Love Story

25 sierpnia 2015

historia miłości
Był mroźny, styczniowy poniedziałek, gdy przez skype'a rzucił mnie chłopak. Klasa prawda? Nie ma to jak prawdziwy mężczyzna. Znów zraniona, znów zapłakana, znów nieszczęśliwa, postanowiłam odmienić swój los. Koniec z tęsknotą za odnalezieniem księcia z bajki. Koniec z poszukiwaniami. Koniec z facetami. Do końca roku żadnych facetów. Żadnych randek. Tylko ja, mój rozwój, dobra zabawa i spełnianie siebie na wszystkich, innych polach. Jak śpiewała Beyoncé: just me, myself and I. Co ma wisieć, nie utonie. W piątek przyjaciółka w ramach odreagowywania zabrała mnie do klubu. "Choć, mój chłopak ma sporo samotnych kumpli. Od wyboru do koloru. Wybierzesz sobie, co będziesz chciała. Jeden chyba wpadnie Ci w oko - zażartowała. Po moim trupie - odrzekłam zdecydowanie - w tym roku żadnych kolesi. Idziemy się pobawić, muszę to wytańczyć

Poszłyśmy. A. pokazała mi tego, co to niby miał mi wpaść w oko. Wybuchnęłam śmiechem, bo facet absolutnie nie był w moim typie. Złapałyśmy po piwie i rozpoczęłyśmy przegląd kolegów jej chłopaka. Ja się wygłupiałam, podczas gdy moja kumpela podchodziła do tego poważnie. Musiałam jej jasno nakreślić, że ja naprawdę nie chcę się z nikim zapoznawać. Mówię więc Zobacz, nie ma tu okazów, które są w moim typie. W tym momencie jednak dojrzałam wysokiego, szczupłego dredziarza, który zamyślony stał z rękoma w kieszeni. Miał w sobie niesamowity spokój. I takie wielkie, zielone oczy. Coś w nich było. Coś mnie zaciekawiło. No może za wyjątkiem tego! - pośpiesznie dodałam.  Tego?-  krzyknęła kumpela - przecież niecierpisz dredziarzy. Są tacy... brudni!? - przedrzeźniała mnie. Wiem, dziwne prawda? Jednak ten faktycznie coś w sobie miał. I zdecydowanie nie wyglądał na zaniedbanego. Wręcz przeciwnie. Mogłabym się z nim umówić. Mogłabym. Ale nie w tym roku. Odwróciłam wzrok i wróciłam do swojego piffka.

Przez resztę wieczoru bawiłam się wyśmienicie. Tańczyłam w rytm mojej ukochanej, czarnej muzyki. Śmiałam się. Popijałam ulubione piwo i szalałam wraz z moją ówczesną przyjaciółką. Wytańczyłam cały ból rozstania i smutek. Tajemniczy dredziarz większość wieczoru przegadał z jakąś dziewczyną. Uznałam, że własną. Był ciągle opanowany, a jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. To nie typ roześmianej, towarzyskiej duszy towarzystwa. Tylko kilka razy napotkałam jego wzrok. A może mi się zdawało, bo sama go podpatrywałam? Biło od Niego takim spokojem. Gdy spotkaliśmy się przy barze, uznałyśmy z koleżanką, że będzie kulturalnie zagadać. Ot tak. W końcu to kolega jej faceta. Przyszliśmy ekipą. Nie był zbyt rozmowny. Uznałyśmy, że chyba nie ma ochoty na nasze towarzystwo, więc poszłyśmy delaj potrząść tyłeczkami w rytm Sean'a Paul'a. 

Następnego dnia znów wszyscy wyszliśmy. Tym razem było inaczej. Znaleźliśmy się w klubie, w którym kompletnie nie miałam ochoty być. Dzięki Bogu moja kumpela to rozumiała. Sama nie lubiła takich klimatów. Wyprosiłyśmy jej chłopaka, żebyśmy zmienili lokal. Reszta postanowiła tam zostać. Nie miałam absolutnie nic przeciwko. W końcu nawet ich nie znałam. Byłam na doczepkę. Wyszłam żeby potańczyć i pośmiać się. Jak ja kochałam tańczyć. Opuścić lokal zdecydowała się jeszcze jedna koleżanka i o dziwo tajemniczy dredziarz, który od razu znalazł się przy moim boku i ni stą ni zowąd zagaił rozmowę. Lekko zdziwiona podjęłam się konwersacji. Była przyjemna, dowcipna, inteligentna. Cały czas się śmiałam. Resztę wieczoru spędziliśmy wspólnie.

W niedzielę przyjaciółka wysłała mi sms: Właśnie dostałam wiadomość od mojego X, że dredziarz się pyta, czy nie zechciałabyś dać mu swojego numeru telefonu. Hmnnnnn - nie mógł poprosić wczoraj wieczorem? Zastanowię się - odpisałam. Nie chciałam żadnych randek. Żadnych facetów. Żadnego płaczu. Żadnego angażowania się w cokolwiek. Ale do kina fajnie byłoby mieć z kimś pójść. Albo potańczyć. Nic więcej. No dobra co mi szkodzi. Kilka godzin później już klikałam w klawiaturę telefonu: Ok, daj. A co mi tam. Bez zobowiązań. Może choć miło spędzę czas. 
 
Wówczas nie miałam zielonego pojęcia, że oto daję swój numer mojemu mężowi. Tak właśnie zaczęła się moja znajomość z Gazelą. Nic się nie zapowiadało, że dojdzie chociażby do drugiej randki, gdy podczas pierwszej kłóciliśmy się o kiboli. Ale...  Dlaczego Wam o tym napisałam? Otóż dziś świętujemy trzecią rocznicę ślubu.  Kochanie wszystkiego najlepszego!


Bardzo jestem ciekawa Waszych historii. Jak, gdzie i w jakich okolicznościach poznaliście swoich partnerów. Zaiskrzyło od razu? A może zaczęło się od przyjaźni? Jakie jest wasze love story?
 
 

Zobacz także

0 komentarze