Podróże z dzieckiem # 2 - pierwsze wakacje Mai

8 lipca 2015

 
To miał być nasz pierwszy, wspólny wyjazd wakacyjny. Nie krótki wypad nad polskie morze, jak w zeszłym roku, ale tygodniowy pobyt za granicą. Palmy, ocean, słońce, spacery promenadą, kąpiele basenowe i te sprawy. Tak to miało wyglądać. Sielankowo. Czekałam na to odkąd zaszłam w ciążę i okazało się, że muszę leżeć. Toteż staraliśmy się jak nigdy dotąd zaplanować wszystko w najdrobniejszym szczególe. Mieliśmy szereg wymagań. Nie mogło być wielkich upałów (Grecja, Cypr, Włochy odpadły. na Majorce już byłam). Hotel musiał w ofercie posiadać łóżeczko dla dziecka, foteliki w restauracjach i brodzik dla dzieci. Chcieliśmy jechać też do większego miasta. Po pierwsze, by w pobliżu był supermarket, w którym moglibyśmy dokupić pampersy czy słoiczki z jedzeniem, po drugie, Gazela musiała mieć gdzie się wybiegać (przypominam dla niewtajemniczonych, że poślubiłam bieganina, dla którego zwykły trening to jakieś 12 do 20 km), a ja pragnęłam mieć pod nosem promenadę, na której będę mogła z Majuchem spacerować. Nie wystawianie nosa poza ogrodzenie hotelowe to nie nasza bajka. 

Wyobraźcie sobie, że spełnienie tych wszystkich wymogów na raz okazało się nie lada wyzwaniem. Najpiękniejsze hotele znajdują się na kompletym odludziu i skierowane są do osób bezdzietnych (oferta 16+). Tych dzietnych upycha się w nieco gorszych jakościowo, choć nadal w wysokich cenach. Ale ich luksus pozostaje sobie wiele do życzenia. Czemu? Przecież mając dzieci liczba potrzeb i poczucie komfortu człowiekowi rośnie. Nie zasługujemy na odrobinę luksusu, jak pozostali? To taka luźna uwaga na marginesie. Zastanawiam się, czy macie może podobne odczucia? 

A wracając do tematu - wydawało nam się, że wyjazd zaplanowany jest w każdym szczególe. Nawet dzień wcześniej zarezerwowaliśmy hotel w Warszawie, by po nocy nie jechać na lotnisko (musieliśmy się tam stawić o 3 nad ranem!). Jak to mówią? Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach. Ja mu mówiłam chyba za dużo. Na wyjazd czekałam od dawna. Tak kocham podróżować, poznawać nowe miejsca, kulturę, jedzenie, podziwiać widoki...
Długo wybieraliśmy miejsce przeznaczenia. Mężowi kilkakrotnie przesuwano urlop. W maju prócz urodzin Mai organizowałam wieczór panieński, co kompletnie ten miesiąc wykluczyło. Na początku czerwca Gazela nie dostała zezwolenia i tak przypadł nam w udziale jedynie koniec czerwca. Wybór niewielki, bo wszędzie gorąco. Padło na Wyspy Kanaryjskie. Klimat sprzyjający. Wiatr znad oceanu. Łagodny klimat. Dobra kuchnia. Itaka. WybraliśmyLanzarote. Na Gran Canarii już byliśmy. Na Fuercie ponoć wieje, a na Teneryfie nie było przyjemnych hoteli. 

Lot długi. Bałam się go bardzo. Ale moje dziecko nas kompletnie zaskoczyło. Nie dość, że obudzona o 3 rano była od świtu w wyśmienitym humorze, żywo zainteresowana co się dzieje, to tryskała wręcz entuzjazmem zarówno na lotnisku, jak i podczas lotu. Ochoczo wszystkich zaczepiała, poznawała, rozmawiała. Zasnęła bez problemu, a potem znów była zadowolona. Na miejscu jej entuzjazm nie opadł, nawet gdy się okazało, że musimy czekać aż 4 godziny na pokój. Mało tego. Zasnęła w wózku. Moje dziecko zasnęło w wózku. Cud! Jak się okazało na wyjeździe standard. O niebiosa. To moje dziecię? Pani recepcjonistka widząc małą się nad nami zlitowała i po cichutku podeszła do nas z informacją, żebyśmy nigdzie nie odchodzili, to za 20 minut dostaniemy pokój. Nic się nie zapowiadało, że urlop się nie uda. 

Dzień pierwszy. Zgon. Pokój z widokiem na ocean. Niebo. Raj. Ale patrząc do przodu. Patrząc w bok - rafineria :/ drugi bok dziura w ziemi na nierozpoczętą budowę hotelu. Upsss. No trudno, z okna tego nie widać. Jest ocean :) Idziemy do dziecięcego brodzika. Woda zimna jak nie wiem co. Matka zaczęła mieć złe przeczucia. 
Dzień drugi - czas na rekonesans. Okolica faktycznie nieciekawa. Do mojej wymarzonej promenady dość daleko, w skwarze, ulicą. Jest promenada, a w zasadzie jej początek. Pusty początek. Idziemy. Dziecko śpi. W wózku śpi. A wiatr wieje. Dmucha. Dymie. Ciarki na całym ciele. Włosy dęba stoją. Kapelusz ucieka. Zimno. Niby 26 stopni, a zimno. Dziecko śpi, przepocone, przewiane. Złe przeczucia narastają. Maminy radar świeci na czerwono. A centrum nie widać. Zawracamy. Po południu bierzemy autobus do centrum. A tam pięknie. Promenada rewelacyjna. Dziecko śpi. Matka zachwycona. Rozważamy co dalej. Wynajem auta by się przydał. Jedna wycieczka z małą zakupiona. Będzie dobrze. Wieczorem kąpiel w basenie dla dorosłych. Ten jest podgrzewany. Wpadlibyście na to, by podgrzać wielki basen dorosłym, a maluteńki brodzik dla dzieci nie? Cóż. mamy koło ratunkowe. Maja przebrana. Uchachana. Szczęśliwa. Wszyscy aż patrzą, tak piszczy z radości. Tatuś też. Sama nie wiem, które z nich było bardziej szczęśliwe. Aż żałuję, że nie mogę pokazać Wam ich wspólnego zdjęcia. Zapowiadało się dobrze. Tylko to jedzenie w hotelu. Jakieś niedobre. Smażone, niezdrowe, źle przyprawione, popalone. Mai nie ma co dać. Szczęściem mama wzięła zapas słoiczków. Tydzień do przeżycia. Ale doszłam do wniosku, że sama jednak tak źle nie gotuję :) Plusem wszystkiego się dowartościowałam.

Dzień trzeci - koniec bajki. Gorączka! Wysoka. 38,6. Zęby? Brak ślinienia i gryzienia. To nie to. Zielona kupa. Przeziębiona jak nic. Z nosa się leje. O matko :( Matka posrajdupa załączona. Tryb aktywny. Czarne wizje roztoczone. Noc nieprzespana. Dziecko gorączkuje, jęczy, płacze. Ehhhh.

Dzień czwarty - nerwówka trwa. Gorączka mija. Siedzimy w pokoju. Ocean szumi wzywając na spacer. Siedzimy zacięcie w pokoju. Po południu schodzimy do pustego baru wewnątrz hotelu. Szyba po całej długości z widokiem na radośnie chlupiące się w basenie dzieciaki. Dziecko patrzy z pytaniem: Mamo pójdziemy jeszcze? Mnie serce pęka. Chciałabym dać jej wszystko. Chciałabym przebrać ją w kostium i chlup! Nie mogę. Rozdarta, zbolała dusza udręczona.
Dzień piąty. Dziecko czuje się lepiej. Wychodzimy na spacer. Jest całkiem dobrze. Jedziemy do centrum. W ramach odstresowania fundujemy sobie pifffko. Moje pierwsze od dwóch lat! o 11 rano, bo następne karmienie dopiero o 19 :) Wiecie jak smakowało? Z widokiem na ocean, w przepięknej tawernie, w tle ukochana salsa. Wybornie! Spacer promenadą, dziecko znów śpi. Potem sesja fotograficzna. Powrót. Nie ma co igrać z ogniem i ryzykować. Za dużo, to nie zdrowo. Popołudnie grzecznie w hotelu spędzamy. Nie chcemy przesadzać. Wycieczka przecież wykupiona, musimy jechać.

Dzień szósty - Wycieczka. Jest tylko katar. Na wszelki wypadek kąpieli nie zażywamy. Jest dobrze. Jest super. Atrakcje głównie dla dzieci, ale jest miło. Nam też się podoba. Rodzinnie. Ciepło. Maja szczęśliwa. Ciągle się uśmiecha. Śmieje się w głos. Zwraca na siebie uwagę pogodą ducha, zaraża uśmiechem.

Dzień siódmy - zachęceni dobrym samopoczuciem Mai, a wyposzczeni brakiem zwiedzania i straconą szansą na wypożyczenie auta (no i po co ryzykować jej zdrowiem) postanawiamy wsiąść w autobus i odwiedzić sąsiadujące wybrzeże. Oj jak pięknie. Maja super. W restauracjach wszędzie przewijaki. Wszędzie krzesełka dla dzieci. Nawet w szisza barze ! Heloł! Co z tą Polską!? Po deserze dziecko robi się markotne, przytula się bardziej niż zwykle, marudzi. Rozpalone - jak się okazuje nie słońcem. Wracamy. Gorączka. Matka szaleje. Jeden wielki, ogromny wręcz, wyrzut sumienia męczy biedną moją duszę. I troska. Zabijająca troska. Do tego wizja kolejnego dnia dobija. 
Dzień ósmy - dzień powrotu. Wymeldowanie o 12. Wyjazd na lotnisko o 20! Czy tylko ja widzę, że coś tu nie halo. Biegnę na recepcję z nadzieją na przedłużenie pobytu w pokoju. W końcu sytuacja podbramkowa - roczne dziecko z gorączką. Gorączka na szczęście jeszcze się nie pojawiła, ale to kwestia czasu. Katar dalej się sączy. Zaczyna się kaszel. Męczący, duszący podczas snu. W pokoju zostajemy 2,5 godziny dłużej. Resztę w holu, bo na zewnątrz przecież porywający wiatr. Nie przesadzam z tym wiatrem. To nie bryza z nad oceanu. To było wiatrzysko, które naprawdę mocno wiało. Bardzo nieprzyjemnie wiało. A dziecko chore. Nawet tata wiedział, że nie przesadzam i sam nie chciał wychodzić z Mają na zewnątrz. Lot nocny. Dziecko śpi na nas. A my w ogóle. Przynajmniej ja. Może łącznie na pół godziny przymknęłam oko. A tu jeszcze do Łodzi z Wawy. Zasypiam po drodze. Jak i Maja. Ból głowy nie do zniesienia. Wreszcie dom! A w domu. Brak wody!

Koniec urlopu.

Rozpisałam się co? Przepraszam. Jest tam jeszcze ktoś? Obiecuję, że o samej Lanzarote napiszę więcej w osobnym poście. Suma sumarum wyjazdu nie żałujemy. Okazało się, że gorączka była reakcją organizmy na zmiany klimatyczne albo ząbkowaniem - wszak pojawiła się wreszcie dręcząca Maję od półtora miesiąca pierwsza dwójka. Katar - niestety z przeziębienia- podejrzewam zimny brodzik jako głównego sprawcę. A marudzenie i nieprzespane noce to wina nadżerki, jaka się Mai zrobiła w gardle przez klimatyzację. Może ktoś powiedzieć, że niepotrzebnie ciągaliśmy Maję tak daleko. Ale podróżą umęczyliśmy się bardziej my niż ona. Maja była w siódmym niebie. Było mnóstwo dzieci. Tyle ludzi do poznania. W restauracji zaczepiała każdego kelnera i kelnerkę, już nas tam rozpoznawali. A wierzcie mi hotel ogromny. W basenie (choć była tylko raz) była przeszczęśliwa. Bez problemu usypiała. Spała w wózku. Ciągle się uśmiechała. I ciągle był tata. A my poznaliśmy nasze dziecko z zupełnie innej strony. Na każdym kroku ludzie nas zaczepiali zachwyceni tym, jaka Maja jest pogodna i towarzyska. 
 

Fakt, nie zwiedziliśmy wyspy. Fakt, nie skorzystaliśmy z basenu. Fakt, zamartwiałam się przeokrutnie. Wieczory spędzałam na czytaniu bądź oglądaniu filmów w pokoju, również sama, bo Gazela na treningu. W końcu nie zostawię jej samej śpiącej (a pora kąpieli to 19.00) ale uważam, że i tak było warto. Byliśmy razem. Lepiej się poznaliśmy. Mieliśmy piękne momenty i przywieźliśmy całą masę cudnych zdjęć i śmiesznych anegdotek. A Maja nauczyła się nowego słowa: karta!


Zobacz także

40 komentarze

  1. Gratuluję wytrwałości- urlop z małym dzieckiem to chyba nie lada wyzwanie. Dobrze wiedzieć, co mnie kiedyś czeka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheheh wiesz nie było tak źle. Maja nas bardzo zaskoczyła swoim zachowaniem. Żadne dziecko nie było tak grzeczne i kochane w samolocie! Rewelka. Zaimponowała nam. Byliśmy z niej bardzo dumni. Gdyby nie to że zachorowała (a z dziećmi niestety to jest norma, że chorują nie wtedy, kiedy trzeba) byłoby super!

      Usuń
  2. Ja też Was podziwiam! Podjęliście wyzwanie i udało się! A na wakacjach zawsze przecież coś jest nie tak, a to hotel, a to widok za oknem, wydaje mi się, ze nie ma miejsc idealnych i z tych co nam przypadną w udziale, trzeba czerpać to, co najlepsze. Tak jak sama napisałaś - najważniejsze, że mieliście siebie :) Lada dzień wszystko co przykre się zatrze i pozostaną tylko piękne zdjęcia i wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki kochana za ciepłe słowa i wsparcie :) Jesteś kochana!

      Usuń
  3. Pięknie tam :)
    Mi się marzą Wyspy Kanaryjskie zimą, żeby odpocząć od polskiej pluchy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimą to ja bym się chętnie wybrała na Kubę :) Albo Sri Lankę :) Albo na Madagaskar. Tylko póki co, zwyczajnie mnie nie stać :) Kanary są bardziej dostępne. A zimą ceny bardziej atrakcyjne :) Ładniejsza jest Gran Canaria. Na Teneryfie nie byłam - a ponoć najbardziej zielona :) A jak chcesz zobaczyć fotki z Canarii zajrzyj do posta :)
      Całuję, pozdrawiam i życzę realizacji marzenia. I to jak najszybciej! :)

      Usuń
  4. Ten post trochę ten ze Świąt Bożego Narodzenia, naprawdę współczuję Ci, że znowu się na tyle nastawiłaś i się nie udało do końca. Oby każde następne wakacje były lepsze! :)

    :*:*:*
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jesteś! Jak miło! :))) Dziękuję za odwiedziny :)
      A co do posta. Chyba masz rację. Faktycznie - było identycznie. Jaki z tego morał? Nie powinnam się tyle nastawiać, ani wyobrażać Bóg wie czego :P bo źle na tym wychodzę :P Lepiej przyjmować rzeczy, jakie są, zamiast się wkurzać, że nie jest, jak chcemy :)

      Buziaki wielkie dla Ciebie!

      Usuń
    2. Masz rację, ale to takie trudne... Te oczekiwania same przychodzą i czasami nie da się tego kontrolować
      :)

      Usuń
    3. No to fakt, ale widzę sama po sobie, że to naprawdę nie przynosi niczego dobrego. Staram się wystrzegać takiego oczekiwania, ale przy takich rzeczach jak wytęsknione wakacje o tym zapomniałam i dałam się ponieść fantazji zapominając o rzeczywistości :(

      Usuń
  5. A ja Ci trochę zazdroszczę, że mogliście razem wyjechać. My też byśmy chcieli bardzo, tylko te finanse.. Oczywiście niemiłych przygód nie zazdroszczę, czytałam o wszystkim trochę z przerażeniem. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Wy też jedziecie prawda? No nie było łatwo - ale co poradzić? Maja jest na etapie ząbkowania - ciężko się wstrzelić na okres bezbolesny i bezgorączkowy :(

      Usuń
    2. My nie jedziemy nigdzie w tym roku. Mam nadzieję, że chociaż uda nam się zwiedzić Fort William w Szkocji. To jest ten zamek, gdzie grali Harrego Pottera. :) No i może jakaś wycieczka nad ocean, jeśli pogoda dopisze, ale z tym może być w tym roku nieciekawie.

      Ech, ząbkowanie. My właśnie męczymy się z biegunką u Nadii. :/ Ale to nie od ząbków raczej, obstawiam bardziej słoiczek i biję się w pierś, że go jej podałam.

      Usuń
    3. Ohhh ale Szkocja ponoć jest piękna, a w weekendy można też fajne rzeczy pokombinować :) nawet lokalnie- ja zawsze wertuję cały net, by sprawdzić co się dzieje fajnego w moim mieście - chętnie bym częściej do teatru chadzała, ale to strasznie droga sprawa jest :(

      Usuń
    4. Może nie akurat weekendy :P Mąż ma grafik tygodniowy, więc rzadko wypada mu wolny weekend, częściej są to dni w tygodniu. Co nie znaczy, że Szkocji nie zwiedzamy. Już kilka miejsc odwiedziliśmy, w tym piękne wodospady. :)

      Usuń
    5. Może to i lepiej. W weekendy jest więcej turystów, a tak można w spokoju :) Marzy mi się ta Szkocja bardzo. Może kiedyś :)
      Ciepło pozdrawiam i życzę w takim razie jak najwięcej wypadów, odpoczynku i czasu pełną rodzinką :)

      Usuń
  6. Nigdy nie zrozumiem, czemu matki są tak dumne, że ich dziecko wszystkich zaczepia. Ja nie cierpię takich sytuacji, gdy jakieś dziecko mnie zaczepia i zagaduje, nie wiem czy wtedy lepiej je zignorować czy powiedzieć prosto z mostu że nie mam ochoty z nim rozmawiać i wcale mnie jego obecność nie cieszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że żadna matka nie chce by jej dziecko wyrosło na aspołecznego gbura. Ja lubię jak się do mnie uśmiechają ludzie, a szczególnie malutkie dzieci - przenoszą bezpretensjonalną, szczerą radość i zarażają szczęściem.

      Usuń
    2. Mozesz uwielbiac rozmawiac ze starszymi ludzmi i poswiecac im czas, byc wolontariuszem w schronisku, udzielac mlodziezy z rozbitych rodzin darmowych korepetycji, pomagac biednym finansowo ALE nie masz podejscia do malych dzieci i tak po prostu nie lubisz z z nimi przebywac=jestes aspolecznym gburem...

      Usuń
    3. Odpowiedziałam na Twoje pytanie, nie odnosząc się do Twojej osoby.

      Usuń
  7. Podziwiam, ja bym się chyba nie odważyła tak daleko wyjechać ;) Mam nadzieję że mimo "trudności" odpoczęliście od codzienności, otoczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę nie widzieliśmy innego kierunku o tej porze roku. Wróciliśmy do Polski a tu straszny upał panował! Uciekłyśmy do babci poza miasto, bo w domu spać dziecko nie mogło.
      Oczywiście, że odpoczęliśmy - jak nie musisz sprzątać, robić zakupów, gotować, a przede wszystkim zastanawiać się co ugotować to już jest odpoczynek :) Do tego zasypiając słyszałam szum oceanu, a to dla mnie największy relaks - pomimo stresu związanego z chorobą dziecka.

      Ciepło pozdrawiam :)

      Usuń
  8. suma sumarUM*

    OdpowiedzUsuń
  9. naprawdę nie pisze tego zlosliwie, sama mam mala coreczke i nie rozumiem po co zabierac tak daleko tak male dziecko. Strasznie egoistyczne to jest moim zdaniem, jak przez kilka lat nie pojedziesz za granicę to cos sie stanie? przecież jeszcze cale życie przed Toba :) Mowisz,ze jejbsie podobało, owszem bo miała nowe atrakcje, ale równie dobrze bawilaby sie w hotelu nad polskim morzem czy w gorach, ba nawet duzo lepiej bo by nie zachorowala! Dorosli zle znosza zmiane klimatu, klimatyzację czy silne wiatry a co dopiero takie maleństwo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Twoje zdanie, ale go nie podzielam. Maja ma ponad roczek, nie było tu żadnego męczenia. Gdy była malutka nigdzie jej nie zabieraliśmy. Zwłaszcza w lipcu, czy sierpniu - ja to uważam za egoizm. Zabieranie 2 czy 3 miesięcznego bobasa na urlop, gdy królują upały. Każda mama robi, jak uważa i nie ma co krytykować innych. A gdybyś mnie znała i częściej czytała w życiu byś mnie egoistką nie nazwała.

      Pozdrawiam i życzę miłych wakacji

      Usuń
    2. A ja nie uważam za egoizm wyjazdu z dzieckiem nawet w takich miesiącach jak lipiec, tym bardziej że dużej różnicy między końcem czerwca a lipcem nie ma (oczywiście nie mówimy o skrajnie upalnych miejscach jak np. Egipt czy Sardynia, gdzie w cieniu bywa i 38 stopni). Wiadomo, jak to jest z pogodą nad naszym Bałtykiem - loteria. Już większe prawdopodobieństwo, że dziecko się przeziębi jest właśnie nad naszym morzem, lodowata woda, jesienne temperatury : -). Nie widzę niczego złego w rodzinnych wakacjach za granicą. W zeszłym roku byłam na Krecie w lipcu, cudowna wyspa, temperatura 26 stopni i leciutki wiaterek - idealnie. Było mnóstwo rodzin z małymi dziećmi. Duża baza hotelowa, mnóstwo rodzinnych hoteli z piaszczystymi plażami. W tym roku, będąc już mamą będę celować właśnie w ten kierunek:. Polecam za rok:-)!

      Usuń
    3. Teraz jeśli chodzi o pogodę to wszędzie jest loteria. Pamiętasz lipiec ubiegłego roku? Ja doskonale. Maja miała zaledwie 2 miesiące, a przez bite 3 tygodnie temperatura nie spadała poniżej 30 stopni :( Spędziłyśmy lato u mojej mamy poza miastem, Maja spała w wózku pod orzeszkiem do 10 - potem aż do 18 nie wychodziłyśmy z domu - ukrop był nieprawdopodobny. Zupełnie nie w głowie mi były wakacje :) A plażowiczem nie jestem.
      Grecja w planach - o ile nie zbankrutują i nie zaczną robić jakiś strajków. Myślałam o Korfu. Ale next year wakacje w maju :)

      Usuń
  10. Madziu,straszne,że Majcia się tak pochorowała. Niby człowiek odpoczywa,bo jest w innym miejscu,ale jednak nie do końca cieszy się tym urlopem,martwiąc się o dziecko. Myślę,że ta gorączka to może być też kwestia długiego lotu,w samolocie zawsze jest chłodno,do tego tak jak mówisz zimny brodzik,wiatr i się porobiło :( Szkoda,bo Lanzarote jest naprawdę piękną wyspą,wartą dokładnego zwiedzenia. Samochód to najlepsza opcja. A na jakiej wycieczce byliście,jeśli mogę spytać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorączka okazała się być nadżerką na podniebieniu. Wzięła coś brudnego do buzi. No i jak się okazał czwóreczki mamy spulchnione i ząbek wyszedł, więc okazuje się, że to nie przez podróż, ani wakacje. Oczywiście istnieje ryzyko, że zmiana klimatu, ale pani doktor powiedziała, że bardzie prawdopodobnie to samo byłoby w domu. Tylko katar złapała.

      Byłaś na Lanzarote? Ja mam strasznie mieszane uczucia co do tej wyspy. Z pewnością wkrótce pojawi się post już o samej Lanzarote. A na wycieczce byliśmy typowo pod Maję w Rancho Texas Lanzarote Park :) I powiem szczerze, że byliśmy z mężem pod urokiem i wrażeniem - zwykle takie miejsca omijam szerokim łukiem, teraz chcieliśmy skorzystać z jakiejś atrakcji dla Majuszka i naprawdę warto było :)

      Całuski dla Ciebie Olu!
      Udanych wakacji!

      Usuń
  11. tak,byłam na Lanzarote. dla mnie ma ogromny urok,głównie przez estetykę i porządek,jaki na niej panuje. białe domki na tle czarnych wulkanicznych terenów mają niebywały klimat. przepiękny Park Timanfaya,winnice,klify,tarasy widokowe,naprawdę jest tam wiele do zobaczenia. Rancho Texas nie zaliczyłam,ale my bardziej na zwiedzanie bylismy nastawieni,niż na rozrywkę. może następnym razem się uda,bo myślę,że jeszcze kiedyś tam wrócimy (specjalnie zostawiliśmy sobie kilka punktów hehe). a czemu masz mieszane odczucia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz mnie właśnie przerażają takie miejsca, które bez ingerencji człowieka są mało przyjazne. Wulkaniczna ziemia, marsjanski krajobraz mnie przeraża. Kocham trawę, zieleń i życie, jakie się w nim toczy. A Lanzarote kojarzy mi się właśnie z Mad Maxem :)

      Usuń
    2. mi się akurat to bardzo podobało. miejsce inne,niż wszystkie,oryginalne,nietypowe. w ogóle dziwię się trochę,że lubiąc zieleń,rośliny, zdecydowaliście się na Lanzarote,nie czytaliście wcześniej,co to za wyspa? :)

      Usuń
    3. Wiedziałam. Ale wybraliśmy je świadomie :) Chcieliśmy jechać w miejsce, gdzie nie ma przerażających upałów i jest infrastruktura ciekawa, a nie bezludzie :) Więc to było z premedytacją. Poza tym warto zrobić czasem coś innego. Nabiera się wówczas szerszej perspektywy i pewne rzeczy bardziej docenia. Dowiaduje więcej o sobie i swoich upodobaniach czy potrzebach, na które nie zwracasz uwagi, gdy są zaspokajane :)

      Usuń
  12. Jako bezdzietna to chylę czoła przed każdym rodzicem na urlopie z dzieckiem! To jest dopiero wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednocześnie wyzwanie i codzienność. Praktycznie prócz zmianą otoczenia nie różni się to bardziej od naszej rytyny. Muszę tylko być bardziej przygotowana, bo wszystkiego spakować się nie da. No i plusem jest fakt, że nie sprzątam i nie gotuję :) Tylko dzieckiem się zajmuję. I to nie sama :) Tylko mam męża 24/24 :) Więc nie jest tak źle :)))

      Usuń
  13. U nas pierwszy urlop z młodym gdy miał 9 miesięcy wypadł wspaniale. Sami wszystko zorganizowaliśmy i pojechaliśmy autem do Chorwacji na dwa tygodnie. Były problemy, ale wszystkie przeciwności dały się pokonać :) w przyszłym roku planujemy wyjazd z 4latkiem i 9miesięczniakiem... zobaczymy jak to będzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to pięknie :) To na kiedy masz termin? :)))))

      Usuń