Labirynt - Wyścig z czasem

30 stycznia 2015




Wiem jedno, na blogu nigdy więcej nie zamieszczę własnej recenzji. Kto by ją przeczytał uprzednio znając styl naszego wspaniałego, profesjonalnego i jakże elokwentnego kinomana? Zawstydza mnie za każdym razem przesyłając taką perełkę jak ta. Nawet jeśli film nie będzie mi się podobał, nie będzie w moim guście, to recenzję Konrada przeczytam zawsze. Toż to istny majstersztyk. Wiedza, talent i misternie dobrane słownictwo sprawiają, że czyta się jednym tchem i chce się więcej, i więcej...
A film faktycznie wciągający, jako rodzic ogląda się go zupełnie inaczej. Wierzcie mi. Przekonać Was mogą też te dwa słowa: Hugh Jackman :)

„Modlić się o najlepsze, przygotować na najgorsze” – maksyma, którą wyznaje twardo stąpający po ziemi Keller Dover (Hugh Jackman) zostanie wdrożona w życie w chwili, gdy jego córka wraz z koleżanką zostają porwane w biały dzień przez nieznanego sprawcę. Rozpoczyna się dramatyczny wyścig z czasem. Gdy okazuje się, że policyjne dochodzenie nie przynosi efektów, a główny podejrzany wychodzi na wolność, Keller bierze sprawy w swoje ręce. Widz natomiast ani przez chwilę nie pozostaje obojętny wobec wydarzeń mających miejsce na ekranie.

„Labirynt” w reżyserii Denisa Villeneuve’a („Pogorzelisko”) to thriller, którego nie powstydziłby się sam David Fincher – mistrz w kreowaniu sugestywnej atmosfery tajemniczości i niepokoju, a jednocześnie twórca trzech filmów traktujących o pościgu za seryjnym mordercą („Siedem”, „Zodiak”, „Dziewczyna z tatuażem”). Zarówno u Finchera, jak i u Villeneuve’a ogromną rolę odgrywa niespieszne tempo opowiadania, które pozwala koncentrować się na drobiazgach. Bohaterowie giną w domysłach, a wraz z nimi gubi się widz. Zresztą polskie tłumaczenie filmu Villeneuve’a odnosi się nie tylko do istotnego motywu w całym śledztwie, ale i do samego dochodzenia, gdyż zdezorientowany widz ma poczucie, jakby wraz z bohaterami wędrował po „labiryncie”, z którego nie ma wyjścia. Gdy wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna, komuś wreszcie udaje się wpaść na trop, popychając tym samym akcję do przodu. 

W „Labiryncie” śledztwo toczy się dwutorowo. Na ekranie obserwujemy poczynania młodego, sumiennie wykonującego obowiązki detektywa Lokiego (Jake Gyllenhaal), który tak naprawdę okazuje się najbardziej intrygującą postacią w filmie. Widza zastanawiać mogą jego tatuaże, charakterystyczny sygnet, jak również pewien nerwowy tik. Z jednej strony Lokiego cechuje niezwykła determinacja i stosowanie brutalnych metod śledczych, z drugiej zaś dziwna opieszałość i spokojne, metodyczne podejście do sprawy (dochodzenie do prawdy poprzez żmudne układanie poszlak w całość). Budując swoją postać na niuansach i domysłach, Gyllenhaal udowodnił, że jest doskonałym aktorem. Równie ciekawą kreację stworzył w „Zodiaku” (2007) Davida Finchera, gdzie wcielił się w rolę rysownika komiksów, obsesyjnie zaangażowanego w poszukiwania zodiakalnego zabójcy.




Osobnym torem przebiega „śledztwo” prowadzone przez zdesperowanego ojca rodziny, który nie cofnie się przed niczym, aby odnaleźć córkę. Keller jawi się jako człowiek czynu, który robi to, co według niego słuszne, aby ocalić ukochaną osobę. W pewnym momencie pojawia się refleksja, a mianowicie czy zachowanie głównego bohatera należy potępić, czy też można je usprawiedliwić? Keller działa w imię dobra najwyższego – wszak chodzi o życie dziecka. Czy jednak daje mu to prawo do wymierzania sprawiedliwości na własną rękę? „On już nie jest człowiekiem. Przestał nim być, gdy zabrał nasze córki” – powie o rzekomym podejrzanym Keller. Czy zatem możemy przyznać rację zdesperowanemu mężczyźnie? Grający z ogromnym poświęceniem i zaangażowaniem Hugh Jackman nie zabiega o sympatię widowni, a mimo to widz identyfikuje się z graną przez niego postacią.

Misternie skonstruowany „Labirynt” wciąga w pełną niespodziewanych zwrotów historię, jak również stawia kilka ważnych pytań natury moralnej, zmuszając nas do postawienia się w sytuacji bohatera granego przez Hugh Jackmana. Wszystko to sprawia, że film nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po seansie. Jeśli więc lubicie kryminalne łamigłówki podlane odpowiednią dawką dramatyzmu i napięcia, z solidnym aktorstwem i szczyptą kontrowersyjności, to bez wątpienia jest to film dla Was.

Jeśli mało Wam Konrada, odsyłam Was do poprzednich recenzji. Istna uczta intelektualna:

 
Nasz Pan Filozof recenzuje również dla portalu FilmNews.com.pl, gdzie odnajdziecie m.in. doskonały felieton o Agacie Kuleszy (Portret damy współczesnego kina). 
Polecam!
Konrad Kluza



Zobacz także

5 komentarze

  1. niedawno oglądałam ten film - dobry thriller, podobał mi się tak samo jak Gone Girl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konrad wie, co polecić :)
      A oglądałaś A walk among the Tombstones? Też dobry :))

      Usuń
  2. faktycznie pióro doskonałe, gratuluje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję :-) Tekstem z filmu "Labirynt" zamykamy naszą mroczną thrillerową serię. Teraz poszperamy w nieco lżejszym i weselszym repertuarze :-) Niemniej jednak "Zaginiona dziewczyna" (Gone Girl), "Labirynt" (Prisoners) i "Wolny strzelec" (Nighcrawler) to idealny "trójpak" dla miłośników mocnych, niepokojących thrillerów, które pozostają w pamięci widzów jeszcze długo po seansie.

    Pozdrawiam,
    Konrad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Został mi jeszcze tylko Wolny Strzelec, ale niebawem uzupełnię :)
      ps. ja już z niecierpliwością czekam na ten Twój lżejszy i weselszy repertuar :P

      Usuń