Nie idź utartym szlakiem - rób po swojemu i bądź szczęśliwa!

4 września 2017


Dzień mojego ślubu jest jednym z moich najpiękniejszych wspomnień. Dzień, w którym nie czułam żadnego stresu ani nerwów. Nie miałam żadnych wątpliwości, że mężczyzna, którego zaślubiam jest tym odpowiednim. I tej pewności życzę każdej pannie młodej. To właśnie ta pewność sprawiła, że otaczała mnie aura szczęścia. Nie obchodziło mnie, że coś nie wyszło, że odpadał kwiatek z włosów, że zcałowano ze mnie cały makijaż, ani to, że wieczór musiałam ze względów zdrowotnych zakończyć dużo wcześniej, niż byśmy się tego spodziewali. Chłonęłam ten dzień, minuta po minucie. Liczyło się tylko tu i teraz. Uważność.

Nerwus ze mnie i perfekcjonistka. Mieszanka najgorsza z możliwych. Przed ślubem byłam strzępkiem nerwów, ale tego dnia 25 sierpnia 2012 roku obudziłam się szczęśliwa, uśmiechnięta ze spokojem w sercu. Oaza spokoju. Pomknęłam na skrzydłach do fryzjerki. Dokładnie pamiętam, gdzie zaparkowałam. Pamiętam nasze ploteczki - Ania była wówczas w ciąży. Potem przygotowania ruszyły pełną parą. Ubieraliśmy się w naszym mieszkaniu. Mąż w sypialni, ja w salonie. Nie odwiedzając się, ani nie podglądając. Do mnie przyszła makijażystka. Nie ta, którą umówiłam, a  jej koleżanka, która miała ją zastąpić, bo moja uległa wypadkowi. I tak poznałam Iwonkę (doulę, z którą do dziś mam kontakt). Umalowała mnie dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam. Delikatnie. Tylko czarna kreska i neutralny cień. No i fotograf. Zakochałam się w jego zdjęciach, ale okazało się, że jest też wspaniałym człowiekiem, który doskonale wie, jak się zachować. Jak nie przeszkadzać. Kiedy i jak robić zdjęcia. No zatkało mnie, gdy ujrzałam owoc jego pracy. 
 
Do domu przybyła świadkowa, świadek, rodzice, teściowie, babcia. Było dużo śmiechu, łez i wzruszeń. Dokładnie pamiętam błogosławieństwo. Nasz ślub nie był typowy. Ja miałam krótką sukienkę w grochy, ala Audrey Hupburn. On dredy. Do ślubu jechaliśmy tylko ze świadkami. Prowadził szwagier, świadkowa razem z nim na przodzie i my z tyłu. Nigdy nie jechałam tak wolno autem, zaśmiewając się przy tym do łez. Nigdy też nie przypuszczałam, że będę płakała na własnym ślubie i to już w drodze do ołtarza.
 
Pamiętam wszystko. Słońce, które w końcu wyszło, gdy tylko podjechaliśmy pod kościół. Ludzi, którzy uśmiechali się do Nas z tramwaju, delikatny wiatr, który rozwiewał mi welon, dłoń męża, która nie puszczała mnie nawet na chwilę. Znajome twarze wyczekujące pod Katedrą, zestresowanych rodziców, perfumy mojej świadkowej. Wzruszenie, jakie mną wstrząsnęło, gdy usłyszałam rozbrzmiewające po całej katedrze silne głosy kuzynek Gazeli i groch łez, jaki popłynął mi z oczu, gdy dotarło do mnie, jak one pięknie śpiewają. Tak, ten śpiew będzie rozbrzmiewał w mym sercu do końca świata. Nie chcieliśmy marsza Mendelsona, nie chcieliśmy nikogo wynajmować. Kuzynki męża należą do Kościoła Zielonoświątkowców i te pieśni śpiewały właśnie na naszym ślubie. Są takie piękne, takie emocjonalne, takie pozytywne, pełne miłości. Coś cudownego. Płakali wszyscy. Wszyscy goście, a ja tylko pożałowałam, że jednak tego nie nagrywamy.

Pamiętam przysięgę, kazanie, przyjazny uśmiech proboszcza, na którego obecność tak bardzo liczyliśmy. Ustawianie się do grupowego zdjęcia, a potem niekończące się życzenia. Ojej, jak mnie bolały nogi. Najchętniej wróciłabym już do domu. A to był dopiero początek. Tyle ludzi, a w pamięć zapadły mi życzenia tylko od dwóch osób: te najpiękniejsze i te najgorsze.

Nie chcieliśmy wesela. Nie lubimy wesel. Zawsze się na nich nudzimy. Był obiad dla rodziny. Skromny, mały. Na 37 osób wliczając nas. Powitanie, chleb i sól, nerwowe mruganie mamy, kieliszki z wódką (ja miałam wodę!) i obiad! O matko jakie to jedzenie było dobre, aż prosiłam świadkową, by poluzowała mi gorset, bo chciałam wszystkiego spróbować. Wystrój sali, wpadające słońce, żarty, śmiechy bliskich, atmosfera miłości, radości i ciepła rodzinnego. Magia. Obiad nie trwał długo. Potem wszyscy złożyli podpisy na naszym drzewku szczęścia, złożyli szczęścia i się rozeszli, a my...

Zeszliśmy piętro niżej i czekaliśmy na znajomych. Na salce klubowej mieliśmy imprezkę. Nasi przyjaciele i znajomi. DJ grający normalną, współczesną muzykę. Nic przaśnego. Żadnych przyśpiewek, żadnego gadania. Żadnego "idziemy na jednego". Tak jak lubię. Nie było też pierwszego tańca. Mój mąż się stresował i od razu wiedziałam, że to dla niego zbyt wiele. Nie lubi występów publicznych. To introwertyk, a ja nie chciałam go do niczego zmuszać. Sama tańczyć uwielbiam. Tańczyłam w zespole przez 14 lat. Wpadłam na szalony pomysł. Przez 3 miesiące wraz ze świadkową i jej siostrą instruktorka uczyła nas układu do LOVE ON TOP mojej ukochanej Beyonce. Posłuchaj tej piosenki, wsłuchaj się w słowa. Jest idealna. To była moja niespodzianka dla męża. Mój prezent. Taniec dla Niego. Oj nie było to mistrzostwo świata. Ale miałam przy tym tyle zabawy i włożyłyśmy w to całe serce.


Co tydzień po kryjomu spotykałyśmy się w trójkę. Uczyłyśmy się, plotkowałyśmy i świetnie przy tym bawiłyśmy. Bo wszystkie trzy, ja, świadkowa i jej siostra po prostu kochamy Beyonce. Razem byłyśmy później na jej koncercie. Miałyśmy mega frajdę. Nie jesteśmy profesjonalistkami. Ale wiesz co? Był fan, było zaskoczenie, była radocha. Nie zapomnę tego do końca życia.

To była znakomita zabawa, a nawet 3 kieliszków alkoholu nie wypiłam. Nie chciałam. Chciałam pamiętać wszystko, chciałam chłonąć ten dzień. Pech chciał, że moja przyjaciółka zaciążyła. Pech dla mnie, bo małżonek kocha tańczyć, a jego partnerka nie mogła. Dorwał zatem pannę młodą, a jak. No i zwyobracał mnie na całego. Skąd biedny facet mógł wiedzieć, że panna młoda niczym obłędny rycerz ma kopnięty błędnik, który zawiedziony w pole błądzi w poszukiwaniu równowagi? No nie mógł. Po jednym tańcu byłam jak po dwóch litrach wódki. Niestety na nogi już nie stanęłam, a przy torcie mąż mnie podtrzymywał. W tym stanie dotrwałam do 1 i niestety dłużej nie dałam rady. Znajomi bawili się dalej. 

Przykro mi było, że tak się to skończyło, a jednocześnie...  cieszyłam się na myśl o wygodnych bokserkach i ciepłym, mięciusim łóżeczku. Noc poślubna? Hehehe przespałam, wracając do równowagi. Ale obudziłam się już po raz pierwszy jako Pani Erbel. 

Chciałabym móc opisać moje uczucia tego dnia, ale chyba nie potrafię aż tak czarować słowami. Mam nadzieję, że poczułaś w tym wpisie choć ociupinę tej magii.  Każdej kobiecie życzę spokoju serca, który daje pewność wyboru właściwego partnera.

Zobacz także

0 komentarze