Charlize Theron NA DRODZE GNIEWU, czyli czwarta odsłona kultowego MAD MAXA

20 czerwca 2015


Tak, tak to prawda. Na blogu dawno już nie było recenzji filmowej. Osobiście rzadko bywam w kinie z wiadomych powodów, zaś nasz złotousty Pan recenzent... zakochał się :) I przepadł chłopak, jak kamień w wodę. Ani po nim widu, ani słychu. Kazał na siebie czekać bardzo długo, bo aż pół roku :) Ale powrócił. Mam nadzieję, że nie jednorazowo i znów będzie nas raczył swoimi błyskotliwymi i elokwentnymi tekstami. Sami oceńcie, czy było warto tyle czekać :) 

Tym razem Konrad przywitał nas recenzją reaktywowanego Mad Maxa. Film stary, niemalże jak... ja :) Ciekawa jestem, czy są wśród Was fani takiego gatunku? Na osłodzenie (od)twórcy zatrudnili najpiękniejszą, najdelikatniejszą i najbardziej kobiecą moim zdaniem aktorkę Hollywood Charlize Theron. Osobiście ją ubóstwiam. Podziwiam i patrzę z zachwytem. Jeśli chcecie zobaczyć, jak Konrado ocenił produkcję koniecznie przeczytajcie jego krytykę. Ciekawa jestem jak odpowiecie na jego pytanie.
 

"O tym, że w Hollywood brakuje oryginalnych pomysłów na dobry scenariusz, wiemy nie od dziś. Współcześni twórcy raz za razem rujnują dobre imię kultowych produkcji. To, co w latach 80-tych udawało się osiągnąć pomysłowością oraz niewielkim nakładem kosztów, w obecnych czasach nie ma racji bytu. Z reaktywacją „Mad Maxa” miało być inaczej, jako że na stanowisku reżysera zasiadł ponownie George Miller, twórca słynnej trylogii z Melem Gibsonem.

Czy zatem efekt końcowy jest zadowalający? Cóż… czwarta część przygód dzielnego wojownika szos to tak naprawdę Mad Max bez Mad Maxa. Tytułowy bohater (w tej roli Tom Hardy) zostaje mimowolnie wciągnięty w wir niebezpiecznych zdarzeń, których katalizatorem jest Cesarzowa Furiosa (Charlize Theron). Przez znaczną część filmu szalony Max pozostaje w cieniu walecznej rebeliantki, która wyrasta na główną bohaterkę filmu. I trzeba przyznać, że Charlize Theron świetnie prezentuje się jako heroina kina akcji. Aktorka stworzyła magnetyzującą postać i to jej poczynaniom kibicujemy od początku do końca. Pełna determinacji Furiosa wdraża w życie swój szalony plan. Z głową ogoloną na zapałkę oraz protezą ręki podejmuje się desperackiej próby uratowania kobiet więzionych w Cytadeli przez bezwzględnego tyrana o pseudonimie „Immortan Joe” (Hugh Keays-Byrne). Główny antagonista wyrusza w pościg za Cesarzową. „Na drodze gniewu” Furiosa spotka tytułowego Maxa, który okaże się sprzymierzeńcem w nierównej walce z dziką bandą samozwańczego Imperatora.
 
Za co należy docenić film Millera? Bez wątpienia na uwagę zasługują charakteryzacja, kostiumy oraz scenografia. Twórcy z ogromną starannością ukazali pustynny krajobraz ginącego świata. Warto pochwalić także pracę operatora, który pokazał cały ten szaleńczy rajd przez pustynię. Co by nie mówić, bohaterowie jadą przez ¾ filmu! Nie jest to jednak typowe „kino drogi”, lecz postapokaliptyczna wersja „Szybkich i wściekłych”, w której jakikolwiek sens zagłuszony został przez ryk silników. A szkoda. Magia kina? Uleciała gdzieś wraz z nastaniem ery CGI oraz „zmianą warty” w Hollywood.

Czy wobec  tego można w ogóle wyobrazić sobie Mad Maxa bez Mela Gibsona? Okazuje się, że tak. Z tym, że to nie Tom Hardy, a Charlize Theron jest godną następczynią narwanego Australijczyka. Furiosa to postać z duszą i charyzmą, zresztą sam film powinien się nazywać „Mad Furiosa”. Mad Max to jedynie wabik, który ma za zadanie przyciągnąć do kin jak najwięcej osób. Na tym kończy się jego rola. Trzeba jednak pochwalić twórców za to, że świadomie, bądź nie, puścili do widzów oko. Otóż Mad Max, biegający przez połowę filmu z kagańcem na twarzy, budzi skojarzenia z innym granym przez Hardy’ego bohaterem – Bane’m (przeciwnik Batmana w filmie „Mroczny rycerz powstaje”). Z tym, że Bane – mimo iż grał drugie skrzypce – potrafił skraść cały show, tymczasem Mad Max – jako główny bohater – jest postacią poboczną, mało wyrazistą i bezbarwną. Nie kierują nim żadne motywy, ot bohater z przypadku, który nie ma nic do stracenia. Nie wińmy jednak za taki stan rzeczy Toma Hardy’ego, który przecież dobrym aktorem jest (patrz m.in.: „Bronson”, „Locke”). Cięgi należą się przede wszystkim scenarzystom, którzy współczesne kino kreślą według maksymy mówiącej „dużo akcji, mało kreacji”. Być może najwyższy czas zostawić naszych ulubionych bohaterów z dzieciństwa w spokoju i zacząć opowiadać nowe historie. Ale czy to jest w ogóle możliwe?"
Konrad Kluza
Jeśli nie znacie jeszcze Konrada i jesteście na blogu po raz pierwszy gorąco zachęcam do zapoznania się z jego poprzednimi tekstami:

„MAGIC IN THE MOONLIGHT” Poddaj się magicznemu myśleniu...

"Labirynt" - Wyścig z czasem

"Wolny strzelec" - W pogonie za sensacją

Sypiając z wrogiem

Zobacz także

4 komentarze

  1. O nieee, tym razem to nie moje klimaty. Ale i tak pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak się okazuje moje też nie, ale trzeba było obejrzeć, ale wystawić (krytyczną ocenę). Całość ratuje Charlize Theron i to jej należą się największe brawa. Reasumując: MAD MAX to kino wyłącznie dla wielbicieli gatunku.

    Pozdrawiam,
    Konrad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie mam nadzieję, że następny wybór repertuaru będzie trafniejszy :)

      Usuń