Pewnego dnia...

27 lipca 2014



Chyba rozkręciłam w sobie mola książkowego, bo kolejną już książałę pożarłam w kilka dni. Wykorzystując każdą chwilę snu mojego dziecka, czytałam najszybciej, jak tylko potrafię, by dobrnąć jak najdalej i dowiedzieć się jak najwięcej.
O tym, jakie świetne są książki Emily Giffin, słyszałam już od kilku osób. "Pewnego dnia" dostałam w prezencie gwiazdkowym. Widocznie swoje musiała odleżeć, bo sięgnęłam po nią zaledwie kilka dni temu. Będąc na fali po skończeniu sagi "Miasta aniołów" (jeśli jeszcze nie czytaliście, recenzję znajdziecie TUTAJ) szybko złapałam Emily. Muszę przyznać, że podeszłam do niej dość sceptycznie. Nie jestem entuzjastką romansów (no chyba, że mówimy o mistrzyni gatunku Jane Austen), a opis z okładki jakoś mnie nie zachęcił. Na szczęście intuicja mnie w tym przypadku zawiodła, bo już po 50 stronach modliłam się, by moja córcia szybko zasypiała i to na jak najdłużej :)
Powieść jest rewelacyjna. Napisana w dwóch narracjach, co zdarza się niezwykle rzadko, a dodaje książce głębi. Postacie są ciekawie przedstawione. Zamiast skupić się na ich opisie, autorka skupia się na uczuciach. Ci z Was, którzy czytują mnie choć od czasu do czasu z pewnością zauważyli, że jestem bardzo emocjonalna, więc chyba właśnie to podoba mi się w tej książce najbardziej. Trzeba przyznać, że Emily Giffin jak mało kto potrafi przelać uczucia na papier. 

Sam początek zachęca do głębszej lektury. Oto na wstępie poznajemy trzydziestosześcioletnią Marianne, która wiedzie życie niczym z bajki. Jest piękną, bogatą kobietą, która osiągnęła wielki sukces. Mieszka na Manhattanie w Penthousie, jest producentką słynnego serialu i ma mega przystojnego faceta u swego boku. Książka zaczyna się jednak niezbyt różowo, bowiem Marianne podczas wspólnego spaceru porusza delikatną kwestię ślubu. Pokłóciwszy się z facetem wraca do domu. Dzwoni domofon. Zadowolona, że mężczyzna skruszał pędzi, by mu otworzyć. Czeka ją jednak niespodzianka. W drzwiach bowiem ukazuje się nastoletnia dziewczyna imieniem Kirby. Nieznajoma okazuje się być jej... córką. Dalej jest tylko ciekawiej, bo oddane do adopcji dziecko to nie jedyna tajemnica Marianne. Tym samym ożywa stara miłość, a idealny świat sypie się niczym domek z kart. Marianne pierwszy raz w życiu musi stawić czoła rzeczywistości.
 

Książka jest ciekawa i niesamowicie ciepła. Ilustruje w doskonały sposób relacje między matką, a córką. Ukazuje bunt nastolatek. Opisuje, w jaki sposób jedną błędną decyzją możemy zniszczyć swoją przyszłość. W doskonały sposób opisane są emocje, a zakończenie, no cóż, mnie zaskoczyło. Więc jeśli chcecie się dowiedzieć, czy Marianne i Kirby się dogadały, czy wszystkie kłamstwa wyszły na jaw i jak zachowywanie tajemnic wpływa na relacje rodzinne koniecznie musicie przeczytać "Pewnego dnia". A może już czytałyście i chcecie się podzielić swoimi odczuciami?
Podobało się Wam zakończenie? Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze.


Cóż ja dziś wpadłam do Empiku po kolejną, najnowszą książkę Emily Giffin. Coś czuję, że recenzję napiszę Wam szybciej niż się tego spodziewam :)

PS. Dzięki Aniu :) 


Zobacz także

18 komentarze

  1. Uwielbiam Emily Giffin, przeczytałam wszystkie jej dotychczasowe książki, obecnie właśnie kończę najnowszą :) Najbardziej natomiast przypadły mi dwie jej powiesci "Coś pożyczonego" oraz "Coś niebieskiego", które szczerzę Ci polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie przeczytam :) dziekuję. A jak Ci się ta nowa podoba?
      POZDRAWIAM

      Usuń
  2. Nie wiem czy to przez moje oczekiwania co do niej, czy też przez stresujące chwile jakie ostatnio miałam, ale znacznie więcej stron musiałam przeczytać zanim historia mnie wciągnęła. Natomiast w dalszym ciągu uważam, że książki Emily są warte przeczytania i są to miłe odskocznie od codzienności :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz to sprawdzę :) Mam nadzieję, że stresów masz już mniej albo wcale.
      Pozdrowienia

      Usuń
  3. Coś pożyczonego i Coś niebieskiego to jej najlepsze książki. Mądre historie, pięknie napisane, ideał :)
    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Dzięki :) chyba uderzę do koleżanki o pożyczenie :) nawet wiem już której :)

      Usuń
  4. Hej! Od jakiegoś czasu podczytuję twojego bloga, pewnie dlatego że jesteśmy w podobnym wieku;) Co do książek Emily Giffin jestem ich fanką .Również przeczytałam wszystkie jej książki z wyjątkiem najnowszej, która już do mnie jest w drodze:) ''100 dni po ślubie'', ''7 lat później'' najbardziej mnie chyba wciągnęły -polecam:) ''Coś pożyczonego'' i kontynuacja jej - ''Coś niebieskiego ''również bardzo dobre.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi to słyszeć, że do mnie zaglądasz :) Widzę, że to prawda, co mówią o autorce bo wszystkie kobiety ją zachwalają :)

      Usuń
  5. Moja aktualnie ulubiona ksiazka to " W oczekiwaniu na dziecko" :) Skarbnica wiedzy. Dalsze dwie czesci tez planuje zakupic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? A ja przez to przebrnąć nie potrafiłam :) czytałam zupełnie inne o ciąży. Choć to, o czym piszesz to chyba klasyka we wszystkich możliwych językach :)

      Usuń
  6. Zazdroszczę tego czasu na czytanie książek!:) U mnie wiecznie brakuje czasu na cokolwiek, więc o książkach mogę sobie jedynie pomarzyć:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko dzięki mojej mamie :) Dzięki jej pomocy mogę znaleźć czas na relaks :) Inaczej bym nie wiedziała, jak się nazywam. Z resztą nadal przebywamy na wakacjach w "Dziadulkowie" :)))
      Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  7. Bardzo lubię książki Emily Giffin, mam wszystkie prócz ostatniej ale napewno kupie. Książki tej autorki to takie lekkie kobiece czytadło, idealne na wakacje :)
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję również pozdrawiam :)
      Widzę, że tylko ja jestem taka zacofana i dopiero mam na koncie jej jedną książkę :) ale spokojnie już czytam "Tego jedynego" :) Nadrobię :)

      Usuń
  8. Cieszę się że książeczka się spodobała, jak coś to mam co pożyczać :) buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj bardzo :) Chyba się zgłoszę o pożyczenie pozostałych :) Buziole!

      Usuń
  9. Właśnie skończyłam tę lekturę (od dwóch lat miałam ją na półce!) i choć wiem, że nie wniosła ona do mego życia nic, poza miło spędzonym czasem, to nie żałuję i polecam ;) Podczas czytania towarzyszyło mi to samo, dobrze znane uczucie: "niech już tylko maluch pójdzie spać i to na jak najdłużej!". Bardzo przyjemna, lekka lekturka. Tradycyjnie czuję teraz ogromną pustkę po rozstaniu z zaprzyjaźnionymi bohaterami i czym prędzej chciałabym ją czymś wypełnić! Tylko czym?
    A Twoja recenzja Madziu jest bardzo ładna i bardzo trafna - nic dodać nic ująć.
    Zakończenie mi się podobało. Liczyłam co prawda na jakieś większe wow i większą dawkę romantyzmu, ale wtedy byłoby zbyt sztampowo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci szczerze, że po humanistycznym liceum jakoś mam dość zmyślnej, intelektualnie wyczerpującej literatury oraz ciężkich sztuk teatralnych po których czuję się jak nic nie warta mrówka, która jest skazana na nieszczęście. Im jestem starsza, tym bardziej dochodzę do wniosku, że M.Monroe miała rację: Kino powinno bawić. Dodać do tego można i literaturę, i teatr :) ogólnie pojęta sztuka. Nie lubię, jak mnie boli. A jak ma uczyć, to w miły sposób, jak np. w The Blind Side :) Dlatego ta książeczka była akurat :) Nie boli, jest przyjemna, lekka, i dokładnie tak jak napisałaś czuję się pustkę po zakończeniu :) Też liczyłam na happy end :) w wielkim amerykańskim stylu :P HEheheh

      Usuń