Bradley Cooper - kolejna ładna buźka czy poważny kandydat na Oscara?

27 października 2015

Czy Wy też czasem oglądacie film tylko dlatego, że pojawia się w nim aktor lub aktorka, których lubicie? Czy jesteście w stanie iść w ciemno do kina tylko dlatego, że na plakacie jest jego/jej nazwisko. Ja zdecydowanie tak, np. Meryl Streep czy Leonardo di Caprio. Dla mnie są oni gwarancją dobrego kina. Nigdy nie zawodzą. A skoro o kinie rzecz, co myślicie o Bradleyu Cooperze? Gwiazda wielkiego formatu? czy tylko kolejny przystojniaczek? Robią na Was wrażenie te błękitne oczy i zawadiacki uśmiech? Coś facet w sobie ma. Nieco bliżej jego sylwetkę nakreślił nam dziś Konrad. Serdecznie zapraszam:

Bradley Cooper to przykład aktora, który ciężko i wytrwale pracował na obecny wizerunek. Jeszcze kilka lat temu był etatową twarzą błahych komedii romantycznych („Zakochany Nowy York”, „Kobiety pragną bardziej”, „Walentynki”). Często też pojawiał się na drugim planie u boku innych gwiazd („Jestem na tak” z Jimem Carrey’em, „Przypadek 39” z Renée Zellweger, „Wszystko o Stevenie” z Sandrą Bullock). Za każdym razem był jednak mało wyrazisty i kompletnie nie zapadał w pamięć. Wyjątkiem był występ w komedii „Kac Vegas” (2009), która odniosła niespodziewany sukces i zapewniła Cooperowi status gwiazdy. Problem w tym, że nadal nie otrzymywał on ciekawych propozycji, natomiast „ładna buzia” nie zapewniała mu uznania krytyków. W filmach zazwyczaj „wyglądał”, nie mając przy tym zbyt wiele do zagrania – chyba nikogo nie dziwi fakt, że to właśnie Cooper zagrał „Buźkę” w kinowej wersji „Drużyny A” (2010). 


Z czasem Cooper wyspecjalizował się w graniu postaci, które za wszelką cenę dążą do sławy i bardzo często muszą żyć z konsekwencjami swoich nie do końca etycznych wyborów. W „Jestem Bogiem” (2011) zagrał pogrążonego w depresji pisarza, który niemalże z dnia na dzień zostaje człowiekiem renesansu. W „Między wierszami” (2012) ponownie wcielił się w niespełnionego pisarza, którego książka odnosi niespodziewany sukces. Bohaterowie Ci mieli świadomość, że niczego tak naprawdę nie zawdzięczają sobie, bowiem w drodze na szczyt pomógł im albo cudowny medykament, albo plagiat. Tym większa szkoda, że ten jakże ciekawy motyw uwikłania w konflikt z własnym sumieniem nie został do końca wykorzystany przez twórców obydwu filmów. Niemniej Cooper miał okazję spróbować sił w gatunku innym, niż komedia. 

Wbrew temu, co piszą krytycy, pierwszym prawdziwie przełomowym występem w poważniejszym repertuarze nie był wcale „Poradnik pozytywnego myślenia”, lecz „Drugie oblicze” Dereka Cianfrance’a – oba tytuły z 2012 roku. Wielowątkowe dzieło Cianfrance’a to podzielona na trzy akty epicka opowieść o ojcostwie, przeznaczeniu i konsekwencjach czynów, które z reguły definiują całe dalsze życie. Nieuchronna konfrontacja pomiędzy motocyklistą (Ryan Gosling), a policjantem (Cooper) zaważy o losie ich, a także ich synów. Ambitny stróż prawa pnie się po szczeblach kariery, ale co zrobić, gdy do głosu dochodzić zaczynają wyrzuty sumienia? Bradley Cooper ma wprawę w grywaniu tego typu ról, zaś „Drugie oblicze” to bodaj najlepszy ekranowy występ w jego dotychczasowej karierze.


Kolejne lata to owocna współpraca z Davidem O. Russellem („Poradnik pozytywnego myślenia” „American Hustle”) oraz Clintem Eastwoodem („Snajper”). Zdradzony mąż zmagający się z chorobą dwubiegunową w „Poradniku pozytywnego myślenia” to niewątpliwie skok do aktorskiej pierwszej ligi. Tymczasem niezrównoważony emocjonalnie agent FBI z „American Hustle” to kolejny cierpiący na przerost ambicji karierowicz w aktorskim dorobku Coopera. 

Zupełnie inną postacią jest Chris Kyle – snajper w oddziale SEALS w Iraku, który zyskał sławę niezawodnego strzelca, choć tak naprawdę nigdy o nią nie zabiegał. Zależało mu jedynie na uratowaniu jak największej liczby kolegów z armii. Kyle, co rusz rozstrzygał o czyimś życiu i śmierci, nie był więc bohaterem bez skazy. Podstawą scenariusza stały się wspomnienia najskuteczniejszego snajpera w historii Navy SEALS, który na wojnę patrzył dość bezrefleksyjnie: „Każdy kogo zastrzeliłem, był zły. Wszyscy oni zasłużyli na śmierć”. Bradley jednak spojrzał na swojego bohatera nieco przychylnym okiem. Dla filmowego Chrisa każde pociągnięcie za spust rodzi wątpliwość, zaś wojna to konieczność rozstrzygania niełatwych dylematów moralnych.
 

Jak się okazało, Cooper na tyle dobrze wszedł w grane przez siebie role, że trzykrotnie z rzędu („Poradnik pozytywnego myślenia”, „American Hustle”, „Snajper”) wyróżniony został nominacją do Oscara. Czy doczeka się kolejnej? Wszystko wskazuje na to, że w 2016 roku ma szansę znaleźć się w gronie nominowanych, jako najlepszy aktor pierwszoplanowy („Ugotowany” Johna Wellsa) oraz drugoplanowy („Joy” Davida O. Russella). W międzyczasie zachwycił wszystkich niełatwą rolą tytułowego „Człowieka Słonia” w scenicznej adaptacji sztuki Bernarda Pomerance’a na Broadwayu. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że temu Panu należy się Oscar? Bo talentu raczej nie sposób mu odmówić. Tymczasem zobaczcie jak Bradley Cooper poradził sobie z rolą dążącego do perfekcji, a zarazem skłonnego do samodestrukcji szefa kuchni.


Chyba pierwszy raz w życiu wyprzedziłam Konrada i obejrzałam  film jako pierwsza. Bo "Ugotowanego" udało mi się zobaczyć zaledwie dwa dni po premierze. Nie chcę Wam niczego zdradzać, namawiać albo uprzedzać dlatego poczekam na Wasze opinie. Może ktoś się wybiera? Lubicie Bradley'a? Czy przyciąga Was jego nazwisko? A może lubicie kogoś zupełnie innego? I chcielibyście się czegoś od Konrada dowiedzieć?
 
 

Zobacz także

0 komentarze