Mam już dość!!!!

29 listopada 2016


Ile razy dziennie to powtarzacie? Bo ja czasem kilka. Tak, mam czasem dość siedzenia w domu z dzieckiem. Tak, mam czasem dość mojego dziecka. Tak, mam ochotę zrobić w ścianie dziurę a la Królik Roger. Tak, potrzebuję odpoczynku. Tak, potrzebuję odskoczni. Tak, mam nerwy. Nie byłabym normalna, gdybym nie odczuwała tych wszystkich emocji. Założę się, że Ty też tak masz.

Z miłością do dziecka jest podobnie jak z każdą inną. Przechodzi przez swoje etapy. Jest faza fascynacji i ślepego zauroczenia. Jest faza znudzenia i potrzeba odpoczynku. Jest też moment, gdy nagle dostrzegamy w nim wady (zwykle nasze własne - to właśnie nas najbardziej drażni). Ale jest też moment ponownego zauroczenia, euforii a także mądrej, dojrzałej miłości. Trochę to przypomina sinusoidę.

Tak jestem mamą na pełen etat. Nie oddałam dziecka do żłobka. Nie chciałam. Mam do tego prawo, jak i mam prawo do własnego zdania. Nie oznacza to, że neguję kogokolwiek, bo postąpił inaczej. Biorąc pod uwagę własne przekonania i potrzeby mojego dziecka, taka opcja wydała mi się najwłaściwsza i najmądrzejsza dla Nas. Nadal tak myślę. Jednak nie oznacza to wcale, że siedzę w domu i pachnę. Nie jestem też gorsza, bo się czasem wścieknę na moje dziecko, albo mam go dość.

Jasne, mamy które wróciły do pracy zawsze podają argument, że taka relacja jest zdrowsza. No może w waszym przypadku tak. Ja jednak nie wyobrażałam sobie widzieć mojego rocznego dziecka dwie godziny w ciągu dnia oraz rano na szybko, szykując się do pracy. Po prostu nie mogłam.

Oj Ty to masz fajnie, siedzisz w domu i robisz co chcesz. Nie masz żadnych obowiązków, ani stresów. Stop. I tu się mylisz. Nie maluję sobie paznokci, nie czytam książek i nie błądzę w necie. Moje dziecko mi nie odpuszcza na chwilę. Nawet teraz, gdy jestem w drugiej ciąży. Nie siedzę i nie pachnę. W zasadzie nie mam czasu usiąść. Ktoś może mi złośliwie powiedzieć chciałaś - masz. A jasne że mam - mam świetną więź z dzieckiem, łatwo jest mi je zrozumieć, znam je na wylot i niczego nie przegapiam. Widzę, jak się rozwija, jak co dzień pokonuje własne słabości i słyszę te wszystkie śmieszne "dorosłe" teksty, które puszcza. I jestem z tego faktu zadowolona. Bardzo. Kocham Maję nade wszystko.
Ale mam też prawo do zmęczenia, do marudzenia i do chwili odskoczni. To na mnie skupiają się wszystkie problemy, to ja muszę być na chodzie 24/7 - to mnie woła, gdy coś złego się stanie. Ty idziesz do pracy i przez chwilę zapominasz, ja nie mogę zapomnieć nawet na chwilę.

Jak siedzieć z dzieckiem i nie zwariować?


Wciąż zadaję sobie to pytanie, bo czasem mam wrażenie, że zwariowałam. Czasami chce mi się po prostu płakać i modlę się, by ktoś mi je zabrał choć na godzinę. Nie potrzebuję weekendów bez dziecka. Jestem na to zbyt rodzinna. Nie muszę się dziecka pozbyć. Nie korzystam z każdej dostępnej mi okazji. Muszę po prostu mieć coś swojego. Gdy więc do domu wraca mąż, czasem gdzieś wybywam (o ile mój stan mi na to pozwala) - wychodzę na zakupy, spotykam się z kimś, albo idę do kosmetyczki czy fryzjera. No sportów nie uprawiam. Części nie mogę. A te co mogę - bądźmy szczere, po całym dniu z szaloną i nieokiełznaną 2,5-latką, która jest gejzerem energii, będąc w ciąży, najszczęśliwsza jestem z książką w ręku, pod kocem i gorącą herbatą na stoliku. I właśnie o to chodzi. By mieć czas i chwilę dla siebie. By oddać czasem dziecko mężowi/dziadkom/koleżance. Z mężem bardzo często wychodzimy tylko we dwoje. Do kina, na spacer, na sushi. Lubimy ten czas dla siebie.

Staram się też zaangażować dziecko w swoje obowiązki. Uwielbia mnie naśladować, więc jej to ułatwiam. Gdy ścielę łózko, ścieli je ze mną. Gdy piekę coś w kuchni, pieczemy razem. Razem rozwieszamy pranie, razem ścieramy kurze. Co mam dzięki temu? Ano poprzez zabawę Maja się uczy, a ja mogę na spokojnie wykonywać swoje obowiązki. Dziecko jest wybawione, więc za chwilę będzie bawiło się samo (mogę odsapnąć przez kilka minut), a dodatkowo uczy się pomagać.

Gdy tylko zajmie się sobą, staram się nie wchodzić jej w paradę. Nie przychodzę, dopóki sama mnie nie zawoła - a wierz mi, to nie trwa długo. Robię to nie tylko dla własnego spokoju. Również dla niej. Dzięki temu polubi przebywać sama ze sobą. Rozwinie w sobie poczucie komfortu oraz samostanowienia. Co więcej, uruchomi wyobraźnię, bo sama zaczynie wymyślać sobie zajęcia. 
Mam wspaniałą sąsiadkę z synkiem w wieku Mai - chodzimy na wspólne spacery, a gdy pogoda nie rozpieszcza odwiedzamy się nawzajem. Dzieciaki bawią się razem, a my możemy poplotkować. Czas nam milej płynie - dzieciom również.

Mamo, nie daj się zwariować! Nie rób też z siebie matki Polki. Jeśli obrałaś drogę taką jak ja, daj sobie prawo do zmęczenia. Chcesz pomarudzić - napisz do mnie - serio - ja Cię zrozumiem. Pozwól sobie czasem myśleć, że masz dość swojego dziecka. Masz do tego prawo. Ono też ma Cię czasem dość. Gwarantuję Ci. I co najważniejsze: to jest normalne. Odpuść sobie. A czasem się porozpieszczaj. Porozmawiaj z partnerem - ważne by to on Cię rozumiał, doceniał co robisz dla rodziny i pozwolił, a  wręcz zachęcał, byś zrobiła coś dla siebie. Zdanie koleżanek nie jest ważne. One mają inne dzieci, innych mężów, inne życie, inne charaktery.
Prawda jest taka, że nie ma złotego środka. Są dni, gdy jest bardzo ciężko. A są dni, gdy wręcz pieje nad dzieckiem, jak nad niemowlakiem. Są dni, gdy uciekam by się zresetować, odżyć, złapać oddech, nabrać dystans. Ale za nic w świecie bym się nie zamieniła. Za nic w świecie bym jej nie oddała na dłużej niż jedna noc. I zawsze wracam do domu z radością, stęskniona, gotowa na następny dzień.
 
 

Zobacz także

0 komentarze