Last Month #4 - home sweet home

28 czerwca 2017


 
Miniony miesiąc spędziliśmy głównie na wygnaniu. Jako, że w bloku zarządzono przymusowe remonty i codziennie przez ponad dwa tygodnie wyłączano wodę, by na koniec zrobić u nas wielkie jopy w ścianach pod wymianę rur, z dziewczynkami udałyśmy się na wieś do dziadków. Zaliczyliśmy pierwszy Dzień Dziecka Emilii, Dzień Ojca oraz jej chrzciny, a Maja dostała się do przedszkola. Na szczęście jesteśmy już u siebie, z tatą, bo nie ma to jak w domu, prawda?

Emilcia rośnie w oczach. Tak szybko się zmienia. Pamiętam, że z Mają było tak samo. Ten pierwszy rok leci nieubłagalnie i zanim zdążysz się nacieszyć dzieckiem, ono jest już zuepłnie inne. Emiś to zgrabne niemowlę, które codziennie zyskuje więcej umiejętności. Jest bardzo silna, próbuje się podnosić, cudnie trzyma główkę, choć szyja czasem nie daje rady. Przewraca się tylko na boczki, jeszcze nie potrafi inaczej, ale leżeć to ona już nie chce. Non stop karze się nosić i podziwia świat. Tak, podziwia to odpowiednie słowo, bo wprost śmieje się do drzew i liści. No jest zachwycona jak się ją nosi przodem do kierunku ruchu. Głowa jej wówczas się dosłownie kręci i słychać ten wesoły rechot. Uwielbia rozmawiać. Sama zaczepia. A jak się śmieje na widok Mai. Jak już zdążyłaś zauważyć, wpadłam po uszy. Jestem w niej kompletnie zakochana. A jak się śmieje, gdy widzi cycusia. No rozwala mnie to kompletnie, bo dosłownie rechocze na głos.

Majuszka ma nadal ciężki okres. Pobyt u dziadków tylko to spotęgował, bo zamiast uczyć dziewczynki współżycia, dziadkowie bawili się z nią i tylko z nią od rana do nocy, robiąc za nią wszystko i lekceważąc moje uwagi, że wychowujemy ją inaczej. Cofnęła mi się totalnie. Nie chce sama chodzić do toalety, nie chce sama jeść. A od września przedszkole, więc w domu rozpoczynamy trening samodzielności. Chyba nie muszę Ci mówić jaki jest krzyk, ból i łzy? Zaczęła się złość, rzucanie przedmiotami, krzyki itp. Tak, aż ciężko uwierzyć, że ten anioł ma pod skórą diabła, a ma! Za chwilę zaś przychodzi powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Mnie najbardziej. Póki co nie odbija się to na siostrze, ale... coś czuję, że to kwestia czasu.

Emisia obchodziła w tym roku swój pierwszy Dzień Dziecka. Acz u nas było ciężko, bo tata z dala od Nas. I były chrzciny. Były. Z przygodami, bo ciocia ledwo dojechała do Kościoła, a potem musiała szybko wracać na Śląsk. Emisia nie ma więc zdjęć z chrzestną, tylko na szybko z kościółka. No niestety, czasem życie pisze scenariusz za nas i nic nie jesteśmy w stanie poradzić. Jako mama dobrze to rozumiem. Cieszymy się, że była z Nami w tym naprawdę najważniejszym momencie, ale o tym więcej innym razem.

Co jeszcze? Aaaa! Przedszkole. Tak! Maja dostała się do przedszkola. Nie tam, gdzie mi się marzyło, ale za to ze swoim przyjacielem. Ja, matka, byłam na pierwszym zebraniu rodziców. To dopiero przeżycie. Kurcze... być po tej drugiej stronie. Jakie to dziwne. Staro się poczułam. Serio. Ale wracając do meritum, mam pietra. Strasznego. Nie wiem, jak Maja da sobie radę. Pani choć zrobiła na mnie wspaniałe wrażenie, to jest jedna, a dzieci 25! Trochę to dużo. Spanie przymusowe. Majeczka nie umie się dzielić, nie umie jeszcze guzików sama zapisnać, w kibelku potrzebuje nieco pomocy. Wiem, że mamy dwa miesiące na naukę wszystkiego, ale ona jest tak delikatna psychicznie, tak emocjonalnie rozchwiana, że naprawdę się o nią boję. Z drugiej strony nie mogę się doczekać, aż będziemy z Emi same - być tylko z jednym dzieckiem to teraz dla mnie najbardziej komfortowa sytuacja z możliwych. Swoją drogą, czy te wyrzuty sumienia kiedyś miną? 

Jeszcze kino. Pierwsze kino Mai. Randka z tatą. Myśleliśmy, że będzie wow, ale niespecjalnie wywarło to na niej wrażenie. Bardziej cieszy ją spacer na lody. No i ciągle słyszę "Mama pamiętasz jak w zeszłym roku..." tak, tak bo wszystko co było, to było w zeszłym roku - nawet dzień wczorajszy. Pocieszne to.

I tak sobie trwamy. Ja, Maja i Emi. Czasem dołącza tatuś. Czekamy na jego urlop. No dobra, ja czekam, aż będziemy wszyscy razem. Nawet nie wiecie, jak bardzo doceniłam jego wkład w opiekę nad dziećmi, gdy zabrakło mi go u rodziców. Mąż jest uczulony na sierściuchy, więc nie mógł zostawać na nocki u rodziców. Podróżował też w delegacje, więc widziałyśmy go dwa razy w tygodniu. Nawet w weekend wracał po kąpieli dziewczyn, by wrócić następnego dnia. Stęskniona i wyczerpana nocami z Emi, wracałam do domu w podskokach. Jak dobrze mieć męża, który robi wszystko przy dzieciach. A Twój? Mam nadzieję, że to również typ partnera?
 

Zobacz także

0 komentarze