Will you marry me?

25 sierpnia 2016


Dziś nasza 4. rocznica ślubu, dlatego wzięło mi się na wspominki. Pokazywałam Wam już nasze fotki ślubne, czytaliście również o tym, jak się poznaliśmy. Pomyślałam, że fajnie będzie Wam napisać, jak wyglądały nasze zaręczyny, bo były dość... nietuzinkowe. Przynajmniej moja wersja brzmi dość oryginalnie...

Dla kobiety moment zaręczyn jest wyjątkowy, magiczny i przeważnie długo wyczekiwany. Większość z nas jeszcze zanim pozna swego "księcia z bajki" wyobraża sobie tą chwilę. Niektóre, wręcz piszą w głowie cały scenariusz. Skłamałabym mówiąc, że o tym nie myślałam. Zwłaszcza, gdy poznałam moją Gazelę. Marzyłam jednak tylko o trzech rzeczach: by mój luby poprosił o rękę moich rodziców, by kleknął (bez tego to przecież nie zaręczyny) i by podobał mi się pierścionek. 
 
Mieszkaliśmy ze sobą od roku, gdy mój mąż nagle ni z gruchy, ni z pietruchy oświadczył mi, że wyjeżdżamy na weekend, ale nie powie mi gdzie. To niespodzianka. W mojej głowie zakiełkowała pewna myśl: Hmnnnn chyba chce się oświadczyć. Ale zaraz zwątpiłam. Przecież byliśmy razem dopiero 1,5 roku. Całą drogę o tym myślałam, ale mój mąż wciąż opowiadał o nieudanych związkach, zniechęcając mnie do małżeństwa i do wszystkiego, co z tym związane, jednocześnie przekonując, że przecież nikomu nie jest to do szczęścia potrzebne. Jednym słowem robił mi wodę z mózgu. Czułam się skołowana i nie wiedziałam co myśleć. W końcu byliśmy na trasie do mojego ukochanego Krakowa.
 
Kiedy Gazela zaczął szukać jakiejś ładnej restauracji na uboczu znów powróciła "ta" myśl. To nie było do niego podobne, żeby wybrzydzać. Mieliśmy na bakier z pieniędzmi więc, gdy zobaczyłam ceny w menu stwierdziłam, że idziemy do Mexicany. Nie stawiał oporu. Hmnnn, a może jednak chodzi o zwykły weekend? I sprawienie mi po prostu przyjemności? Tyle truję o spontanicznych wypadach, niespodziankach...?
 
Nagle zaproponował przejażdżkę dorożką. O matko, ale się ucieszyłam. Zawsze o tym marzyłam. Oświadczy się, oświadczy! Padnie na kolano. Czekałam. Napięcie rosło. Czekałam, aż powie coś romantycznego, zacznie nerwowo bełgotać. A ten nic. Hmnnnn, coś jest nie tak. Nie ma odwagi, a może nie jest zdecydowany? Tymczasem nasza przejażdżka dobiegła końca. 
 
Miłych niespodzianek jednak nie było końca. Od rynkowych kwiaciarek dostałam przepiękny bukiecik kwiatów. Skromny, malutki. Dokładnie taki, jak lubię. Zrobił się wieczór. Ohhh taki romantyczny wieczór. Dostałam nawet pluszowego smoka wawelskiego. Czekałam. Nadal nic. W końcu mąż zaproponował spacer na Planty. No może teraz? Wieczór. Kraków. Idealny nastrój. Idealne miejsce. Idealny ciepły, lipcowy wieczór. Nic. 
 
I wówczas... dostrzegłam w jego kieszeni kwadratowe pudełeczko. O ja, o ja! Oświadczy się! A może to nie to, o czym myślę? Nie. To na pewno pudełeczko z pierścionkiem. Siedzimy na ławce. On mnie przytula. Rozmawiamy i nic. Zaczyna się ściemniać, a po mojej głowie krążą czarne myśli: Nie chce mnie! Rozmyślił się! O Boże rozczarował się mną. Pewnie coś głupiego palnęłam, jak zawsze. Przestraszyłam go. Może nie jest gotów? Nagle Gazela stwierdził, że się ściemnia i pora wracać do hotelu. Serce mi pękło. Poczułam tak wielki ból i ukłucie. Rozczarowanie. Starałam się nic nie pokazywać.
 
Szliśmy wzdłuż Wisły. Kiedy mijaliśmy Wawel pojawiła się ostatnia nadzieja. Poszliśmy dalej. Łzy podpływały mi do oczu. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Usłyszałby przecież to w moim głosie. Zapytał tylko czemu jestem taka milcząca. Odburknęłam, że jestem zmęczona. Szłam dalej. Starałam się zachować resztki godności. Rozczarowana, przybita i święcie przekonana, że po prostu facet się rozmyślił. Szłam jak na stracenie. 
 
Wtem mój mąż wciąga mnie pod latarnię. Klęka i następuje cisza. Sytuacja była tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać, a na usta cisnęło mi się tylko: No zadasz wreszcie to pytanie? Oczywiście na głos tego nie powiedziałam. Czekałam. Zadał. Nawet nie pamiętam, jak ono dokładnie brzmiało, byłam tak zniecierpliwiona wyczekiwaniem i zmęczona domysłami. 
 
Nie było łez szczęścia. Nie było skakania pod niebiosa. Był wymarzony pierścionek, który sama nieświadomie wybrałam (przyjaciółka udawała, że wybiera swój, a ja przecież też musiałam wybrać swój i przymierzyć, żeby nie czuła się nieswojo), były kwiaty dla mojej mamy i prośba o rękę do taty, był uknuty cały misterny plan. Mój strateg zapomniał tylko o jednym. Że wybiera sobie za żonę bardzo spostrzegawczą, ciekawską i autodestrukcyjną kobietę, która zanim usłyszała to pytanie, już widziała oczyma wyobraźni, jak facet jej nie kocha i po powrocie rzuca. Dziś się z tego śmiejemy. Musicie przyznać, że wyszło dość oryginalnie. Wszystko tak pięknie przygotowane, uknute i zachowane w tajemnicy. Do dziś zastanawiam się, jak moja przyjaciółka mogła mnie tak nabrać, że nawet przez myśl mi nie przyszło, że Gazela chce się oświadczyć, że sama sobie wybrałam pierścionek zaręczynowy. I moja mama? Dochowała tajemnicy? Słowem się nie zdradziła, choć pytałam skąd ma takie piękne kwiaty? Nieprawdopodobne. 
 
A jaka jest Wasza historia? Podzielisz się? ja tymczasem idę zatelefonować do mężusia, który to rok rocznie w tym czasie wysyłany jest w delegację. Życie.


Zobacz także

0 komentarze