Wolny strzelec - W pogoni za sensacją

4 stycznia 2015



Jak Wam mija początek roku? Nam bardzo leniwie. Dzień mija za dniem niepostrzeżenie, a nam tak dobrze w tym leniuchowaniu. Tylko ja mam wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. Dzięki Konradowi. Nadrabiam za to zaległości kinowe. "Zaginioną dziewczynę" już obejrzeliśmy. Dobre, mocne kino. Jeśli potrzebujecie zachęty, a nie czytaliście jeszcze tekstu naszego recenzenta odsyłam do posta "Sypiając z wrogiem". Dziś kolejna wspaniała, intrygująca recenzja Konrada. Pozostajemy w sferze mroku i "skorumpowanej moralności" dzisiejszych mediów, tym razem w obrazie Dona Gilroya, w którym zobaczycie wspaniałego Jake’a Gyllenhaala.


Lou Bloom, jak każdy z nas, marzy o podjęciu pracy, która dawałaby mu satysfakcję oraz szansę rozwoju. Pracowity, wysoko stawiający poprzeczkę, uparcie dążący do celu. Na dodatek niezwykle uprzejmy i wiecznie uśmiechnięty. Wymarzony pracownik? Niekoniecznie… 

Lou Bloom to w rzeczywistości drobny złodziejaszek desperacko poszukujący zatrudnienia. Podczas jednej z nocnych eskapad ulicami Los Angeles, staje się mimowolnym świadkiem wypadku, któremu towarzyszy akcja ratunkowa. Na miejsce zdarzenia przyjeżdża grupa niezależnych filmowców, która kręci krwawy materiał, by później odsprzedać go stacji telewizyjnej za odpowiednią cenę. Louis dostrzega w tym szansę na zarobek. Widząc, że obecny rynek pracy nie jest w stanie zaspokoić jego ambicji, bierze sprawy w swoje ręce. Wyposażony jednie w kamerę i policyjny nasłuch „wypełza” na nocne łowy. Uczy się niebywale szybko. W czasie akcji potrafi przesunąć zwłoki, by osiągnąć perfekcyjne ujęcie. Bez zmrużenia okiem pozbywa się też nieznośnej konkurencji. Tytułowy „wolny strzelec” to tak naprawdę „bohater” naszych czasów. Socjopata, który dosłownie po trupach kroczy do celu. Zamiast pomóc poszkodowanym, filmuje najbardziej przerażające wypadki, by w rezultacie zaaranżować i wyreżyserować swój własny spektakl grozy, w którym nie obejdzie się bez ofiar. Czy jest coś, co odróżnia go od współczesnych karierowiczów, których napędza jedynie ambicja i żądza sukcesu?


Odtwarzający tytułową rolę Jake Gyllenhaal zaliczył jeden z najlepszych występów w swojej dotychczasowej karierze i głównie przez wzgląd na jego metamorfozę warto ten film obejrzeć. Nienaturalnie blady, wychudzony na twarzy, z zapadniętymi oczyma, które rejestrują każdą sensację. W 2006 roku Gyllenhaal otarł się o statuetkę Oscara za rolę w „Tajemnicach Brokeback Mountain”. Występ w „Wolnym strzelcu” powinien przynieść mu kolejną nominację do tej nagrody, wszak jego kreacja budzi respekt. Faktem jest, iż Gyllenhaal dokonuje świadomych i na ogół trafnych wyborów. W jego filmografii dominują przeważnie produkcje niszowe – filmy niezwykle trudne do zinterpretowania za pierwszym podejściem (kultowy „Donnie Darko”, czy niedoceniony „Wróg”), bądź też projekty niskobudżetowe (kosztujący zaledwie 4,5 mln dolarów „Wolny strzelec”, czy nakręcony za 7 mln dolarów film „Bogowie ulicy”) bijące na głowę niejedną hollywoodzką papkę. 


„Wolny strzelec” Dona Gilroya opowiada o tym, do czego zdolne są współczesne media, by podnieść oglądalność. Niby czuwają one nad tym, aby demaskować korupcję i nadużycia, ale w rzeczywistości same gonią za tanią sensacją – niejednokrotnie nagłaśniają, wyolbrzymiają i zniekształcają fakty tak, by stały się one atrakcyjne dla żądnego wrażeń odbiorcy. Louis Bloom jest tylko narzędziem w rękach bezdusznych mediów. Brak kręgosłupa moralnego pomaga mu dostosować się do obecnego rynku pracy, który wiele wymaga, sam natomiast ma niewiele do zaoferowania. Ogólna znieczulica i powszechne przyzwolenie na różnego typu nieludzkie zachowania kształtują kolejne pokolenia osób, które sposobem myślenia przypominają Lou. Stworzyliśmy potwora, ale tak naprawdę na własne życzenie.


„Wolny strzelec” stanowi udaną, choć niepozbawioną wad satyrę na stabloidowane media. Przewidywalność następujących po sobie zdarzeń oraz brak napięcia w poszczególnych scenach znacznie osłabiają końcową ocenę produkcji, która wiele zyskuje dzięki bezbłędnej, hipnotyzującej kreacji Jake’a Gyllenhaala. Film pozostawia niedosyt, ale jednocześnie pozostawia widza z dziwnym uczuciem niepokoju i przekonaniem, że świat, w którym żyjemy już dawno oszalał.  
Konrad Kluza

Zobacz także

0 komentarze