Last month # 9 - mamo, ja stoję!

4 grudnia 2017


Listopada chyba nikt nie lubi, ale ja nie mam nic przeciwko niemu. Lubię zaszywać się w domu przed świętami. Pod kocykiem, z herbatą, książką lub laptopem, planować Święta, spiskować, wymyślać niespodzianki. Owszem, na zewnątrz aura jest dobijająca i kompletnie niesprzyjająca dobremu samopoczucie, ale dla Nas to był naprawdę udany miesiąc, a przede wszystkim dla Naszej Małej Kruszynki, która postawiła swoje kolejne kroki milowe.

Milusi w tym miesiącu wyszły dwa ząbki, miała swoje imieninki, a na koniec wstała. I jak wstała, tak siadać nie chce. Z dnia na dzień z cichutkiej kruszynki zmieniła się w powsinogę. Szczypie ją licho w pupę i chce być wszędzie. Ba ona wstawać chce ciągle i wszędzie. Raz jej się udało i teraz po prostu szlifuje umiejętność, a jej determinacja nie ma końca. Gdy się na coś uprze, nie ma zmiłuj. Za cel obiera sobie kontakt, kółka od wózka, bądź też tak niecnie kuszące gry Majusine. Nic nie stanie jej wówczas na przeszkodzie. Miś? Misia można przesunąć, obejść, można też się przez niego przetoczyć, a z uporem maniaka można przez niego przepełznąć. Zajmuje to trochę czasu, ale cel zwykle bywa osiągnięty. Urocza jest w tej swojej konsekwencji, bo przerw niemal nie robi, a jak robi to na spanie. Oczywiście spanie na mamie, bo odkładanie do łóżeczka nadal nie wchodzi w grę. Tak, są pewne rzeczy, które się nie zmieniają.

Problem mamy też z jedzeniem. Podczas, gdy Maja w tym wieku już dawno miała zastąpione dwa posiłki i jadła dosłownie wszytko, a żadna kombinacja nie była zła, Emilia nie je nic. Żadnych warzyw, żadnych zupek, czy to miksowanych, czy gotowanych przeze mnie, czy ze słoiczka. Nic. Ewentualnie brokuł lub ziemniak, tylko metodą BLW. Nic więcej. Ale jogurt, biały serek, kaszka, czy owoc ze słoiczka zawsze. No ciężko to idzie. Bardzo.


Dziecko rośnie i się rozwija, a my dalej nie śpimy, bo konsekwencją nowych umiejętności jest czujność nocna, półtoragodzinne przerwy w spaniu, bądź też pobudki co jakieś 45 minut. Gazela dalej nie biega, matka nie ma czasu na pisanie i wieczorami padając na kanapę, gapi się przed siebie, jak sroka w gnat. Odmóżdżenie totalne. Czasem nie jesteśmy w stanie zwyczajnie porozmawiać. Ale jeden uśmiech Emi lub Mai wystarcza, by trudny i znoje zamienić w czyste szczęście.

Imieniny obchodzimy, choć w malusim gronie rodzinnym, ale zawsze, bo dziecko też człowiek. Mimo, iż mały powinno mieć wszystkie przywileje i prawa. Zatem świętowaliśmy, acz mała się nam akurat w tym czasie rozchorowała i to po raz pierwszy. Na szczęście zło zażegnane. Oby na dłużej.

Majuszka choć też po chorobie, to też szczęśliwa, bo matka zabrała ją na rewię na lodzie. Tak, zawitało do nas Holiday on Ice i nie potrafiłam odmówić sobie tej przyjemności. Była ekscytacja, bo był Zygzak, Sally Carera, Myszka Mickey, Elsa i Anna. Przede wszystkim zaś był to czas tylko z mamą, bez dzielenia się z siostrą. Tylko my dwie. Było super, muszę szukać więcej takich okazji, więc jak tylko wyzdrowieje szukam teatru, figloraju i innych uciech, jakie nasze miasto może zaoferować.

Było też Wszystkich Świętych (pierwsze rozmowy o śmierci), 11 listopada i 4 urodziny bloga. Na instagramie fotograficzne wyzwanie książkowe. Jak miałabym powiedzieć, że to był zły miesiąc?
Był udany, bardzo udany. Do tego jeszcze knucie przedgwiazdkowe, które uwielbiam.

A Tobie, jak minął miesiąc?

Zobacz także

0 komentarze