Gwiazd naszych wina - lektura nie tylko dla młodzieży

4 maja 2016


John Green
 
Czasami zwykłym zbiegiem okoliczności trafiasz na piękną książkę. Książkę, która Cię porusza, daje do myślenia. Książkę, którą cieszysz się, że jest fikcją literacką, a nie prawdą. Książkę, która wyciśnie z Ciebie morze łez i sprawi, że własny mąż Cię nie pozna. Książkę przy której żałujesz, że się skończyła, jednocześnie będąc za to wdzięcznym autorowi, bo tak naprawdę wolisz nie znać kilku odpowiedzi. Właśnie taka jest "Gwiazd naszych wina" Johna Greena.

Prawdę mówiąc, nigdy bym po nią nie sięgnęła, gdybym nie obejrzała filmu. Teraz żałuję, że najpierw obejrzałam ekranizację, bo nie mogłam wyobrazić sobie sama głównych bohaterów, nie mając przed oczyma aktorów. I choć pasują idealnie do swych ról, już nigdy się nie dowiem, jak widziałabym ich ja sama. Film obejrzałam zupełnie przez przypadek. Podczas ubiegłorocznych wakacji na Lanzarote, kiedy to Maja spała, a Gazela pokonywał kilometry, biegając wzdłuż nadmorskiej promenady.

Niby książka dla młodzieży, z półki young adult, a mimo wszystko wciągająca, interesująca i poruszająca ciężkie tematy, jak życie i śmierć, choroba czy nieśmiertelność.  "Gwiazd naszych wina" to świat przedstawiony oczyma 16 -letniej Hazel Grace, która ma czwarte stadium raka tarczycy, z przerzutami płuc, co sprawia, że samodzielnie nie może oddychać. Podłączona do butli z tlenem, którą zawsze ciągnie za sobą w plecaku, nie ma zbyt wielu przyjaciół. Od dawna nie chodzi do szkoły, choć maturę ma już za sobą i uczęszcza na zajęcia w collegu. Nad wyraz inteligentna i dojrzała ponad przeciętną dziewczyna, której eksperymentalne leki przedłużają tylko życie. Pogodzona ze swoim losem, spokojna, i opanowana. 
Pewnego dnia na nudnym spotkaniu grupy wsparcia poznaje niezwykle intrygującego, przystojnego Augustusa Watersa. Chłopaka, któremu kostniakomięsak - niezwykle wredny rak tkanki kostnej - odebrał nogę.  Augustus jest nieprzeciętną postacią. Pewny siebie, świadomy swej urody (choć w naprawdę uroczy i ujmujący sposób), charyzmatyczny, uwielbiający wygłaszać monologi na temat własnego pojmowania życia, wiecznie z niezapalonym papierosem w ustach (wszak papieros to tylko metafora "trzymasz w ustach czynnik niosący śmieć, ale nie dajesz mu mocy by zabijał) zakochuje się  w Hazel.

Czy taka miłość jest możliwa? Czy ma w ogóle sens? Jasnym jest, że ich nieskończoność należy do tych najmniejszych. Liczy się każdy dzień. Każdy może okazać się ostatnim. To, co najbardziej mnie ujęło w ich historii to nieprawdopodobny wręcz dystans do choroby. Traktowanie raka ironicznie, momentami wręcz zabawnie, np. sposób w jaki mówi o sobie Hazel jako o Osobie Profesjonalnie Chorej, czy żarty dotyczące bonusów rakowych. To sprawia, że książkę czyta się mimo wszystko bardzo lekko. 
Oswajanie czytelnika ze śmiercią jest bardzo zgrabne. W bohaterach tej książki nie znajdziesz pretensji do świata. Nikt tu nie zadaje pytań, dlaczego ja. Nie chce być traktowany ulgowo, czy wzbudzać litość. Oni chcą po prostu cieszyć się każdą chwilą, jaka jest im jeszcze dana. To powieść o dojrzewaniu, pierwszej miłości, chorobie, postrzeganiu świata. Autor stawia wiele pytań, na które nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Czy chory ma prawo zadawać ból bliskim? Czy po śmierci dziecka rodzic nadal pozostaje rodzicem? Ma prawo do normalnego życia? Czym jest bliskość? Co po nas pozostanie? Czy zostaniemy zapamiętani?

To nie książka filozoficzna. Green zadaje czytelnikowi naturalne pytania. Pytania, które prędzej czy później pojawiają się w naszym życiu. Znakomicie zbudowane postacie, błyskotliwe dialogi i realistyczne podejście do tematu bez patosu i przesady sprawia, że ciężko przejść obok obojętnie, przeczytać i zapomnieć. To książka, która wżera się w serce, a mimo ciężkiego tematu pozostawia w nas uczucie lekkości i spokoju.

Zobacz także

0 komentarze