Nasze pierwsze wspólne chwile...

11 czerwca 2014



I tak oto jutro minie miesiąc od porodu. Zadziwiające, że ten czas leci mi coraz to szybciej i szybciej. Pewnie zanim się obejrzę, nasza pszczółka skończy roczek. 

Już dawno prosiliście mnie o wpis dotyczący naszych pierwszych dni w domu. Niestety wówczas nie byłam w stanie pisać, ani nawet się na tym skoncentrować. Już nie wspominając o czasie wolnym. W sumie nadal go nie mam. Łapię każdą chwilę snu dziecinki. Choć przyznam, że jak w końcu uśnie jestem tak nieprzytomna, że mogę siedzieć i patrzeć w przestrzeń.

Minął niemalże miesiąc i dopiero dziś mogę stwierdzić, że wreszcie czuję się lepiej, pewniej, bezpieczniej. Powrót do domu mnie przeraził. Już z chwilą wyjścia ze szpitala ogarnęła mnie kompletna panika i przekonanie, że sobie w żadnym wypadku nie poradzę. Najgorsze było to, że bałam się nie tylko o dziecko, ale również dziecka. Majcia jest tak malutka, a jej główka taka giętka, że stresowałam się za każdym razem, gdy miałam ją podnieść albo odłożyć. Wpadłam dosłownie w jakąś istną spiralę strachu. 



Mój stres potęgowały niezliczone telefony, smsy, wiadomości na facebooku. To, co potrzebuje kobieta w połogu to spokoju i czasu. Czasu na dojście do siebie. Czasu na oswojenie się z dzieckiem, z  nową sytuacją. Czasu dla dziecka. Czasu dla rodziny. Wiem, że każdy ma jak najbardziej dobre intencje, jednak powrót do domu to nie tylko piękne chwile, lecz przede wszystkim ciężkie. To moment, gdy potrzebujemy pomocy, wsparcia i spokoju. Ja przez bite dwa tygodnie nie mogłam wstać z łóżka. Połóg to zło! Powiem szczerze, że wolę rodzić niż dochodzić do siebie po porodzie. Ból porodowy mija szybko, a połóg trwa o wiele dłużej. Przy porodzie wiesz, że rodzisz własne dziecko, towarzyszy Ci oczekiwanie i ekscytacja. W połogu towarzyszy Ci nieustający ból, poczucie bezradności, strach i przekonanie, że to się nigdy nie skończy. Dodatkowo miałam problem (w sumie nadal mam) z żebrami. Nie potrafiłam prawidłowo przeć, przez co lekarz pomagał mi wypchnąć małą. Trochę mi żebra przy ty poturbował. Do tej pory budzę się z przeszywającym bólem w  klatce. Dosłownie jakbym miała zawał. Niedługo trzeba będzie zrobić prześwietlenie. Choć oddychać mogę, więc chyba pęknięte nie jest, ale długo problem sprawiało mi podnoszenie się z łóżka.



Dzięki Bogu za mojego męża. Jego opanowanie, podejście do dziecka, do mnie, uśmiech, wsparcie. Za to, że wstaje ze mną w nocy. A przez pierwsze 2 tygodnie robił wszytko wokół małej, bo ja nie mogłam ustać dłużej niż 10 - 15 minut, ani się podnosić, ani dźwigać.

Dopadł mnie też baby blues. Czułam się najgorszą matką na świecie. Nie umiałam nic zrobić wokół własnego dziecka, przystawić prawidłowo do piersi. Zrobił mi się zator w piersi. Dostałam 40- sto stopniową gorączkę. Antybiotyk. Przez to czułam się jeszcze gorzej. W szpitalu pokazali mi jak karmić, ale okopując się tysiącami poduszek tak, że nie byłam w stanie sięgnąć po dziecko, żeby je na nich ułożyć. To mnie dołowało i potęgowało mój strach przed noszeniem jej. Panikowałam, jak tylko ją źle złapałam, jak tylko zobaczyłam nową krostkę. A jak płakała i nie wiedziałam czemu, dostawałam szału i płakałam razem z nią. A przecież spokojna matka, to spokojne dziecko. Ciągle to słyszałam w głowie i czułam się jeszcze gorzej. Sama się nakręcałam. 



Wiecie co jeszcze jest straszne? Mądre rady wszystkich dookoła. Każdy chce dobrze, ale czemu jest tyle sprzecznych opinii dosłownie w każdym temacie!? Odciągaj pokarm, nie odciągaj. Masuj piersi, nie masuj, bo możesz uszkodzić kanaliki. Regularnie karm, karm na żądanie. Odkładaj do łóżeczka, bo się przyzwyczai do noszenia, przytulaj, bo potrzebuje bliskości! Aaaaaa!!!! Szału można dostać! Zwłaszcza, gdy już jesteś przerażona. Najlepsze co można zrobić, to podążać za sobą i dzieckiem. Teraz to wiem i stosuję, ale w pierwszych tygodniach, gdy tak bardzo się o nie boisz, to wprowadza Cię w kociokwik. Czujesz się najgłupsza i najgorsza na świecie. Mój mąż powinien dostać jakiś order za wytrzymałość. No albo chociaż jakąś wyjątkową sprawność harcerską. Wiem, że będę "matka - posrajdupa". Tak nazywam mamy, które ciągle się boją o własne dziecko, wszędzie widząc zagrożenie. Chyba, że mi przejdzie. Oby! Daj Boże! Bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Całe szczęście mam w domu przeciwwagę - mojego męża. Wspólnie sobie z pewnością poradzimy. Trzymajcie kciuki.


Przy tym wszystkim na szczęście ratuje widok kruszynki. Jej uśmiech przez sen (bo takie maleństwo uśmiechać się z własnej woli przecież jeszcze nie potrafi) albo jak się wypróżni :) Ubaw po pachy. To chyba odruch bezwarunkowy. Jak tylko puści bączka albo zrobi coś grubszego w pamperaka na twarzy pojawia się piękny uśmiech. Tak samo, jak się naje i puszcza cyca. Cudny widok. Nasza córcia to aniołek. Płacze tylko, gdy coś jej dolega, albo czegoś się domaga. Wszystko jednak przeżywa. Nowo poznaną osobę, zmianę temperatury, powrót taty do pracy. Wszystko to sprawia, że następnego dnia jest nie do ogarnięcia. Śpi całą noc. W dzień różnie to bywa. Ale dajemy jej się samej wyregulować i przyzwyczaić do świata. Każdy dzień wygląda inaczej. Codziennie dziecko się rozwija, zmienia. Już przekłada samo główkę z boku na bok, trzyma ją sztywno leżąc na brzuszku, coraz częściej uśmiecha się, słysząc mój głos (ja mam wówczas mokro w  gaciach :P ) rozgląda się, oczka coraz szerzej otwarte, podąża za przedmiotem i zaczyna gaworzyć. Jak śpi, robi tak słodkie miny, że mogłabym się w nią non stop wpatrywać. Cykam fotki. Zła tylko jestem, że tak mało mamy wspólnych. Ale ja cały czas leżałam w koszuli, bez makijażu i tylko cycem świeciłam. 



Szkoda, że połóg tak wygląda. Mam wrażenie, że człowiek nie jest wówczas w stanie zauważyć piękna tych pierwszych chwil. A dziecko tak szybko rośnie, tak szybko się rozwija. Zaraz musimy zmienić garderobę na rozmiar większą, choć przy wychodzeniu ze szpitala wszytko było na nią za duże. Poza tym tak szybko się zapomina, że to było takie maleństwo. Ale też każdego dnia nabieram coraz więcej pewności siebie. Małymi kroczkami do siebie dochodzę. Jednego dnia pomaluję paznokcie, drugiego dłużej pospacerujemy bez bólu. No nawet ciasto upiekłam :), co już jest dużym sukcesem :) Damy radę. Wiem o tym. Potrzebujemy obie czasu. I cierpliwości (czego mnie zawsze brakowało). Karmienie piersią nie jest łatwe. Samo przystawianie, wstawanie w nocy na odciąganie pokarmu no i dieta... Codziennie próbuję czegoś nowego sprawdzając, czy pszczółka nie ma uczulenia. Na truskawki na szczęście nie ma! :)



Jeszcze jedno. Z tego miejsca chciałam podziękować mojej kochanej R. za wsparcie, za codzienne doglądanie, za ciepła słowa, za pomoc techniczną, za to, że jest. Bez Niej nie wiem, jak dałabym radę. Dziękuję kochana! Wsparcie drugiej mamy, która pół roku temu przechodziła przez to samo i szczerze Wam o tym powie jest nieocenione. Nie rozumiem, czemu kobiety nie mówią o tym, jakie to ciężkie. Może ze wstydu. Z presji otoczenia. Przecież teoretycznie mam małego dzidziusia, więc powinnam być szczęśliwa. A przez te pierwsze 2 - 3 tygodnie się szczęśliwym nie jest! I to jest zupełnie naturalne! Więc przestańcie robić z tego tajemnicę, tworzyć bajki, że dzidziuś od razu jest piękny, różowy i ustawiony jak w podręczniku. Jestem przekonana, że wiedząc co mnie czeka, o wiele łatwiej byłoby mi przez to przejść. Gdyby choć jedna osoba powiedziała mi, jak to naprawdę jest. Jak to boli, jaką czuję się beznadzieję z bezradności i jak ogromny jest strach.  


Dziś przyznaję rację wszystkim mamom, które mówią, że dzidzia to wynagradza. Bo wynagradza. Że o bólu się zapomina. Bo się zapomina. Ale post piszę dziś, na świeżo, jeszcze pamiętając, jeszcze czując, aby dziewczyny, które są przed nie czuły się tak, jak ja. Aby wiedziały, że to normalne. Aby mogły się na to przygotować. Aby wiedziały, że nie są wyrodnymi matkami. Że to hormony, że przejdą, że się wyregulują, że będzie lepiej. Bo będzie. Żeby nie czuły się rozgoryczone i rozczarowane. Połóg to zło. Na szczęście mija, jak każda żmija :)

Ciekawa jestem waszych wspomnień. Ktoś zdecyduje się otwarcie powiedzieć jak to było?
 M.

Zobacz także

26 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. :) no nie wiem, nie wiem, jak się jedno plącze pod nóżkami, to chyba łatwo też nie jest. Poza tym kwestia odpowiedniego zachowania wchodzi, aby pierwsze nie czuło się zazdrosne i odsunięte

      Usuń
  2. Piękne zdjęcia! Dobrze, że piszesz prawdę. Początki we wszystkim nie są idealne, ale jak widać z dnia na dzień jest coraz lepiej:) Mimo wszystko sama nie mogę się doczekać :) buziaki dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Ty będziesz mnie miała na słuchawce, kiedy tylko będziesz potrzebowała i będę Ci powtarzała jak mantrę: Wszystko to normalne, nie słuchaj rad! zaufaj sobie, bo jesteś mądra kobitka! i damy radę :)

      Usuń
  3. Hej Madziula - jedyne co mogę Ci napisać to to, że przy drugim dziecku jest zupełnie inaczej (czytaj: lepiej i z mniejszą dawką paniki ;) ) Pamiętam jak Lenka miała kilka dni i stukł mi się termometr - taki rtęciowy, Boszzzze jaka była panika :D Teraz chce mi się z tego śmiać ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu ;) A - i pamiętam jeszcze jak ryczałam na reklamach :D I to takich beznadziejnych :) Trzymaj się i pamiętaj, że z każdym dniem będzie lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ja już w ciąży Asia płakałam na filmach, reklamach itp. Mamy z Mają naszą ulubioną piosenkę, na której też zawsze płaczę :) Słuchamy BLUE Beyonce :)

      Usuń
  4. Jesteś strasznie mądrą kobietą, masz rację nikt nie opowiada o tych ciemnych stronach macierzyństwa a później ma się wyrzuty sumienia, że wszyscy dookoła dają radę a u na jest coś nie tak. Ja Ci dziękuję za ten wpis, bo choć dziecko dopiero mam w planach to takie zwierzenia kobiety-matki są zawsze potrzebne, by być przygotowanym na to co da los. Dziękuję,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja Ci dziękuję za Twój ciepły komentarz. Właśnie taki przyświecał mi cel, aby powiedzieć głośno innym, jak to wygląda. Jak człowiek wie, co go czeka łatwiej się znosi pewne rzeczy :) Bardzo się cieszę, że wpisem do Ciebie dotarłam. W takich chwilach jestem szczęśliwa, że prowadzę bloga i są gdzieś tam osoby, które mnie czują i rozumieją.
      Cieplutko pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Dzięki za szczery i mądry wpis. Oczywiście obawiam się, bo to wszystko jeszcze przede mną, ale cóż... po prostu nastawię się na istną masakrę i może jakoś przetrwam ;)
    Mam pytanko, czy próbowaliście zmniejszyć sobie rodzicielskie stresy czymś w stylu monitorów oddechów itp.? Zastanawiam się czy takie urządzonko by mnie uspokoiło czy jeszcze bardziej stresowało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. HEheh, nie nastawiaj się tak, bo tak będzie. Teraz jak już wiesz, że jest ciężko zaciskasz zęby i włączasz tryb przetrwania. Może wcale Cię to nie będzie dotyczyło. Może od razu weźmiesz maleństwo w objęcia i wcale nie będziesz się go/jej bała. Jak już napisałam ja tam jestem posrajdupa :)
      Absolutnie nie używamy żadnych monitorów. Mamy pożyczony, ale to na wyprawę do moich rodziców. Póki co maleństwo ma łóżeczko w naszej sypialni, a w nocy jeszcze śpi z nami.

      Usuń
  6. dzięki Twojemu blogowi czuje, że będę lepiej nastawiona na to co czeka mnie za około 20 tygodni.. Jestem na półmetku ciężarówkowego zmagania, już teraz nie jest łatwo a wiem, że będzie tylko gorzej. Fajnie, że jako nieliczna piszesz o tym jak jest naprawde, a nie kolorujesz macierzyństwo samymi ciepłymi kolorami. Oczywiście, że dzidzia to największy Skarb i wynagradza wszelkie dolegliwości, jednak dla przyszłej matki przydadzą się bardziej praktyczne porady niż opowiadanie o fantastycznej bajce. Jestem przerażona, że sobie nie poradze. Ale wole to przeżywać w taki sposób niż myśleć, że "jakos to będzie". Życzę Ci dużo cierpliwości i siły ! i wiele zdrowia i szczęścia dla małej Mai :) Pozdrawiam Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonka z pewnością sobie poradzisz. To przerażające owszem, ale to tylko strach, jak uda Ci się go przełamać będzie dobrze. Poza tym każda z nas i ciążę i macierzyństwo przeżywa w inny sposób. Może Ty będziesz czuła to, co ja przez 2 dni w szpitalu czyli totalny błogostan :) Owszem pod koniec ciąży jest ciężej i ciężej, ale jak maleństwo kopie wynagradza Ci wszystkie dolegliwości. Ja postanowiłam pisać szczerze, bo nie znoszę mówienia nieprawdy i słodzenia tam, gdzie cukru nie ma. Nigdy niczego nie ubarwiałam. Dlatego staram się pisać na bieżąco, póki są emocje - te prawdziwe :)
      Trzymam za Ciebie kciuki. Życzę zdrówka, porodu krótkiego i w terminie i pięknej, zdrowej dzidzi :) Teraz już Ci szybko zleci. Delektuj się czasem wolnym i przygotowywaniem wyprawki. Odpoczywaj i rozpieszczaj się! :)

      Usuń
  7. Troszeczkę mnie przestraszyłaś tym postem, ale bardzo Ci za niego dziękuję, bo w przyszłości przynajmniej nie doznam takiego ogromnego szoku, jak Ty i nastawię się na tryb "po prostu to przetrwać", to chyba najlepsze w tak trudnych sytuacjach. Cieszę się, że już Wam lepiej:)))

    Buziaki:*
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś nie chciałam nikogo przestraszyć :( tylko być szczerą. Mam nadzieję, że Cię to nie powstrzyma od zajścia w ciążę. Wiesz ja tylko chciałam przełamać sielankę kolorowych czasopism, które pokazują jakie mamy być szczęśliwe, a dzieci są zawsze śliczne i różowe. A to wszystko jest nieco bardziej skomplikowane. Dziecko to też człowiek, którego trzeba poznać i się go nauczyć, jak każdego innego. Na to jednak trzeba czasu i cierpliwości, czego w pierwszych dniach mnie brakowało. Ale jak już wiesz już nam lepiej, każdego dnia się uczymy, pozanjemy, odkrywamy dobre i złe strony :)

      Ciepło pozdrawiam i dziękuję za komentarz :) i za wsparcie :) Buziaczki

      Usuń
    2. Nie martw się, jednym postem mnie od ciąży nie odwiedziesz!:) nie chciałam, żebyś tak odebrała mój komentarz - to nie Twoja wina, że wszędzie nas zalewają takie obrazy pięknych, szczupłych i przede wszystkim świetnie zorganizowanych mam, a ty napisałaś szczerą prawdę i za to wszystkie Ci jesteśmy ogromnie wdzięczne!

      Usuń
    3. uffff :) to bardzo się cieszę i jest mi niezmiernie miło :)
      pozdrawiam i życzę dużo zdrówka i szczęścia :)

      Usuń
  8. Moja córka ma 2,5 roku i przyznam szczerze, ze czytając twój wpis ogarnęło mnie lekki przeżarzenie. Naprawdę tak było? Nie pamiętam ;) Musze jednak przyznać, że w naszym przypadku nie połóg nie był tak bolesny i straszny. Pewnie, za każdym razem to indywidualna sprawa. Ale wierz mi, to tez się szybko zapomina. Czas leci tak szybko i obfituje w tak wiele pięknych chwil, że w pamięci brak miejsca na takie nieprzyjemne wspomnienia:) Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheh, no też mam nadzieję, że szybko o tym zapomnę. Musi tak być, inaczej ludzie nie chcieliby kolejnego bobasa :) a ja w planach miałam dwójeczkę :)
      Natomiast masz absolutną rację, że zarówno ciąża, jak i połóg oraz macierzyństwo to indywidualna sprawa. No ja czułam się okropnie. Ale każdego dnia jest lepiej :) a miłych wspomnień coraz więcej i więcej :)
      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

      Usuń
  9. Niesamowicie słodziutki dzieciaczek. Szczęścia Wam życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) wiesz dla mnie jako mamy jest cudna :) choć kompletnie nie wiem do kogo podobna :) grunt, że ma spokojny charakter tatusia :) przynajmniej póki co :)

      Usuń
  10. Przepiękny, szczery wpis, a mała śliczna. Trzymam kciuki abyś szybko doszła do siebie i miała dużo siły :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aguś :) małymi kroczkami do przodu :)

      Usuń
  11. Trafilam na Twojego bloga przyoadkiem i bylo to najlepsze, co mi się moglo przytrafić. Jestem mama 17dniowego malca i na razie, to jest koszmar. Czuję się psychicznie fatalnie, On często płacze, z karmieniem mamy problemy i na pewno nie jestem super szczęśliwa. Dobrze przeczytać, że inne mamy czuly się w tym czasie podobnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana doskonale wiem, co czujesz. Z karmieniem to naprawdę nie jest łatwa sprawa. Trzeba dużo cierpliwości. Uważaj na zatory, bo to nie fajna rzecz. Znajdź odpowiednią dla Ciebie pozycję - dzidziuś się dostosuje. Zobaczysz, że z dnia na dzień jest lepiej. Znajdź chociaż 5 min. w ciągu dnia dla siebie - zrób coś dla siebie - głupia gazetka (choć jeden artykuł), makijaż, ułóż włosy, dłuższy prysznic weź, ogol nogi, pomaluj paznokcie u stóp. Coś co poprawi Ci humor i sprawi, że poczujesz się kobieco a nie jak maciorka :) Maleństwo płacze, bo inaczej nie potrafi Ci powiedzieć, że coś mu dolega - taka myśl mi pomagała - przecież ono nie płacze specjalnie, tylko chce mi coś powiedzieć. Nasza Maja ma problem z uśnięciem, czasem trzeba ją niuniać, albo wziąć na pierś, żeby czuła bliskość, wówczas zasypia. Ale jest nietypowym dzieckiem bo albo nie śpi np 6 h albo 6 h śpi. Dajemy jej samej się dostroić, nie budzimy - ja spuszczam wówczas pokarm - mała jest spokojniejsza. A im starsza, tym jest łatwiej.
      Trzymam za Ciebie kciuki. Dasz sobie radę, bo z pewnością jesteś super mamą. Duży zdrówka, siły i cierpliwości w karmieniu. Jak będziesz czegoś potrzebowała pisz: tu, na FB, na maila, jak Ci wygodniej. Nic tak nie pomaga, jak wsparcie innych mam i przytulający mąż :) Ty niuniaj dzidzię, a mąż Ciebie niech przytula, wspiera, robi herbatki.
      Całuję!

      Usuń
  12. A i owszem, dla mnie to nie tajemnica :) czytając Twój wpis ..wypisz wymaluj mój scenariusz z małymi odstępstwami....cesarka i małe komplikacje po, kwestie poruszania się...szkoda gadać, powrót do domu..i co teraz??jezu kochany, Lena płakała cały czas, nie wiesz czemu..podpytujesz, każdy radzi co innego, mętlik w głowie, złość, frustracja, na co mi to było? chwilę później patrzysz na tego Szkraba i sobie myślisz..minie, będzie lepiej, damy radę..no nie?? pokarm, masakra, nagonka, ooo trzeba karmić piersią,a jak mam to zrobić jak nie mam tyle żeby moje dziecko się najadło?! i mimo tych rad przystawiania często,bedzie więcej,guzik prawda, dziecko płakało, nie wiedziałm czemu, w końcu decyzja, dajmy butlę, cisza, najadła się, więc pomyślałam dobra jedziemy z laktatorem (wypożyczonym ze szpitala, dojara na maxa), ale dał radę, i Lena dostawała np. 3 butle mojego pokarmu, na 3 sztucznego, wszystko fajnie, aleeeeee kolki taa daaa kolejne akcje płacze nerwy zagubienie bezsilność...wymieniać tu można mnóstwo odczuć w chwilach kiedy siadasz i myśilisz ...nie dam rady, ja się poprostu nie nadaję na matkę, to mnie przerasta. Inne dzieci śpią na spacerach a u mnie szał!!! jak tylko włożyłam ją do wózka, masakra!! rzeźnia!! wiec ni cholery nie dawaliśmy rady na spacerach, a jak zasneła to na 20 minut!! Powiem szczerze ....ja doszłam, w miarę, do siebie po ok 6 miesiącach. I jedna moja rada....słuchaj siebie, swojego dziecka męża i swojej mamy ..... we 4 dacie radę....resztę dobrych rad zostaw na później kiedy już dziecko będzie większe i lepiej się poznacie :) nina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nina dziękuję Ci za niesamowicie szczery komentarz. Dziś wiem, że nie jestem sama,że tak jak napisałaś, nie tylko mnie nachodzą myśli "nie dam rady, ja po prostu nie nadaję się na matkę" Nie raz tak myślałam. W miarę upływu czasu jest lepiej. Ale pierwszy miesiąc to masakra. Pól roku mówisz? A ja myślałam, że po 2 tygodniach to muszę znać Maję na wskroś. Dziękuję Ci za to.
      Serdecznie pozdrawiam i życzę samych radosnych chwil :)

      Usuń