WIELKI GATSBY - O człowieku, który żył dla jednego tylko marzenia

5 lipca 2016


 
Muszę przyznać, że ostatnio nie oglądam filmów prawie w ogóle. Totalnie pochłonęło mnie czytanie, toteż gdy tylko powiedziałam mojemu przyjacielowi, że sięgnęłam po klasykę i wreszcie zabrałam się do Wielkiego Gatsby'ego wdaliśmy się w dyskusję i tak od słowa do słowa stwierdziliśmy, że na blogu zamiast recenzji książki, tym razem pojawi się recenzja filmowa. Jesteś ciekawa? To serdecznie zapraszam.
 
 


Na wstępie zaznaczam, iż powieść F. Scotta Fitzgeralda jest literaturą najwyższej próby, która nie straciła nic ze swej aktualności, mimo iż została wydana w 1925 roku. Zmieniły się czasy, ale nie ludzkie charaktery opisywane przez autora w jego najwybitniejszym dziele, które doczekało się kolejnej ekranizacji. Wydawałoby się, że akcja mogłaby spokojnie rozgrywać się w czasach współczesnych, tymczasem twórcy zdecydowali się na wierne przeniesienie powieści na ekran. W rękach reżysera takiego jak Baz Luhrmann - dla którego ogromną rolę odgrywa forma i to ona zazwyczaj góruje nad treścią (patrz. „Moulin Rouge”) - powieść Fitzgeralda zyskała całkiem nową jakość.

Nowy Jork, początek lat 20. XX wieku. Narratorem filmu jest trzydziestoletni Nick Carraway. Co ciekawe, w jego mniemaniu „trzydziestka” to nic innego jak „zapowiedź dekady samotności, przerzedzająca się lista nieżonatych znajomych, przerzedzające się zapasy w teczce entuzjazmu, przerzedzające się włosy”. Cóż, nie brzmi to entuzjastycznie. Carraway ma tego świadomość, na dodatek niespecjalnie kryje pogardę dla wielu wysoko postawionych osób, z którymi przychodzi mu obcować. Ten ów pracowity „młodzieniec” wciągnięty zostaje w pewną intrygę, której sprawcą okazuje się być tajemniczy pan Gatsby… Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Całą historię nazwać można dość nietypowym love story, jednakże prawdy uniwersalne oraz cytaty pojawiające się w filmie (żywcem wyjęte z powieści!) na długo pozostają w pamięci, podobnie jak niekonwencjonalna - jak na tego typu produkcję - ścieżka dźwiękowa (z utworami Lany Del Rey i Fergie na czele), która dodaje filmowi niebywałego wręcz kopa. 


Historia Gatsby’ego jest potwierdzeniem tezy, iż wszystko jest możliwe, jeżeli tylko pragniemy coś osiągnąć. „Jimmy po prostu musiał zajść daleko” – powie o Gatsby’m jego ojciec. Jimmy Gatz w interpretacji DiCaprio bez wątpienia był człowiekiem ambitnym, który stopniowo wspinał się na sam szczyt. Zarówno w książce, jak i w filmie odnajdziemy przesłanki ku temu by sądzić, że nasz tytułowy bohater nie dorobił się majątku w sposób legalny. Bogactwo nie było jednak celem, lecz środkiem do osiągnięcia czegoś więcej. Czego tak naprawdę pragnął Gatsby? Nie interesowały go przyjęcia, ani rozgłos, pieniądze zaś nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. Odróżniało go to od całej „bandy zgniłków”. Widział to jedynie Nick, który ostatecznie okazał się jedynym prawdziwym przyjacielem Gatsby’ego. Podczas ostatniego spotkania obu panów Carraway wykrzyczy wręcz słowa: „Jesteś więcej wart niż cała ta cholerna zgraja razem wzięta”. Jednak bez względu na wszystko „Gatsby wierzył w zielone światło…”. Niewątpliwie „przebył długą drogę… i jego marzenie musiało wydawać się tak bliskie, że trudno byłoby go nie pochwycić. Nie wiedział, że jest ono już za nim…”. Nie wiedział, że osoba, do której tak bardzo chciał się zbliżyć reprezentuje wszystko, co najgorsze. Carraway, w odróżnieniu od Gatsby’ego, miał świadomość tego, że nieszczere w uczuciach osoby nie są warte naszego zaangażowania, dlatego znajomość z Jordan Baker była dla niego jedynie przygodą. Gatsby natomiast chciał coś odzyskać, „być może jakąś ideę samego siebie…”. Co więcej, wierzył głęboko, że gdyby mógł zacząć od początku, wówczas odnalazłby sens. Carraway przekonywał go, że nie można powtórzyć przeszłości, choćby nie wiadomo jak bardzo się chciało. Można jedynie wpłynąć na teraźniejszość, nie popełniając błędów z przeszłości. Fitzgerald pisze, iż wszyscy zmagamy się z prądem, który spycha nas w przeszłość – starajmy się zatem wiosłować dalej, na przekór temu nurtowi, tak aby nie podzielić losu Gatsby’ego, który „zapłacił wysoką cenę za to, że za długo żył dla jednego tylko marzenia”. Niestety marzenie to było tylko pozorne. Z jednej więc strony podziwiajmy upór Gatsby’ego w dążeniu do celu jako takiego, z drugiej zaś współczujmy mu, gdyż tak naprawdę poświęcił życie dla ludzi, którzy – jak to ujął Fitzgerald – „niszczyli rzeczy i żywe istoty, a potem wycofywali się za swoje pieniądze czy za swoją ogromną beztroskę, czy za coś jeszcze, co trzymało ich ze sobą…”.

Słowa uznania należą się obsadzie filmu. Leonardo DiCaprio po raz kolejny dał bezbłędny popis gry aktorskiej. Co więcej, sam Gatsby (zarówno w książce, jak i w filmie) jest obecny - powiedziałbym - dość rzadko, ale każdorazowe pojawienie się tej postaci na ekranie przykuwa uwagę widza. Wyzwaniu sprostał także Tobey „Spiderman” Maguire, obecny na ekranie niemalże non stop. Co więcej, obaj panowie przyjaźnią się ze sobą od lat, co zapewne wzmocniło tzw. chemię na ekranie między parą głównych bohaterów. Świetną robotę wykonał Joel Edgerton w roli Toma – dość niejednoznacznego w ocenie antagonisty Gatsby’ego. Jeśli chodzi o role kobiece, największą niespodzianką była dla mnie jakże piękna i przebojowa Elizabeth Debicki w roli Jordan Baker, natomiast największym rozczarowaniem niezapadające w pamięć: Carey Mulligan w roli Daisy oraz Isla Fisher jako Myrtle. Bez problemu mógłbym wyobrazić sobie w tych rolach tuzin innych aktorek. Niemniej jednak Buz Luhrmann dał czadu i po nieudanej „Australii” zrobił film w stylistyce (niebywała wręcz, przykuwająca uwagę forma), która w pełni definiuje go jako artystę.

Konrad Kluza
 
 
 A Ty oglądałaś film? A może oglądałaś starą wersję z Robertem Redfordem? Która wersja jest Ci bliższa? Moja mama wciąż powtarza, że tamta jest o wiele lepsza. Muszę to w końcu sama ocenić. A książkę czytałaś?
 

Zobacz także

0 komentarze