Business trip to China

28 listopada 2014


Dawno nie pisałam nic o podróżach. A przecież tak bardzo to kocham. Kiedyś wyjeżdżałam przynajmniej 4 razy do roku. Z czego dwa, to obowiązkowo był mój ukochany Londyn (tutaj znajdziecie wpis). Teraz poza granice miasta wybieram się nieco rzadziej :) Trudno się dziwić. Kiedy mieszka się już w swoim domku i zakłada się rodzinę pieniądze płyną strumieniami, ale w zupełnie innym kierunku. Marzenia i przyjemności pozostają na samym końcu szeregu, najpierw obowiązki i podstawowe potrzeby.

Ostatnio nasze myśli płyną jednak ku wyjazdom. Z prostej przyczyny - ano mój szwagier z żoną (Buziaczki dla Was kochani :***) rzucili wszystko i wybrali się w podróż włóczykija po Azji. A że ostatnio byli w Chinach obudzili we mnie troszkę wspomnień, którymi dziś się z Wami chętnie podzielę. Nie będę Wam opowiadała, co można zobaczyć w Pekinie (chyba, że chcecie, to dajcie znać), ale bardziej skupię się na moim postrzeganiu tego świata. Bo słowo kraj, w tym przypadku, to za mało.

Trochę czasu od mojej podróży do Chin minęło. Nie był to wyjazd prywatny. Żadna wycieczka, zwiedzanie, wypoczywanie. Wyjechałam w służbową delegację. Z dwoma szefami. Większość czasu spędziłam w biurze, na przymusowych zakupach w poszukiwaniu inspiracji (pracowałam bowiem w firmie odzieżowej) albo w podróży. W ciągu tygodnia bowiem byliśmy w Pekinie, Szanghaju i nikomu nie znanym, małym (zaledwie 3 mln mieszkańców) Ningbo. Na zwiedzaniu czasu było mało. Ale wymarzony taniec na murze chińskim wykonany :) Nawet mam kompromitujące nagranie :)

Co zapamiętałam najbardziej? Smog, ogromną mgłę przez którą nie widać pięknego, ostrego słońca, które znamy w Polsce, przenikającą, oblepiającą wilgoć, nieprawdopodobne kontrasty i ogromne poczucie wyobcowania oraz własnego gigantyzmu. No powiedzmy szczerze, że jako biała, wysoka blondynka byłam tam niczym Guliwer. Po pierwsze ludzie są niżsi. Dużo niżsi. To jest tak: ja i reszta świata. Dwa mają zupełnie inną skórę i rysy twarzy. Powiem Wam szczerze, że nie sądziłam, że szok kulturowy będzie aż tak ogromny. Jak mnie koleżanki zapytały, czy Chińczycy są przystojni, nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie umiałam mierzyć ich tymi kategoriami. Czułam się jakbym była z innego gatunku istot. Mam nadzieję, że nikt mnie źle tu nie odczyta. Po prostu w Chinach wszystko jest inne. Inne zachowanie ludzi, inny język, inne wykorzystywanie żuchwy wręcz. Oni inaczej układają język podczas mówienia. Fonetyka jest nie do powtórzenia. Nie potrafiłam wypowiedzieć słowa po chińsku. Nauczyłam się tylko Ni hao! Czyli dzień dobry. 

Do tego inna zabudowa. Inne zachowania. Chińczycy bekają przy stole w restauracji i to głośno (u nich to jest aprobata)! No dla nas to jest mało stosowne zachowanie. Plują pod siebie, albo przed siebie. Nie zapomnę sytuacji gdy siedziałam na lotnisku w Pekinie czekając na nasz lot, gdy Chińczyk naprzeciwko mnie charknął i splunął pod siebie. Odruchowo schowałam nogi. Dla mnie było to mówiąc wprost obrzydliwe. Dla kontrastu dodam, że lotnisko było przepiękne, czyściusieńkie z marmurową posadzką. A tu Ci nagle gość w garniturze pluje pod nogi. Szok!

Pamiętam też jak nasza chińska asystentka wmówiła taksówkarzowi, że jestem Cameron Diaz. No umówmy się, że chciałabym być do niej podobna, ale nie jestem. Jestem tak samo smukła, wysoka i miałam podobnie ścięte włosy. To wystarczyło. Całą drogę kierowca zerkał w lusterko, wlepiając we mnie swoje skośne oczy. Ja całą drogę zastawiałam się, o co chodzi? Po czym Jola (tak ją dla ułatwienia nazywaliśmy) po dotarciu na miejsce z dumą w głosie oświadczyła mi, że powiedziała gościowi, że jestem Cameron Diaz - sama usiadła z nim z przodu, bo Chińczycy lubią rozmawiać. W sumie, jak tak pomyślałam doszłam do wniosku, że to działa w obie strony, w końcu my też ich nie rozpoznajemy. Przynajmniej ja nie potrafię odróżnić Azjatów. Chińczyk, Japończyk, Wietnamczyk. Nie widzę różnicy. Oni zapewne też. Blondynka. Brunetka. Ruda.


Innym razem w centrum handlowym zobaczyłam, jak młoda dziewczyna ciągnie chłopaka za rękaw wskazując na mnie palcem. No przedziwne uczucie. Nie wiem, czy nie widzieli wysokiej blondynki na żywo, czy może też im kogoś przypominałam.

Przygód faktycznie miałam tam sporo. Wiele rzeczy mnie dziwiło. Wiele szokowało. Wiele oburzało. Wprawiało w  zachwyt albo wielki smutek. Poleciałam do Chin w trakcie paraolimpiady. W tym czasie w Pekinie wszystko było uprzątnięte. Wszystko musiało lśnić i zachwycać. Wszystko w zasięgu wzroku. Wystarczyło jednak wyjść z głównej ulicy, a bez problemu znajdywało się bród i ubóstwo. Najbardziej uderzył mnie widok z windy pewne hotelu. Winda nie byle jaka, bo znajdująca się na zewnątrz budynku, cała przeszklona. Hotel cztero- czy pięciogwiazdkowy, z ogromnym holem, jakiego w życiu nie widziałam, albo widziałam ale tylko na filmach. Przepych, bogactwo, marmury, kaskady kwiatów w wazonach. Odwracam się, a mym oczom ukazuje się blok mieszkalny. Blok zwykłych ludzi. Obskurny, to delikatnie powiedziane. To był kompletny slams. Wyglądał, jak po bombardowaniu. Jakby miał się zaraz rozsypać. A ja w ekskluzywnym hotelu. Masakryczne uczucie.


Trzeba to jednak przyznać, hotele są przepiękne. W życiu w takich nie byłam. A ich cena była niższa od noclegu w Ibisie. Ogromne, przestronne, luksusowe. Pokoje były tak piękne, że chciałabym mieć taki wystrój w domu. Naokoło rzeźby. Obsługa całkowicie niewidoczna. Spokój.

Jedzenie. Dobre. Inne. Trzeba być otwartym na nowe smaki. Trzeba umieć jeść pałeczkami :) Widelców brak. A jak są, raczej poprosić o nie to wstyd. Nauczyłam się szybko, ale jadłam długo :) Dobrze, że mieliśmy Jolę, bo w restauracjach raczej języka angielskiego nikt nie zna, menu nieprzetłumaczone. Nie wiesz, co Ci podają. Kurczak, indyk, szczur czy pies. Wszystko ma inny smak. Jajka są czarne. Tak czarne. Chińczycy nie jedzą zwykłego ugotowanego jaja. Dla nich to ohyda. Moczą je w sosie sojowym, aż zabarwia się na czarno. Chleba brak. Po tygodniu w trakcie lotu powrotnego już z Hamburga otrzymałam kanapkę z polędwicą na pokładzie. Myślałam, że ucałuję stewardesę :)

Targowanie się. Oj Chińczycy to lubią. Wręcz obrażają, gdy tego nie robisz. Nie wiem, jakie ceny są w Chinach teraz. Ale te 6 lat temu pamiętam, że były wręcz śmieszne. Prócz jedzenia. Naprzywoziłam mnóstwo pamiątek. Badziewne czy nie, zupełnie inne rzeczy niż są u nas. A moja mama co roku na Wigilię wyjmuje przepięknie zdobiony złoty obrus. 



Dużo nie zwiedziłam. Nie było mi dane być na Starym Mieście. Jednak Plac Tiananmen i Mur Chiński zaliczone :) Trzeba się cieszyć, tym co się otrzymuje. Czy wróciłabym do Chin? Nie. Już mnie nie ciągnie do Azji. Źle się tam czuję. Choć zabytki mają piękne. Ludzi jest tam dla mnie za dużo. Komercja zbyt wszechobecna. Ilość towarów dosłowanie zalewa, a ludzie głodują. Bieda. Brak dostępu do internetu, wiedzy. Tej podstawowej. Uniwersalnej. Podejście narodu, aby przetrwać jest przerażające. Choć widoki zapierają dech w piersiach. I uważam, że trzeba to zobaczyć, to ten jeden raz mi wystarczył. Lepiej czuję się w Europie. My też mamy się czym chwalić.

Czego możecie się spodziewać po Chinach? Że wszystko jest inne. Że świat, który znacie tam nie istnieją. Tylko ludzie pomimo wizualnej odmienności, pozostają ludźmi. Z tymi samymi (choć dużo intensywniejszymi) problemami, rozterkami, uczuciami.

A jakie są Wasze odczucia? Podzielicie się?


M.

Zobacz także

12 komentarze

  1. Bardzo fajny post i leciutko się czyta - tak trzymać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu! :) troszkę inny :) ale nie wiem, czy przypadł do gustu

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :) Dziękuję za odwiedziny i pozostawienie komentarza :)
      Ciepło pozdrawiam w te mroźne dni!

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Nie ma czego zazdrościć. Ta podróż idealnie pokazuje, że jak się czegoś pragnie, to marzenia się spełniają. W najmniej spodziewanym momencie. Absolutnie jej nie planowałam, ani się jej nie spodziewałam :)

      Usuń
  4. Powinnaś pisać jakieś przewodniki turystyczne, tak dobrze czyta się Twoje podróżnicze posty :-)
    Pozdrawiam i życzę jeszcze wielu inspirujących podróży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeja dziękuję :))))) Ja bardzo chętnie, tylko niech mi ktoś zapłaci za podróż i mogę pisać :)) bo podróżować uwielbiam :)
      Dziękuję, mam nadzieję, że się spełni :)

      Usuń
  5. Ni Hao! Kolejny profesjonalny wpis! Gratuluję! Mnie najbardziej z pobytu w Chinach - a konkretniej Guangzhou - najbardziej zapadła w pamięć niesamowita gościnność oraz niespotykana wręcz skromność tamtejszych mieszkańców. Czułem się w ich otoczeniu niezwykle swobodnie i co najważniejsze bezpiecznie, nawet podczas nocnych wycieczek. Ciekawe doświadczenie :-)

    Pozdrawiam,
    Konrad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Pana recenzenta :) Dziękuję za miły komentarz :) Cieszę się, że Ci się podobało :) Ta podróż była tak dawno :)
      A to fakt - też nie miałam problemu ze zwiedzaniem po ciemku :) Ludzie przemili, ciągle uśmiechnięci i bardzo, bardzo pokorni.
      Jak zdróweczko? <3

      Usuń
  6. Zawsze z miłą chęcią czytam wrażenia blogerów na temat wizyty w Chinach. Z Twoim wpisem było podobnie, mimo że nasze odczucia w stosunku do Państwa Środka są w pewnych punktach nieco inne. Od stycznia 2014, kiedy udało mi się zawitać do tego przedziwnego kraju, jestem w nim zakochana :) I właśnie ta inność obyczajów, kultury, ludzi zachwyciła mnie do tego stopnia, że moim głównym marzeniem na tą chwilę jest powrót do Chin, a jeśli by się tylko dało to nawet na trochę dłużej :)
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, ile ludzi, tyle opinii :) Bardzo możliwe, że gdybym wcześniej nie znała tego narodu i na co dzień nie współpracowała, a moja podróż nie byłaby służbową też zupełnie inny byłby mój odbiór :) Póki co - raz mi wystarczył - ale przecież nigdy się nie mówi nigdy :)

      ps. dziękuję za odwiedziny :)

      Usuń