałam Mai żadnych głośnych bajek, żadnej siekanki na cały regulator, żeby ją zabawić, jak to w zwyczaju ma większość rodziców. Pozwalam jej na jej naturalny ciekawy sposób bycia. Jak zaczepia, to bardzo słodko i grzecznie - uśmiechem, czasem zagada. Widzę, że ktoś nie lubi dzieci, nie chce z nią porozmawiać, odwracam jej uwagę. Nie zaczepia nikogo, kto zajęty by był spaniem, czytaniem, oglądaniem filmu. Tylko tych, którzy sami na nią patrzą.

Czasem jednak na naszej ścieżce stanie taki cham, (wybacz, ale innego słowa użyć nie mogę - krew mi wzbiera na samo wspomnienie), który nie dość, że podnosi na mnie głos, nie dość, że jest niekulturalny. to jeszcze pójdzie na skargę do właściciela pensjonatu i gada głupoty, że moje dziecko hałasuje, biega jak szalone po kuchni i trzaska drzwiami. Cóż no bardzo mi przykro. Tak moje dziecko wstaje o 5:30. Nie, nie knebluję jej, żebyś Ty mógł się wyspać. Grzecznie siedzi w pokoju, bawi się, rozmawia z nami. Nie krzyczy, nie wrzeszczy, nie płacze, nie histeryzuje. Śmieje się. Owszem zdarzy jej się trzasnąć szafką - może dlatego, że szafka stara, piszczy i trzeszczy i nawet mnie kosztuje sporo zabiegów i wysiłku, by nią nie trzasnąć. Owszem czasem wybiegnie za mną do kuchni, bo śniadanie jemy o 7! Grzecznie ją odprowadzam i zostawiam z tatą. Nie będę czekała z jedzeniem do Pana pobudki, która ma miejsce 5 godzin później, jak my wstaliśmy. I ja, i moje dziecko jesteśmy głodni.

Maja to bardzo pogodne i radosne dziecko. Śmieje się, bawi, tańczy i śpiewa. Gdy jest za głośno zwracam jej delikatnie uwagę, że ludzie jeszcze śpią. Ale nie będę jej przywiązywać do krzesełka, żeby nie było słychać, że się porusza po mieszkaniu. Ludzie! Nie bawi się tam piłką, nie tupie specjalnie, nie skacze. Po prostu chodzi po pokoju. Chcecie ciszy? Wynajmujcie domek letniskowy, apartament albo jakiekolwiek inne miejsce, gdzie nie ma wspólnych kuchni i cienkich, zwykłych, domowych ścian. Jedźcie do senatorium lub wykupcie wczasy w hotelu, gdzie poniżej 18 lat wstęp wzbroniony. Takie też są! Naprawdę. Sama w takim spędzałam wakacje! Dzieci są dziećmi. Muszą się bawić. Zwłaszcza na wakacjach.

Zawsze szanowałam ludzi dookoła. Zawsze zwracałam uwagę, by nie włączać za głośno telewizora, nie puszczać głośno muzyki. Ale na miłość boską nie będę przepraszać za to, że mam dziecko!

Co z Wami? Wasze były cicho? Nie odzywały się? Wy nie biegaliście będąc małymi? Nie pozwalam mojemu dziecku na nic, co byłoby niewłaściwe, niegrzeczne lub nachalne. Trochę szacunku do rodzin z dziećmi. A jeśli coś Ci przeszkadza, zwróć uwagę kulturalnie, a nie wyskakujesz na kogoś z wrzaskiem, do tego kłamiesz na mój temat!

Podając Ci jeszcze jeden powód dla którego twierdzę, że ludzie za szybko zapominają, co sami w domu mieli: wiesz, czemu przed moim blogiem nie mam gdzie bawić się z dzieckiem? Nie ma placu zabaw? czystych drabinek? Porządnej piaskownicy? Zjeżdżalni w której są wszystkie schodki? Ani nawet huśtawki? Bo dziadkowie z mojego blogu orzekli, że będzie ZA GŁOŚNO! Rozumiesz? Za głośno! Dzieci piszczą, śmieją się, krzyczą podekscytowane, a to im przeszkadza! To może pora na dom starości? Bo wydaje mi się, że nie ma nic piękniejszego jak piski rozchachanych mordeczek, które się bawią na świeżym powietrzu. I nie mówię tego, jako mama. Kochałam te dźwięki będąc niewyspaną, skacowaną po imprezie studentką, którą budziły odgłosy dochodzące zimą z górki i placu zabaw. Dzieci i ich śmiech to największa radość życia. Pod jego koniec tym bardziej powinno się ją doceniać zamiast obrazić i tłamsić.



 
Nie pamiętam zbyt wiele z mojego dzieciństwa. Pamiętam jednak, że mama co wieczór siadała przy moim łóżku i czytała mi "Opowieści biblijne". Uwielbiałam je i znałam wszystkie tomy na pamięć. Gdy tylko próbowała mnie przechytrzyć skracając wieczorne czytanie do poduszki, od razu wiedziałam, że coś pomija. Nie dawałam się nabrać. Nie, nie. Lektura musiała być przeczytana od deski do deski. Książki te nadal mam w domu u rodziców, a każde spojrzenie na nie wywołuje na mej twarzy szeroki uśmiech.

Pamięcią sięgam dopiero lat szkolnych, gdy zaczęło się czytanie lektur i tuptanie do szkolnej biblioteki. Z pewnością w pamięć zapadły mi takie pozycje, jak "Dzieci z Bullerbyn" czy "Ferdynand Wspaniały". Jednak książką mojego dzieciństwa zdecydowanie była "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery. Uwielbia ją chyba każda dziewczynka. Mnie totalnie zaczarowała. Czułam się, jak gdyby Ania była moją najlepszą przyjaciółką, Przyjaciółką od serca. Bratnią duszą. Rozumiałam ją pod każdym względem i w każdej sytuacji. No dobra. W jednej kwestii się nie zgadzałyśmy - nie rozumiałam, czemu tak wiele czasu zajęło jej zrozumienie, że kocha Gilbera. Przeżywałam z nią wszystkie jej problemy. Cieszyłam ze wszystkich sukcesów. Marzyłam, by tak jak ona odnaleźć swoją Dianę i zawsze przezwyciężać trudy życia przy wsparciu takiej przyjaciółki.

Kto nie lubi tego przemądrzałego i wyszczekanego rudego piegusa? Inteligentna, dumna, obrażalska i fochliwa, odważna, z wybujałą wyobraźnią, ogromnym sercem oraz wyidealizowanym pojmowaniem świata, kompletnie mnie w sobie rozkochała. Ania Shirley, sierota zaadoptowana przez rodzeństwo Marylę i Mateusza Cuthbertów i zamieszkująca urokliwe Zielone Wzgórze. To była pierwsza książka, od której nie można mnie było odciągnąć. Pierwsza książka przy której płakałam. Pierwsza książka, na którą byłam zła, że się skończyła, bo chciałam spędzać więcej czasu w towarzystwie Ani. Wreszcie pierwsza książka, dzięki której samowolnie sięgnęłam po kolejne tomy. Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że chciałam. Pierwsza, absolutnie fantastyczna, najwspanialsza książka mojego dzieciństwa. Powieść ciepła, prawdziwa, mądra. Traktująca o tym, co w życiu najważniejsze. O tym, by być sobą. O tym, by nie bać się marzyć. O tym, by być wdzięcznym za to, co przynosi nam los. I by zawsze sięgać po jeszcze więcej.

Tak, Ania była, jest i będzie moją bratnią duszą. Zawsze z głową w chmurach. Zawsze radosna i z zadartym nosem. Myślę, że to właśnie ona mnie ukształtowała jako dziewczynkę i kobietę. Czasem sama nie wiem, czy to ja jestem tak podobna do Ani, czy to od Ani tak wiele przejęłam. "Ania z Zielonego Wzgórza" zawsze budzi ciepłe wspomnienia i skojarzenia. Sprawia, że na sercu robi się ciepło.

Jestem bardzo ciekawa czy też masz taką książkę? Książkę, od której zaczęła się Twoja przygoda z czytaniem. Książkę, która tak mocno wryła się w Twoje serce i pamięć, że stała się częścią Ciebie? Sięgasz po nią po latach? Masz ją w swojej domowej biblioteczce? Podsuniesz do przeczytania własnym dzieciom?
Wpis powstał dzięki Marcie z RUDYM SPOJRZENIEM, która mnie zainspirowała zapraszając na występy gościnne. Jeśli lubisz czytać koniecznie do niej zajrzyj. 

A jeśli lubisz dyskutować o książkach, wymieniać się spostrzeżeniami i po prostu o książkach rozmawiać zapraszam do KLUBU KSIĄŻKI.


 
Zawsze twierdziłam, że do wakacji z dzieckiem należy się nie tylko porządnie przygotować, ale być przygotowanym na każdą ewentualność. Postawą pakowania walizki jest dla mnie zawsze apteczka Majucha. Jak każda mama mam szereg sprawdzonych leków, które wiem, że dobrze na Maję wpływają, pomagają, a przede wszystkim nie szkodzą jej. Leki plus książeczka zdrowia to nasz pewnik. Jednak do napisania tego artykułu poprosiłam ekspertkę - Justynę, która jest nie tylko kochającą i troskliwą mamą uroczej, zawsze uśmiechniętej Chichotki, ale również czynnie pracującą farmaceutką. A kto Wam lepiej doradzi niż zawodowiec?  No kto? Zapraszam do czytania. 

 


Na wakacje z dzieckiem przygotowuje się dwojako. Jako mama, ale również jako farmaceutka. Na zaproszenie Madzi goszczę na Jej blogu, by nieco podpowiedzieć Wam co warto zabrać ze sobą w apteczce na taki wyjazd. Doskonale zdajecie sobie sprawę, ile rzeczy trzeba zabrać ze sobą mając w domu malutkiego Szkraba. Już sama wizyta u znajomych z przewidzianym noclegiem staje się mega wyzwaniem. Z lekami często jest podobnie. Chcemy być przygotowani na wszystko, dlatego wkładamy do torby dużo specyfików – niekoniecznie potrzebnych.

Dzięki prośbie Madzi mam dla Was listę musthave, którą zabieram ze sobą podczas podróży: 
  • lek z komponentą przeciwbólową, przeciwzapalną i przeciwgorączkową – zawiesina Nurofen Forte bądź ibuprofen w tabletkach np. Ibuprom (to rozwiązanie skierowane dla dzieci powyżej 6 roku życia); 
  • plaster z opatrunkiem (1 metr). Praktyczny, ponieważ można dostosować szerokość według potrzeb. A także plaster wodoodporny oraz kompresy jałowe 5x5 cm; 
  • wydajny preparat do dezynfekcji – woda utleniona, asept, ewentualnie octenisept, jednak ten jest dość drogi. Co prawda u nas w domu jest jeszcze od urodzenia Chichotki, kiedy to służył do gojenia się pępuszka. Być może jest także w Waszych domach, więc warto go wykorzystać; 
  • lek przeciwalergiczny – Calcium w zawiesinie bądź w tabletkach musujących. Nawet, jeśli wydaje Wam się, że Wasze dziecko nie jest uczulone to warto mieć taki lek przy sobie. Na wakacjach łatwo o zjedzenie produktów, których nie je się na co dzień. To także czas ukąszeń, po których mogą wystąpić odczyny alergiczne; 
  • preparat chroniący przed komarami, kleszczami, itp. Osobiście polecam Muggę – stosowana jest w klimatach tropikalnych; 
  • lek przeciwbiegunkowy – najlepiej Nifuroksazyd w zawiesinie. Ten lek jest jednak na receptę; 
  • probiotyk np. Dicoflor w kropelkach; 
  • elektrolity – np. Orsalit; 
  • coś na kaszel – np. syrop Fosidal; 
  • woda morska;
  • w okresie ząbkowania - coś na złagodzenie bólu np. Camilia
Oto moja apteczka. Pamiętajcie jednak, że pewnych leków nie możecie zabrać ze sobą ze względu na określony środek transportu. W podróży lotniczej z lekami płynnymi będzie kłopot. Rozwiązaniem tej sytuacji jest przed podróżą zapisanie międzynarodowych nazw substancji czynnych występujących w określonych lekach. Nie w każdym kraju leki będą posiadać takie same nazwy jak w Polsce. Zapisując nazwy substancji jesteście w stanie bez problemu (przebywając zagranicą) otrzymać leki, które są odpowiednikami tych, które możecie zakupić w Polsce. Ich działanie jest takie samo. Po wylądowaniu w zagranicznym kurorcie udajcie się do apteki i zakupcie niezbędne specyfiki.

Nie musicie rezygnować z podróży lotniczej ze względu na leki. :-) Życzę Wam udanych i przede wszystkim zdrowych wakacji! Jeszcze raz dziękuję Madzi za możliwość goszczenia na Jej blogu! 

 
http://chichotka.pl/blog/


Ciekawa jestem, co Wy ze sobą zabieracie? Może coś do tej listy chciałybyście dodać? A może chcecie o coś dopytać? Dowiedzieć się? Poradzić? Mam nadzieję, że ciepło ją przyjmiecie i miło powitacie.

Zapraszam również do przeczytania poprzednich artykułów z serii:
Podróże z dzieckiem #3 - Jak się przygotować
Podróże z dzieckiem #2 - Pierwsze wakacje Mai
Podróże z dzieckiem #1 - Wyrób dziecku paszport 


Czasami odnoszę wrażenie, że mam pod dachem szarlatana. Rozumiem "bunt dwulatka", ale w moje dziecko chyba coś wstąpiło. Kojarzysz z pewnością takie sceny z różnego rodzaju filmów familijnych, jak dziecko zachowuje się po zjedzeniu całej tabliczki czekolady? Biega jak poparzone, wykrzykując wniebogłosy i machając przy tym rękoma. No tak mniej więcej wygląda ostatnio Maja. 

Emocje sięgają zenitu. I te negatywne, i te pozytywne. Albo nieustająco się śmieje, albo jęczy, marudzi i wyje. Nie jestem w stanie tego ogarnąć. Przy tym wszystkim jest coraz odważniejsza, biegnie coraz dalej, absolutnie nawet się nie oglądając na to, czy ja nadal jestem. To ile razy zbiła w ostatnim czasie kolano i zdarła łokcie nawet nie zliczę. Spektakularne gleby zdarzają nam się codziennie. Szaleństwo do upadłego. 

Do tego gadulstwo. Tak, mili Państwo moje dziecię weszło w fazę MAMA, A CO TO? A TO? Póki co częstotliwość pytań nie męczy, ale informuje, że oto wchodzimy na wyższy lewel. Maja nieprawdopodobnie dużo mówi. Nie chodzi mi tylko o fakt, że jest całodobowa. Chodzi mi o zasób słownictwa, powiedzonka i zapamiętane frazy. Jej teksty nas powalają, śmiechu jest co niemiara, czym często się z Wami dzielę na facebooku. Coraz częściej recytuje wierszyki, śpiewa piosenki. Chce o siebie decydować, jednocześnie nie znosząc sprzeciwu.
Choć jest kochana, opiekuńcza, troskliwa, wszystkim chce się dzielić, kocha zwierzątka (kotki w szczególności), stale wyznaje nam miłość i wciąż się przytula, to daje nam ostro popalić. Nawet mój mąż anioł zaczyna powoli tracić cierpliwość. A to dopiero początek. Dobrze, że tych momentów, gdy miękną kolana, a serce oblewa się miodem jest zdecydowanie więcej. Ostatnio na scenę rodzinną wkroczył tata. Jego postać zdaje się dla Mai stawać coraz ważniejsza. Lubi go o wszystko pytać, coraz częściej też specjalne względy okazuje również jemu, nie tylko mnie. Wciąż słyszę TAK, TATO! Tato podnieś mnie do góry i odwróć mnie! Tato! A ja lubię sobie wówczas na nich popatrzeć, jak razem harcują.

Miesiąc upłynął nam na przygotowaniach do wyjazdu, spotkaniach i samym wyjeździe. Oj działo się działo. W tym roku wakacje z Mają były jak ostra jazda bez trzymanki. W zeszłym roku wyglądało to zupełnie inaczej. Był też wyjątkowy Dzień Ojca i kilka spotkań towarzyskich.

Niestety też okazało się, że mamy problem z nóżkami. Ćwiczymy stopki, nosimy buty ortopedyczne i wkładki. Musimy odwiedzić jeszcze jedną poradnię wad postawy, co nie ukrywam, bardzo mnie stresuje i martwi. Bo jak tu zmusić takiego nadaktywnego bąbla do ćwiczeń? No nie udaje się regularnie, ani tyle ile powinniśmy :( Ehhhh

W tym miesiącu Maja odwiedziła również po raz pierwszy dentystę. Byłyśmy na wizycie przystosowawczej i powiem Ci, że jestem bardzo zadowolona, bo uważam, że naprawdę warto oswajać dziecko z lekarzem, szczególnie takim z którym, nic miłego nam się nie kojarzy. Dowiedziałam się kilka mądrych rzeczy, wytknięto mi parę błędów. Walczymy teraz ze smokiem. A jednocześnie idą piątki. Łatwo nie jest. Wiem smok nie jest dobry, ale Maja przechodziła tak boleśnie ząbkowanie, że jej na to pozwoliliśmy, a potem niestety troszkę zaniedbaliśmy. Wstyd się przyznać, ale ja też popełniam błędy.
 


Przed nami sporo wyzwań. Przede wszystkim nauka koncentracji, praca nad stopkami, nauka samodzielnego ubierania, odpieluchowywanie i odstawienie od piersi, bo widzę, że sama odstawić się absolutnie nie chce, do tego zabieranie smoka. Dwa latka  - wiek ciężki, skomplikowany, niosący dużo nerwów u rodzica i stresów u dziecka, za to skoki rozwojowe przeogromne.

Co roku mamy ten sam dylemat: gdzie na wakacje z dzieckiem? Są rodzice, którzy wolą z maleństwem wybrać się gdzieś blisko. Są i tacy, dla których bez palm i oceanu nie ma urlopu. A są i tacy, którzy na kilka tygodni, a nawet miesięcy wyruszają w podróż do Azji czy Ameryki i wcale nie jadą tam sami, a z potomstwem. Wreszcie podróżować możesz rodzinne albo wielką brygadą. Warto wówczas zgrać urlopy. Bez względu na to, do której grupy rodziców się zaliczasz z pewnością musisz taki wyjazd mądrze zaplanować. A przynajmniej odpowiednio się do Niego przyszykować.

Ja o przyszłych wakacjach myślę już zimą, kiedy to w biurach podróży wchodzi katalog letni. Dlaczego? Bo uważam, że z małym dzieckiem zdecydowanie lepiej jest skorzystać z oferty first minute. Po pierwsze większy wybór hoteli. Po drugie obniżki. Po trzecie lubię taki wyjazd mieć dobrze zaplanowany. A rezerwując go odpowiednio wcześniej, mam czas by wszystko zaplanować. No i wiem, jaki budżet na ten rok muszę zaplanować. Lubię też zwyczajnie wiedzieć, gdzie jadę. Co mnie tam czeka. Co mogę tam zobaczyć, zwiedzić. Jakie są atrakcje dla dzieci. Jak zaplanować czas na wypadek, gdyby dziecko zachorowało/pogoda się zepsuła czy jakakolwiek inna "katastrofa" by się wydarzyła. Odkąd na świecie pojawiła się Maja nauczyłam się jednego:

 

PLANUJ, ALE NIGDY SIĘ NIE NASTAWIAJ!

Znasz to powiedzenie chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach? W macierzyństwie jest bardzo, ale to bardzo podobnie. Chcesz mocno trzymać się planu urlopowego? To nie bierz dziecka. Malec albo się rozchoruje na dzień wyjazdu, albo zacznie ząbkować na wyjeździe, albo zaliczy spektakularny upadek, co poskutkuje nie tylko płaczem, ale czasem wywróci Wasz plan do góry nogami. Albo po prostu będzie miał focha, albo będzie głodny, albo... i tak można bez końca. W zeszłym roku byliśmy na Lanzarote - Maja złapała gorączkę 3. dnia. Na jesień pojechaliśmy dosłownie na 5 dni nad polskie morze i co? Gorączka - 3. dnia. Naprawdę mamo nie nastawiaj się. Zaplanuj wcześniej, wykup ubezpieczenie w razie rezygnacji lub upewnij się, że możesz zmienić termin wyjazdu. Przyjmuj wszystko jak przychodzi, nie robiąc nikomu wyrzutów, nie wściekając się. Nie da się zaplanować do końca niczego z dzieckiem! Po prostu się nie da! Ale to nie oznacza, że nie masz planować, czy się odpowiednio przygotować. Tak więc przede wszystkim:

USTAL DOKĄD JECHAĆ - Polska czy zagranica?

To bardzo ważna decyzja. Nie wszystkie dzieci są stworzone do latania, nie wszystkie do długiej jazdy autem. Zawsze miej na względzie charakter i możliwości własnego dziecka. Może i synek twojej koleżanki przejechał 1800 km w aucie i  nie piuknął nawet raz, ale jeśli Twoje dziecię po pół godziny drogi zaczyna się wiercić i kończy się spazmatycznym płaczem, to po co go męczyć? Żeby się przyzwyczaił? Serio? A chciałabyś, żeby ktoś Cię zmuszał do czegoś, czego nienawidzisz, w imię zasad? Jeśli musisz jechać autem zaplanuj wyjazd w godzinach drzemki lub jedź na noc. Upewnij się, o której jest wylot, jak jest długi transfer na lotnisko. Ty możesz się umęczyć, ale dziecko nie powinno, bo umęczy Ciebie dwa razy bardziej. Wszyscy w samolocie będą chcieli Was zabić i a Ty spalisz się ze wstydu. Jedziesz pierwszy raz? To może nie planuj wakacji w Wietnamie? Daj dziecku się przyzwyczaić, przystosować. Sprawdzić, czy to lubi.

 

ZAWSZE MIEJ NA WZGLĘDZIE DOBRO TWOJEGO DZIECKA

Banał. Wiem. Dla Ciebie, ale nawet nie masz pojęcia jak wiele osób ma to w nosie. Zdecydowanie większa część rodziców wychodzi z założenia, że to dziecko ma się dostosować do naszego trybu życia, a nie my do dziecka. Jasne. Ale nie roczny czy dwuletni malec. Jest wiele sposobów na ułatwienie dziecku przystosowanie się do zmian. Bo wakacje to dla dziecka olbrzymia zmiana. Dopasowanie się do rytmu jego snu, wyjście na przeciw jego potrzebom.

 

ROZEZNAJ SIĘ W SYTUACJI

Jadąc na urlop z dzieckiem lubię wiedzieć, co mnie czeka na miejscu. Jakiej pogody mogę się spodziewać. Wierzcie mi, inaczej człowiek pakuje się na Lanzarote, a inaczej nad polskie morze. Inaczej do hotelu, a inaczej na prywatną kwaterę. Jeśli chodzi o hotel - wybieram ten przyjazny matce z dzieckiem. Sprawdzam czy jest brodzik dla dzieci przy basenie, menu dla dzieci, łóżeczko w pokoju i foteliki do karmienia w jadalni oraz place zabaw. Gdy Maja będzie starsza pewnie będę zwracała uwagę na polskiego animatora i inne atrakcje, które lubi moja córka. Sprawdzam co ciekawego jest w okolicy, może jakiś park rozrywki, zjeżdżalnie, baseny. Sprawdzam czy nie przypada na ten czas jakieś święto regionalne, fiesta, festiwal. Uwielbiam takie atrakcje. A gdy wybieram się nad polskie morze szukam kwatery, z której nie będę z dzieckiem drałowała 3 km na plażę. Chyba nie chcesz taszczyć całego majdanu tyle czasu?

 

PAMIĘTAJ, ŻE DZIECKO SZYBKO SIĘ MĘCZY

Zabierz wózek. Nawet jeśli Twoja pociecha biega po placu zabaw do utraty tchu i świetnie sobie daje radę z dalekimi marszami przyda Ci się wózek, rowerek, hulajnoga. Cokolwiek, co pomoże Wam jakoś znieść zmęczenie nóg. Na wakacjach się dużo zwiedza i spaceruje, a takie 2 latek, czy nawet 3 latek nie ma nic przeciwko małej drzemce. Maja od ponad 7 miesięcy nie siedziała w wózku, tu na wakacjach prawie nie chce z Niego wychodzić. A jeśli masz mniejsze dziecko niż ja nic tak się nie sprawdza na wakacjach jak chusta. Gdy Maja miała 4 miesiące wyruszyliśmy w pierwszą podróż nad morze. Wybraliśmy miejsce najbliżej nas, z najkrótszą drogą, a ze sobą spakowaliśmy nosidło - co to było za cudo. Dziecko spokojne, bo blisko mamy, mama ręce wolne. Mogliśmy chodzić, gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. No i patrzyliśmy ze współczuciem na rodziców targających wózki po plaży. Nawet jeśli takiej chusty nie masz w domu, możesz ją wypożyczyć. Tylko zrób to wcześniej, by dziecko zdążyło przywyknąć.

 

PAKOWANIE

A to już odrębna kwestia, więc będzie w kolejnym poście. No i nie taka prosta :)

Aaaa no i mam nadzieję, że pamiętacie o dowodzie tożsamości dla swojego malucha? 
 
Mam nadzieję, że troszkę Ci pomogłam i zwróciłam uwagę na ważniejsze aspekty. Daj mi koniecznie znać. A może sama coś dodasz? Może Twoje rady przydadzą się mnie przy kolejnym planowaniu wyjazdu.
 
 
 

 
Muszę przyznać, że ostatnio nie oglądam filmów prawie w ogóle. Totalnie pochłonęło mnie czytanie, toteż gdy tylko powiedziałam mojemu przyjacielowi, że sięgnęłam po klasykę i wreszcie zabrałam się do Wielkiego Gatsby'ego wdaliśmy się w dyskusję i tak od słowa do słowa stwierdziliśmy, że na blogu zamiast recenzji książki, tym razem pojawi się recenzja filmowa. Jesteś ciekawa? To serdecznie zapraszam.
 
 


Na wstępie zaznaczam, iż powieść F. Scotta Fitzgeralda jest literaturą najwyższej próby, która nie straciła nic ze swej aktualności, mimo iż została wydana w 1925 roku. Zmieniły się czasy, ale nie ludzkie charaktery opisywane przez autora w jego najwybitniejszym dziele, które doczekało się kolejnej ekranizacji. Wydawałoby się, że akcja mogłaby spokojnie rozgrywać się w czasach współczesnych, tymczasem twórcy zdecydowali się na wierne przeniesienie powieści na ekran. W rękach reżysera takiego jak Baz Luhrmann - dla którego ogromną rolę odgrywa forma i to ona zazwyczaj góruje nad treścią (patrz. „Moulin Rouge”) - powieść Fitzgeralda zyskała całkiem nową jakość.

Nowy Jork, początek lat 20. XX wieku. Narratorem filmu jest trzydziestoletni Nick Carraway. Co ciekawe, w jego mniemaniu „trzydziestka” to nic innego jak „zapowiedź dekady samotności, przerzedzająca się lista nieżonatych znajomych, przerzedzające się zapasy w teczce entuzjazmu, przerzedzające się włosy”. Cóż, nie brzmi to entuzjastycznie. Carraway ma tego świadomość, na dodatek niespecjalnie kryje pogardę dla wielu wysoko postawionych osób, z którymi przychodzi mu obcować. Ten ów pracowity „młodzieniec” wciągnięty zostaje w pewną intrygę, której sprawcą okazuje się być tajemniczy pan Gatsby… Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Całą historię nazwać można dość nietypowym love story, jednakże prawdy uniwersalne oraz cytaty pojawiające się w filmie (żywcem wyjęte z powieści!) na długo pozostają w pamięci, podobnie jak niekonwencjonalna - jak na tego typu produkcję - ścieżka dźwiękowa (z utworami Lany Del Rey i Fergie na czele), która dodaje filmowi niebywałego wręcz kopa. 


Historia Gatsby’ego jest potwierdzeniem tezy, iż wszystko jest możliwe, jeżeli tylko pragniemy coś osiągnąć. „Jimmy po prostu musiał zajść daleko” – powie o Gatsby’m jego ojciec. Jimmy Gatz w interpretacji DiCaprio bez wątpienia był człowiekiem ambitnym, który stopniowo wspinał się na sam szczyt. Zarówno w książce, jak i w filmie odnajdziemy przesłanki ku temu by sądzić, że nasz tytułowy bohater nie dorobił się majątku w sposób legalny. Bogactwo nie było jednak celem, lecz środkiem do osiągnięcia czegoś więcej. Czego tak naprawdę pragnął Gatsby? Nie interesowały go przyjęcia, ani rozgłos, pieniądze zaś nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. Odróżniało go to od całej „bandy zgniłków”. Widział to jedynie Nick, który ostatecznie okazał się jedynym prawdziwym przyjacielem Gatsby’ego. Podczas ostatniego spotkania obu panów Carraway wykrzyczy wręcz słowa: „Jesteś więcej wart niż cała ta cholerna zgraja razem wzięta”. Jednak bez względu na wszystko „Gatsby wierzył w zielone światło…”. Niewątpliwie „przebył długą drogę… i jego marzenie musiało wydawać się tak bliskie, że trudno byłoby go nie pochwycić. Nie wiedział, że jest ono już za nim…”. Nie wiedział, że osoba, do której tak bardzo chciał się zbliżyć reprezentuje wszystko, co najgorsze. Carraway, w odróżnieniu od Gatsby’ego, miał świadomość tego, że nieszczere w uczuciach osoby nie są warte naszego zaangażowania, dlatego znajomość z Jordan Baker była dla niego jedynie przygodą. Gatsby natomiast chciał coś odzyskać, „być może jakąś ideę samego siebie…”. Co więcej, wierzył głęboko, że gdyby mógł zacząć od początku, wówczas odnalazłby sens. Carraway przekonywał go, że nie można powtórzyć przeszłości, choćby nie wiadomo jak bardzo się chciało. Można jedynie wpłynąć na teraźniejszość, nie popełniając błędów z przeszłości. Fitzgerald pisze, iż wszyscy zmagamy się z prądem, który spycha nas w przeszłość – starajmy się zatem wiosłować dalej, na przekór temu nurtowi, tak aby nie podzielić losu Gatsby’ego, który „zapłacił wysoką cenę za to, że za długo żył dla jednego tylko marzenia”. Niestety marzenie to było tylko pozorne. Z jednej więc strony podziwiajmy upór Gatsby’ego w dążeniu do celu jako takiego, z drugiej zaś współczujmy mu, gdyż tak naprawdę poświęcił życie dla ludzi, którzy – jak to ujął Fitzgerald – „niszczyli rzeczy i żywe istoty, a potem wycofywali się za swoje pieniądze czy za swoją ogromną beztroskę, czy za coś jeszcze, co trzymało ich ze sobą…”.

Słowa uznania należą się obsadzie filmu. Leonardo DiCaprio po raz kolejny dał bezbłędny popis gry aktorskiej. Co więcej, sam Gatsby (zarówno w książce, jak i w filmie) jest obecny - powiedziałbym - dość rzadko, ale każdorazowe pojawienie się tej postaci na ekranie przykuwa uwagę widza. Wyzwaniu sprostał także Tobey „Spiderman” Maguire, obecny na ekranie niemalże non stop. Co więcej, obaj panowie przyjaźnią się ze sobą od lat, co zapewne wzmocniło tzw. chemię na ekranie między parą głównych bohaterów. Świetną robotę wykonał Joel Edgerton w roli Toma – dość niejednoznacznego w ocenie antagonisty Gatsby’ego. Jeśli chodzi o role kobiece, największą niespodzianką była dla mnie jakże piękna i przebojowa Elizabeth Debicki w roli Jordan Baker, natomiast największym rozczarowaniem niezapadające w pamięć: Carey Mulligan w roli Daisy oraz Isla Fisher jako Myrtle. Bez problemu mógłbym wyobrazić sobie w tych rolach tuzin innych aktorek. Niemniej jednak Buz Luhrmann dał czadu i po nieudanej „Australii” zrobił film w stylistyce (niebywała wręcz, przykuwająca uwagę forma), która w pełni definiuje go jako artystę.

Konrad Kluza
 
 
 A Ty oglądałaś film? A może oglądałaś starą wersję z Robertem Redfordem? Która wersja jest Ci bliższa? Moja mama wciąż powtarza, że tamta jest o wiele lepsza. Muszę to w końcu sama ocenić. A książkę czytałaś?