Nasza droga mleczna

9 sierpnia 2016


 
Nasza droga mleczna dobiegła końca. W ubiegły poniedziałek Maja po raz pierwszy nie zawołała wieczirem piersi. Jestem z niej szalenie dumna, a jednocześnie czuję smutek i nostalgię po minionej przygodzie, bo karmienie piersią było dla mnie najpiękniejszą, najbardziej emocjonalną, wspólną przygodą. I choć droga ta nie była usłana różami, a początki były wręcz tragiczne, to nić porozumienia, jaka nawiązała się między nami podczas wspólnego karmienia pozostanie w nas na zawsze. Absolutnie zrobiłabym to jeszcze raz i jestem dumna z siebie, że wytrwałam, że dałam radę, że chciałam, że znalazłam siły.

Nasza przygoda trwała niespełna 27 miesięcy. To długo. To bardzo długo. A nawet nie planowałam karmić dziecka piersią. Poważnie. Wyobrażenia o macierzyństwie w ciąży są takie śmieszne. Dziś mnie to bawi. A wówczas podchodziłam do wszystkiego śmiertelnie poważnie. Nie widziałam siebie jako matki polki karmiącej. Ja z cycem? Nigdy w życiu. Moje wizje były takie kategoryczne. Wyciągnie mnie, będzie bolało, a potem zostaną obwisłe piersi! - myślałam. Na szczęście zaczęłam troszkę czytać artykułów w tym temacie i stwierdziłam, że co ma być to będzie. Spróbować nie zaszkodzi. Zawsze miałam bardzo drażliwy biust. Bałam się piekielnego bólu. 

Gdy Maja wreszcie pojawiła się po drugiej stronie brzuszka, nawet nie zauważyłam kiedy położna wrzuciła mi ją ba brzuch i przystawiła do piersi. Oblała mnie taka fala pozytywnych, matczynych uczuć, że po prostu wiedziałam, że przy cycu zostaniemy. Pierwszy raz był dziwny. Zabolało. Zaszczypało. A potem oblała mnie fala hormonów i już innego nie wchodziło w grę.

TRUDNE POCZĄTKI


Potem było jednak gorzej. Dużo gorzej. Rozumiem dlaczego tyle kobiet to zostawia. KArmione pięknymi obrazkami z filmów i gazet nie wiedzą, jakie to trudne. Nie potrafiłam Mai prawidłowo przystawiać. Bałam się jej. Bałam się zrobić jej krzywdę. W szpitalu obkładano mnie poduchami, więc po powrocie do domu staraliśmy się robić to samo. Koniec końców, jak już się obłożyłam tymi tysiącami poduszek, nie byłam w stanie sięgnąć sama dziecka. Jak je dostałam, bałam się piekielnie że zrobię jej krzywdę. Maja źle łapała. Krótko jadła. Za to wołała co jakieś 30 minut. Gdzieś jeszcze mam zeszyt z notatkami, w  którym położna kazała nam notować każde karmienie - jak często, jak długo. Straszyła nas, że mała za krótko je, nie najada się, pewnie schudnie. Spadnie jej waga. Niedobrze. Ja płakałam. Miałam baby blues. Czułam się okropnie.

Mała w nocy spała. A my jej nie budziliśmy. Tymczasem przyszedł nawał. A pokarm nieściągnięty na czas doprowadził do zapalenia piersi. Wystarczyło kilka godzin. Gorączka, dreszcze. Strach przed zatorem. USG. Jedno, drugie, trzecie. Antybiotyk. I ogromne wyrzuty sumienia. Co ze mnie za matka, że w drugim tygodniu po porodzie szprycuje dziecko antybiotykiem?

NAJWAŻNIEJSZE JEST WSPARCIE I DETERMINACJA


Na szczęście w szpitalu poznałam wspaniałą położną, doradcę laktacyjnego. Tylko dzięki jej wsparciu, wsparciu mojego męża, który przy mnie trwał i nie pozwalał mi się poddać, wsparciu mojej siostry, która sama karmiła piersią 2 lata i wiedziała, że to nie tylko piękny obrazek mamy karmiącej malucha, zazdrosnym spojrzeniom mojej mamy, której nie było dane karmić mnie naturalnie i Ramonie, która mimo iż sama nie wytrzymała długo, mnie wspierała niczym trener swojego najlepszego olimpijczyka dałam radę. Dałam radę. 

Tak! Przetrwałam najgorsze! Nauczyłyśmy się siebie nawzajem. Zaufałam sobie. To klucz do wszystkiego! Zaufałam sobie! Zaufałam Mai! Nauczyłam się jej. I ją rozumiałam. Wiedziałam kiedy jest głodna, wiedziałam, że chce jej się pić. Przystawiałam na żądanie. Nie wg klucza, nie z podręcznikiem w ręku. karmiłam na żądanie. Moje dziecko to była prawdziwa Pampuszka. Do pół roku dostawała tylko i wyłącznie pierś. Żądnego dopajania, żadnego dokarmiania mm.

Łatwo nie było, bo mleka z butelki nie chciała. Byłyśmy więc od siebie uzależnione. Ale byłam zadowolona i szczęsliwa. Nie przeszkadzało mi to strasznie. Chciałam karmić dłużej. Przy wprowdzaniu stałych pokarmów stopniowo wyrzucałyśmy poszczególne karmienia. Wprowadziłyśmy wodę do picia. W szczególnych okolicznościach pierś znów szła w obieg (bolesne ząbkowanie, choroba). Weszło nawet mm z kaszą na noc. Tak. I tak pierwsze odeszło karmienie obiadowe. Potem podwieczorkowe. Zostały karmienia poranne, przed spaniem w dzień, wieczorne i nocne. 

Gdy Maja skończyła 17 miesięcy odstawiła mnie sama. Byłam z niej dumna. A jednocześnie bardzo nie chciałam końca tej przygody. Byłyśmy akurat umówione na sesję w ramach kampanii MILKY WAY. A tu zonk. Odmówiłam sesji. Maja piersi. Ale za 3 dni przyszło bolesne ząbkowanie, choroba, gorączka i znów zaczęłyśmy się karmić. Nie umiałam jej odmówić. A sama nie byłam gotowa na zakończenie naszej drogi. Jednak na początku tego roku zaczęłam już odczuwać znużenie. A im bardziej nie chciałam jej karmić, tym bardziej Maja lgnęła do mnie. 

ZAKOŃCZENIE BEZ TRAUMY


W te wakacje była tak zajęta bieganiem po plaży, że zaczęła usypiać podczas drzemki popołudniowej nie wołając cycusia. Po dwóch tygodniach o tym zapomniała. Po powrocie zaczęłam jej odmawiać piersi z samego rana. Ale tylko 2 dni. Po trzecim już nawet nie wołała. Nie było łez. Było tylko czekanie do karmienia wieczornego. Po pierwszej przespanej nocy bez nas zapomniała również o karmieniu nocnym. I tak zostało nam tylko karmienie wieczorne. Ja już dawno dojrzałam do tego, żeby ja odstawić. I tego dnia, gdy miałam postanowione, że dziś odmawiam, a Maja po prostu nie zawołała. Weszła do łóżeczka i zasnęła. Po 3 dniach jej się przypomniało.  Wytłumaczyłam, że mleczka już nie ma. Skończyło się. Cycuś jest pusty. Szybko zaproponowała czytanie na dobranoc, które zostało ochoczo przyjęte. 

Nie było udawanej akcji, że cycuś chory, że lekarz nie pozwala. Nic z tych rzeczy. Nie było rysowania piersi flamastrem, by zniechęcić. Zwyczajna informacja na poziomie rozwoju dziecka: Maju mamusia ma coraz mniej mleka. JEsteś już duża, a ono znika. Od dziś już nie jemy. 

Byłam naprawdę zaskoczona, że nie było płaczu, histerii, obrażania się. Maja przyjęła do wiadomości, zaakceptowała ten fakt. A teraz? Teraz mi jest troszkę żal. Tęsknie za tym. Jak tęskni się za czymś co było piękne, ale dobiegło końca. Bo wszystko ma swój początek i koniec. Maja zrobiła się jeszcze większa przylepka. Ta potrzeba bliskości z matką nie znika. Więcej się przytulamy, więcej buziaczkujemy, wyznajemy sobie miłość i wspólnie czytamy książeczki. Po prostu znalazłyśmy inną formę okazywania sobie bliskości i intymności.

A ja zawsze będę Cię zachęcała i wspierała, byś przy trudnych początkach się nie poddawała. Determinacja i wsparcie są w tym wszystkim najważniejsze. To oraz wiara, że dajesz dziecku najpiękniejszy prezent, jaki może otrzymać od matki. Nie ważne, ile karmisz: miesiąc, trzy, pół roku, rok, dwa, a może i jeszcze dłużej. Liczy się każda kropla tego, co daje dziecku natura. A wierz mi ona bardzo sprytnie i mądrze sobie to wszystko obmyśliła.
 
 

Zobacz także

0 komentarze