Slow life - rewolucja myślowa czy powrót do źródła?

23 listopada 2015

ruch powolnościowy 
Kultura masowa, kult pieniądza i komercjalizacja zepchnęły nadrzędne wartości w życiu człowieka: zdrowie, rodzinę, rozwój. I wcale nie mówię o samokształceniu, zdobywaniu trzech fakultetów, tysiąca szkoleń, które mają zapewnić nam lepszą pracę, lepsze życie, więcej pieniędzy, ale o zwykłej ciekawości życia. Rozwój, którego możemy doświadczyć poprzez uważne życie, rozmowę z innymi ludźmi, dyskusje, czytanie książek, podróże. Rozwój wewnętrzny.

Żyjemy w czasach, gdzie doba zdaje się kurczyć w zastraszającym tempie. W czasach, w których kobiety chcące wychowywać samodzielnie własne dzieci postrzegane są jako dziwolągi, które stronią od towarzystwa ludzi inteligentnych. W czasach, gdy każdy się śpieszy. Każdy chce dogonić, prześcignąć, wyprzedzić. W czasach, gdy nuda nas przeraża. Musimy być w ciągłym ruchu. Brak czasu to nasza choroba cywilizacyjna. Nie mamy czasu dla siebie. Nie mamy czasu dla dzieci. Nie mamy czasu przywitać się z wnuczką. Wejść na kawę do znajomych. Nie mamy czasu pomyśleć, jak nam minął dzień. Czego się nauczyliśmy. Co nas miłego spotkało. Nie mamy czasu się cieszyć. Być wdzięcznymi.  Kompletny brak refleksji.  Niedocenianie tego, co nam życie zaoferowało. Brak uwagi poświęconej własnym potrzebom. Niezwracanie uwagi na własny organizm, który zawsze komunikuje nam co jest nie tak.

Zakładając bloga nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jestem prawdziwą ambasadorką Ruchu Powolnościowego. Chciałam pokazać Wam, co tak naprawdę w życiu się liczy. Co jest ważne. Ilu wspaniałych rzeczy w życiu nie doceniacie. Ilu magicznych chwil nie dostrzegacie. Chciałam pokazać, że czasem warto usiąść i nie robić nic prócz słuchania, patrzenia i czucia tego, co oferuje nam dane miejsce. Ja np. kocham jazdę pociągiem. Nie czytam. Nie słucham muzyki. Patrzę przez okno. Wpatruję się w krajobraz, a myśli puszczam wolno. Pozwalam im biec równo ze stukotem pociągu. Czuję się wówczas prawdziwie zrelaksowana, a do głowy przychodzą same rewelacyjne pomysły.

Stąd był pomysł na nazwę bloga SAVE THE MAGIC MOMENTS! -  czyli kolekcjonuj piękne wspomnienia, łap szczęśliwe chwile, dostrzegaj magię wokół siebie. Kreuj własną! Mój blog, to mój sposób na wprowadzenie do życia wolniejszego tempa. Mojego własnego tempa. Bycie sobą. I dawanie innym magii i ciepła.

Z ideą SLOW LIFE spotkałam się stosunkowo niedawno. A okazało się, że to jest to, w co sama wierzę, co staram się z własnym życiem zrobić. Żyć uważnie. Znaleźć czas na refleksję. Czas dla siebie. Swoich potrzeb. Dla bliskich. Celebrować życie. Jego każdą chwilę. Dostrzegać piękno wokół mnie. Mieć w głowie poukładane własne sprawy. Wrzucić na luz. Żyć w zgodzie z naturą, porami roku. Uważam, że w życiu każdego z nas na wszystko przychodzi czas. Nie wszystko musimy mieć od razu. Warto się w słuchać w siebie. Warto przyjąć to, co rzuca nam los. Czasami wybiera od nas lepiej. Pragnę dostrzegać w życiu detale, przyglądać się im, przysłuchiwać, doświadczać głębiej, zrozumieć. Poznać prawdziwy smak życia. Uprościć je, tym samym wzbogacając o bardziej cenne rzeczy.  Czekać na coś z utęsknieniem, a potem cieszyć się, gdy nadejdzie. Pragnę oprzeć się pokusie posiadania więcej, gromadzenia niczym chomik. Stąd też zainteresowanie minimalizmem, pochwała jakości oraz chrapka na eko. Dążę do równowagi, choć zdecydowanie wyznaję prymat przyjemności nad zyskiem.

Czy Slow Life jest czymś nowym? Rewolucją myślową? Moim zdaniem to zwyczajny powrót człowieka do źródła i naturalnych potrzeb. Czy te wszystkie hasła nie brzmią Wam znajomo? Czy nie doznajecie deja vu. Przecież to powrót do naszego dzieciństwa. Do czasów, gdzie nie było wyścigu szczurów. Gdzie szanowano ludzi za ukończenie studiów, a nie licytowano się, kto ma więcej fakultetów i zna więcej języków.  Do czasów, gdy beztrosko zwisało się głową do dołu na trzepaku i grało w gumę przed blokiem, podczas gdy mama z babcią same gotowały obiad, z sezonowych produktów, warzyw z ogródka lub lokalnego warzywniaka. Powrót do czasów, gdy zamiast siedzenia przed telewizorem czy laptopem czas spędzano razem. Rodzinnie. Gdy w domach unosił się zapach świeżo upieczonego ciasta, a posiłki jadano wspólnie. Nieśpiesznie. Każdy żył własnym tempem. Bez pośpiechu. Bez presji. Bez stresu. Życie w pośpiechu prędzej czy później stanie się płytkie. Warto zwolnić, zanim coś nas ominie.


Czas płynie szybko. Z wiekiem coraz szybciej. Na to nie mamy wpływu. Ale to od nas zależy, jak go właściwie wykorzystamy. A Wy? Jak go wykorzystujecie? Stale narzekacie na brak czasu? Czy może odnaleźliście własne tempo, które sprawia, że jesteście szczęśliwi? Czy slow life jest Wam bliskie? A może dla Was to czysta brednia? 


Zobacz także

0 komentarze