Zamknij oczy i przyj!

19 maja 2014

Pewnie Was zaskoczę informując, że swój poród wspominam bardzo, ale to bardzo pozytywnie, ale taka jest prawda. To największa przygoda mojego życia. Najbardziej intensywne przeżycie, jakiego doświadczyłam. Nieprawdopodobne emocje, których kompletnie nie potrafiłam wówczas rozpoznać, ani ich w pełni przeżywać. Do tej pory to jeszcze trawię. Wspominam. Zupełnie jakbym była na haju... (chyba..., bo nigdy nie byłam, ale tak sobie przynajmniej wyobrażam). Ale od początku...


Jak wiecie pod koniec ciąży górę bierze zniecierpliwienie, któremu dałam upust w poście zatytułowanym 40 tygodni.Cała opuchnięta, z odrętwiałymi kończynami, nie mogłam się doczekać, aż mała będzie "po tej stronie brzuszka". Nie lubię używać sformułowania na tym świecie, bo jak dla mnie dziecko jest na świecie od momentu poczęcia. Uważam, że mamą jestem nie od zeszłego poniedziałku, lecz stałam się nią w chwili, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście. Ale wracając do sedna, weekend przeminął. Mąż jeszcze pracował zestresowany, kończąc wszystkie projekty. W niedzielę zamknął laptopa, oświadczając Majuni, że już może wychodzić. Jak widać, posłuchała Tatunia :) 

Obudziłam się w nocy. W zasadzie to o 3. nad ranem. Potuptałam do toalety i usnęłam, ale za 10 minut obudził mnie ból brzuszka. Wydał mi się inny niż do tej pory. Spojrzałam intuicyjnie na zegarek i znów się położyłam. Za kolejne 10 minut znów to poczułam. To prawda, co mówią. Nawet jeśli skurcze nie są silne bez problemu rozróżnicie je od zwykłego napinania się macicy w ciąży. Na spokojnie odczekałam godzinę, z zegarkiem w ręku sprawdzając częstotliwość skurczów. Były podręcznikowe: co 10 minut. Obudziłam męża. Zadzwoniliśmy do szpitala. Kazali jeszcze poczekać, wziąć ciepły prysznic, aby się troszkę rozluźnić. Po godzinie znów wykonaliśmy telefon. Skurcze się nasiliły. Po pół godziny wyruszyliśmy do szpitala. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co się właśnie działo. Absurdalne, bo czekaliśmy na to 9 miesięcy, ale naprawdę w tej chwili, aż nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. "Ja rodzę"  - brzmiało jak nie z moich ust. Czułam jednocześnie przerażenie i spokój. Byłam podniecona i zatroskana. Pełen wachlarz emocji. Oczywiście też się wzruszałam pomyślawszy, że oto dziś poznamy naszą córcię. W szpitalu zostałam przebadana, przydzielono nam pokój. Skurcze się nasilały. Starałam się z całych sił robić ćwiczenia oddechowe, ale powiem Wam, że gdy boli, człowiek się skupia na bólu zamiast na prawidłowym oddychaniu. A to błąd, bo przy prawidłowym oddychaniu boli mniej, dlatego mąż starał mi się pomóc, oddychając razem ze mną. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką ulgę i komfort psychiczny dawała mi jego obecność i trzymanie go za rękę. To cudowne uczucie bezpieczeństwa. Do dziś chodzę i mu dziękuję, i go non stop wychwalam. To błogosławieństwo mieć męża, który nie patrząc na nic, po prostu jest obok. Nie jako widz, ale jako aktywny uczestnik. Szkoda, że nasze mamy nie miały możliwości na poród rodzinny.


Szybko trafiłam na porodówkę. Pani anestezjolog podała mi znieczulenie. Dość ciekawie to wygląda. Cewnik założony w kręgosłup, który biegnie przez całą jego długość, aż do szyi i umocowywany jest na wysokości łopatki tuż nad biustem. Wszystko oklejone plastrem. Żartowałam nawet do męża, że teraz to jestem jak boska Milla Jovovich w Piątym Elemencie - pamiętacie ten jej strój z bandaży? Ogólnie po otrzymaniu znieczulenia ból ustąpił. Skurcze odczuwałam delikatnie, jak dyskomfort przy okresie. Czyli nic. Kompletny błogostan. Z mężem cały ten czas żartowaliśmy i się śmialiśmy. Doglądała nas położna z lekarzem, co jakiś czas sprawdzając, co się dzieje na froncie. W pewnym momencie ból zaczął się nasilać, a kolejna porcja znieczulenia przyniosła efekt jedynie w prawej części mojego ciała, lewą odczuwałam skurcze. Odczuwała któraś z Was połowiczny skurcz? Podczas porodu próbowałam wszelkich pozycji, na leżąco, na boku, na stojąco, na krzesełku porodowym, na kuckach. To ważne, by wybrać pozycję, która dla Was jest najdogodniejsza. U mnie skończyło się na leżąco, głownie dlatego, że złapałam niedokrwistość kończyn i trzęsłam się jak osika. To mnie zaskoczyło. Nigdzie nie wyczytałam, że drgawki są stanem naturalnym podczas rodzenia. Ale mną to porządnie telepało. W pewnym momencie zaczęłam szczękać zębami niczym dziecko w za zimnym basenie. Aż parsknęliśmy z mężem śmiechem. 

Co do samych skurczów partych - powiem tylko tyle, to nie przelewki. Nie będę Was okłamywała, że to nie boli. Boli. Boli, jak jasna dupa. Ale ma boleć. Taka fizjologia. Im szybciej to zaakceptujecie, tym lepiej. Na szczęście skurcz trwa kilka sekund (dosłownie 3 długie oddechy) i masz 2 - 3 minuty na oddech. A opowieści, że na porodówce to się bluźni, krzyczy czy wyzywa męża, jest nieuprzejmym dla lekarzy, przynajmniej w moim przypadku, okazały się wierutną brednią. Krzyczałam. Pewnie pół szpitala mnie słyszało. To mi przynosiło ulgę, ale absolutnie byłam szczęśliwa, że pomaga mi lekarz, uspokaja położna, a mąż trzyma za rękę. Ponoć miałam wówczas żelazny uścisk :) 

Nawet nie wiedziałam kiedy w końcu się udało i w sekundę w ramiona wrzucono mi moje dziecię. O matko! Popłakałam się z miejsca. Instynkt macierzyński jest przeogromny. Kompletnie zapomniałam o bólu. Nawet nie zwracałam uwagi na to, kiedy mąż przeciął pępowinę, kiedy podano mi kolejną porcję znieczulenia. Patrzyłam tylko na moją córcię. Wytarto ją z mazi płodowej, nawet nie odejmując z moich ramion. Udzielono pomocy przy przystawieniu do piersi i tak sobie leżałyśmy podczas, gdy lekarz robił swoje, a szczęśliwy tatuś dzwonił do dziadków i chrzestnych z miłą informacją. Ja widziałam tylko Maję, "oczy mi się pociły", gdy trzymałam ją w ramionach. Nie miałam na nic siły. Jakby ktoś spuścił ze mnie całe powietrze. Po upływie 2 godzin, po zmierzeniu i zważeniu bobasa, przeturlano mnie na moje łóżko i przewieziono do pokoju. Mała w łóżeczku obok nas. My kompletnie w nią wpatrzeni. Wkurzaliśmy się tylko dzwoniącymi telefonami, które zakłócały nam naszą sielankę. Trudno nam było uwierzyć, że to wreszcie nastąpiło, że oto zmieniło się nasze życie. A prawdę mówiąc właśnie rozpoczęliśmy je na nowo. To było tak nierzeczywiste. Jakbyśmy byli aktorami, nie znając swoich ról. 

 
Dziś powiem Wam jedno. Przyznaję rację wszystkim mamom, które mówiły mi, że widok dzidziusia sprawia, że zapomina się o całym bólu. Niemożliwe, prawda? Dla mnie było to wygadywaniem głupot. Dziś przepraszam. Przyznaję rację. Miłość do dziecka jest tak ogromna, że przesłania wszystko co złe, cały ból i dyskomfort. Czuje się tylko ciepełko, mnóstwo ciepełka i wzruszenie. Ogromne. Mimo upływu tygodnia, ja nadal nie jestem w stanie opisać Wam emocji, które mi towarzyszyły. Totalna euforia, błogostan i pełnia szczęścia. Pozostaje mi życzyć Wam tego samego. Jeśli jesteście po, pogratulować. Jeśli jesteście przed - dużo sił. I pamiętajcie o oddychaniu. A jak to nie pomaga, pomyślcie sobie, że każdy następny skurcz, każdy następny oddech może sprawić, że po tej stronie brzuszka pojawi się Wasza cudowna kruszynka. Boli, ale... zobaczcie ile miliardów ludzi jest na świecie. Ile żyło przed nami? Ile rodzi się w tym samym czasie. A wszędzie i zawsze w ten sam sposób. 
M.

Zobacz także

22 komentarze

  1. Dzięki Twojemu wpisowi poczułam, jakby moje dzieciaki urodziły się zupełnie wczoraj (choć starszy skończy w tym roku sześć lat, a młodsza w styczniu skończyła rok). Ta magia nadal działa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednym słowem cała prawda :) Bardzo się cieszę :)

      Usuń
  2. Ach jaki piekny opis! Oczywoscie sie poryczalam (to w ciazy zyskalam taka cudowna umiejetnosc ;)
    Przeogromne gratulacje!
    Jestes wspaniala i taka dzielna!
    Wszystkiego najpiekniekszego dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ja trzymam kciuki za Ciebie :) Mam nadzieję, że się pochwalisz po i powiesz to samo :)

      Usuń
  3. Ja też się popłakałam, mimo, że w ciąży nigdy nie byłam. Uważam, że to jest najpiękniejsza i najbardziej niesamowita rzecz na świecie...
    Pozdrawiam Ciebie i całą Twoją rodzinę
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, również gorąco pozdrawiamy i życzymy tego samego :) Kiedy przyjdzie czas i miejsce :)
      Cieszę się bardzo, że tak ciepło odebrałaś mój wpis. Nie zdawałam sobie sprawy, że takie szczęście jest aż tak zaraźliwe. Ale to wspaniała wiadomość :)

      Usuń
    2. Dziękuję Ci za miłe słowa, jesteś absolutnie najmilszą, najcieplejszą i najkochańszą blogerką w całym internecie! :*

      Usuń
    3. No teraz to się zrumieniłam i aż mi się oczy spociły :)))
      Bardzo mi miło :) Dziękuję :)

      Usuń
  4. Gratulacje! Dziękuję Ci za ten wpis, który mnie podbudował. Sama jestem w ciąży i chciałabym już urodzić. Ps. Łza się w oku zakręciła! Pozdrawiam. Aajk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę,że pomogłam. Trzymam zatem kciuki za Ciebie i brzdąca. Z pewnością sobie poradzicie :) wyczekiwanie jest stresujące więc troszkę się porozpieszczaj :) zdróweczka i powodzenia!

      Usuń
  5. Czyli poród boli mimo znieczulenia? :( A już miałam nadzieję! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, no tak dobrze to nie ma. Znieczulenie jest na drugą fazę porodu, przy skurczach partych już nie działa - inaczej byś nie wiedziała, że rodzisz - znaczy powiem tak - skurcze bolą zaś tam na dole nie :) w sumie nie czujesz jak wychodzi dzidzia - czujesz ból od skurczów. Tak bym to ujęła :) Ale bez znieczulenia chyba nie polecam :) Nie czuć badań rozwarcia, nie czuć nacinania, nie boli rodzenie łożyska (zresztą to trwa 5 minut albo mniej), nie boli zszywanie.

      Usuń
    2. Dzięki za super wyjaśnienie! Jestem totalnie zielona, a dzidzia już kopie, więc czas się ogarnąć ;)
      Kiedyś słyszałam, że znieczulenie jest ryzykiem, bo właśnie nie czuć skurczów partych, ale z tego co mówisz niektórzy mądrzy dają je po prostu na drugą fazę porodu! Muszę uzupełnić dane :)

      Usuń
    3. Kochana bo to zależy od znieczulenia. Są różne. Mniej i bardziej niebezpieczne dla płodu. Ja miałam znieczulenie zewnątrzoponowe - to jest dla Ciebie i dzidzi najlepsze. A skurczów partych nie przegapisz. Poza tym anestezjolog powinien czuwać kiedy może Ci to podać i w jakiej dawce. Czasami poród postępuje tak szybko, że się nie podaje. Będzie dobrze. A zielona to teraz ja jestem. Ciąża i poród to pikuś w porównaniu z pierwszymi tygodniami :p

      Usuń
  6. Tu niestety mijają się nasz wspomnienia porodowe i do dziś pamiętam ten ból :( u mnie poród trwał 12 h i nie powiem 10 było całkiem fajne , znieczulenie zrobiło swoje a my żartowaliśmy z ałej sytuacji ale 2 ostatnie h istny koszmar!!!! dziecko nie mogło wejść w kanał (niewspółmierność) napierało na kości a jak wiadomo znieczulenie wtedy nie działa, więc skurcz co minuta, wyam z bólu w końcu w związku z brakiem postępu porodu ...cesarka....przyłożyli mi maskę do twarzy i poleciałam na całkiem niezłą imprezkę..podobno śpiewałam kiedy wyjmowali dziecko z brzucha...czad, ale potem masakra, ból ból ból i jeszcze raz ogromny ból, fakt mam niski próg bólu ale to była masakra. do dziś pamiętam wszyściusieńko!!! więc w moim przypadku trudy macierzyństwa, ciężki poród, ból poporodowy.....na dzień dzisiejszy nie ma opcji na drugie dziecko!! :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj :( To wcale się nie dziwię, że nie chcesz kolejnego. Faktycznie każda z nas przechodzi to zupełnie inaczej. Tyle ile dzieci, tyle wspomnień. Mam jednak nadzieję, że maleństwo koi ból wspomnień każdym uśmiechem i przytulańcem.
      Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepło!

      Usuń
  7. Opisujesz niesamowicie to wszystko co przeżyłaś. Gratulacje, że jesteś szczęśliwą mamą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Cieszę się bardzo, że Ci się podoba :)
      Ciepło pozdrawiam :*

      Usuń
  8. Mój poród też wspominam dobrze. W szpitalu, w którym rodziłam i pod opieką tych samych ludzi, z którymi miałam przyjemność przez ten okres przechodzić, mogłabym jeszcze piątkę dzieci urodzić.
    To było, nie tylko wyjątkowe przeżycie, ale też ciekawa przygoda, której nie da się do niczego porównać.
    Rodziłam sama, i zdecydowanie, za żadne skarby nie chciałabym rodzić z partnerem. Ale każda z nas jest inna i inaczej do tego tematu podchodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo ja z kolei nie wyobrażam sobie, by męża obok nie było :)
      Ciepło pozdrawiam i dziękuję za podzielenie się swoimi wspomnieniami :)

      Usuń
  9. Ja rodziłam bez znieczulenia i mimo, że moja ciąża była zagrożona i pokonałam z Mężem ciężką walkę z niepłodnością wspominam swój poród bardzo miło. Mąż był ze mną przez cały okres porodu, przecinał pępowinę i cudownie się spisał. Bardzo mnie wspierał, a gdy Kuba już się urodził, a ja w tym czasie walczyłam o życie zajął się naszym upragnionym dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej :( w takim razie bardzo się cieszę, że wszystko dobrze się skończyło. I wcale Ci się nie dziwię, że mimo wszystko dobrze to wspominasz - w końcu wyczekaliście się na ten moment, więc jaki był nie był - był cudem! :) BEz znieczulenia? Hardcore! Twarda babka z Ciebie. Podziwiam!

      Usuń