Ania z Zielonego Wzgórza - książka mojego dzieciństwa

18 lipca 2016


 
Nie pamiętam zbyt wiele z mojego dzieciństwa. Pamiętam jednak, że mama co wieczór siadała przy moim łóżku i czytała mi "Opowieści biblijne". Uwielbiałam je i znałam wszystkie tomy na pamięć. Gdy tylko próbowała mnie przechytrzyć skracając wieczorne czytanie do poduszki, od razu wiedziałam, że coś pomija. Nie dawałam się nabrać. Nie, nie. Lektura musiała być przeczytana od deski do deski. Książki te nadal mam w domu u rodziców, a każde spojrzenie na nie wywołuje na mej twarzy szeroki uśmiech.

Pamięcią sięgam dopiero lat szkolnych, gdy zaczęło się czytanie lektur i tuptanie do szkolnej biblioteki. Z pewnością w pamięć zapadły mi takie pozycje, jak "Dzieci z Bullerbyn" czy "Ferdynand Wspaniały". Jednak książką mojego dzieciństwa zdecydowanie była "Ania z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montgomery. Uwielbia ją chyba każda dziewczynka. Mnie totalnie zaczarowała. Czułam się, jak gdyby Ania była moją najlepszą przyjaciółką, Przyjaciółką od serca. Bratnią duszą. Rozumiałam ją pod każdym względem i w każdej sytuacji. No dobra. W jednej kwestii się nie zgadzałyśmy - nie rozumiałam, czemu tak wiele czasu zajęło jej zrozumienie, że kocha Gilbera. Przeżywałam z nią wszystkie jej problemy. Cieszyłam ze wszystkich sukcesów. Marzyłam, by tak jak ona odnaleźć swoją Dianę i zawsze przezwyciężać trudy życia przy wsparciu takiej przyjaciółki.

Kto nie lubi tego przemądrzałego i wyszczekanego rudego piegusa? Inteligentna, dumna, obrażalska i fochliwa, odważna, z wybujałą wyobraźnią, ogromnym sercem oraz wyidealizowanym pojmowaniem świata, kompletnie mnie w sobie rozkochała. Ania Shirley, sierota zaadoptowana przez rodzeństwo Marylę i Mateusza Cuthbertów i zamieszkująca urokliwe Zielone Wzgórze. To była pierwsza książka, od której nie można mnie było odciągnąć. Pierwsza książka przy której płakałam. Pierwsza książka, na którą byłam zła, że się skończyła, bo chciałam spędzać więcej czasu w towarzystwie Ani. Wreszcie pierwsza książka, dzięki której samowolnie sięgnęłam po kolejne tomy. Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że chciałam. Pierwsza, absolutnie fantastyczna, najwspanialsza książka mojego dzieciństwa. Powieść ciepła, prawdziwa, mądra. Traktująca o tym, co w życiu najważniejsze. O tym, by być sobą. O tym, by nie bać się marzyć. O tym, by być wdzięcznym za to, co przynosi nam los. I by zawsze sięgać po jeszcze więcej.

Tak, Ania była, jest i będzie moją bratnią duszą. Zawsze z głową w chmurach. Zawsze radosna i z zadartym nosem. Myślę, że to właśnie ona mnie ukształtowała jako dziewczynkę i kobietę. Czasem sama nie wiem, czy to ja jestem tak podobna do Ani, czy to od Ani tak wiele przejęłam. "Ania z Zielonego Wzgórza" zawsze budzi ciepłe wspomnienia i skojarzenia. Sprawia, że na sercu robi się ciepło.

Jestem bardzo ciekawa czy też masz taką książkę? Książkę, od której zaczęła się Twoja przygoda z czytaniem. Książkę, która tak mocno wryła się w Twoje serce i pamięć, że stała się częścią Ciebie? Sięgasz po nią po latach? Masz ją w swojej domowej biblioteczce? Podsuniesz do przeczytania własnym dzieciom?
Wpis powstał dzięki Marcie z RUDYM SPOJRZENIEM, która mnie zainspirowała zapraszając na występy gościnne. Jeśli lubisz czytać koniecznie do niej zajrzyj. 

A jeśli lubisz dyskutować o książkach, wymieniać się spostrzeżeniami i po prostu o książkach rozmawiać zapraszam do KLUBU KSIĄŻKI.


 

Zobacz także

0 komentarze