wakacje z dziećmi


Żyję w jakiejś mydlanej bańce, w  której dni zlewają się w jeden, a mimo to czas pędzi bezlitośnie. Nie wiem, który dziś dzień tygodnia, ani miesiąca. Wiem, jaka pora roku. Życzenia urodzinowe składam po czasie, a czasem o czasie przepraszając za spóźnienie. Macierzyństwo mnie wchłonęło, a ja wciąż mam wrażenie, że niezbyt sumiennie odnajduję się w tej roli. Tymczasem upłynął czerwiec, a ja znów jestem spóźniona z naszym podsumowaniem.

Ema ma skończonych 16 miesięcy. Robi się z niej taki mały, rozkoszny człowieczek, który coraz sprawniej się porusza, coraz lepiej komunikuje i coraz lepiej zdaje sobie sprawę z tego, czego potrzebuję. To dziecko jest niesamowicie zdeterminowane i ma ogromną potrzebę autonomii. Wszytko pragnie robić sama i wiesz co? Świetnie jej to wychodzi. Jasne, nie raz już glebę zaliczyła, ale zwykle wstaje, otrzepuje się, znów próbując zrobić to, co zamierzała. Zwykle jeszcze opowiadając mi, co się wydarzyło. Potrafi zaprowadzić mnie na miejsce zdarzenia, gestami oraz mimiką twarzy wszystko opowiedzieć, używając przy tym tylko jednego słowa. Bo mówi niewiele, ale już raportuję, że słownictwo nam się powiększyło o słowa takie jak, chodź (choć), daj,  Ema, ja. Wszystkie odpowiednio wyważone, wypowiedziane z wielkim przejęciem. Często próbuje powtórzyć coś innego, ale jeszcze jej to nie wychodzi. Bardziej powtarza dźwięki, brzmiące jak słowa, które ma na myśli. Widzę jak się stara, jak uśmiecha, jakby chciała bym zauważyła jej wysiłek. Jest przeurocza, a ja kompletnie w niej zakochana. Ruchowo jest nad wyraz rozwinięta. Wspina się, biega, ostatnio nauczyła się kręcić wokół własnej osi, podnosi nogę do góry, stojąc na drugiej. Wszystko to ją tak cieszy, napawa dumą. Cudownie jest móc patrzeć, jak się rozwija, każdego dnia zyskując kolejne umiejętności.

Czerwiec jednocześnie był dla nas czasem okrutnego ząbkowania. Nie sądziłam, że rzucą się jej od razu czwórki, bo ma tylko komplet jedynek oraz dwie dwójeczki. Nieprzespane noce, płacz, marudzenie, katar, biegunka oraz wysoka gorączka. A mimo to przechodzi to łagodniej, niż jej starsza siostra. Mamy już swoje triki, jednak patrzenie na cierpienie dziecka, boli tak samo.

Gdy czytam stare posty o Majusi, nie mogę się nadziwić, jak bardzo te chwile umykają, jak szybko się człowiekowi wszystko zaciera. Właśnie wróciłam do wpisu o Majeczce w tym samym wieku i stwierdzam, że są jednak do siebie podobne. Czułość, która przychodzi w tym miesiącu, poczucie bezpieczeństwa, potrzeba okazywania uczuć, nieustające całusy i przytulanie, zabawa w dom, lulanie lal, zabawa rytmem, odkrywanie możliwości swego ciała.

moja starsza siostra

No i co najważniejsze. Po tylu miesiącach poświęceń, Ema zaczęła powolutku pozwalać mi się w dzień, odkładać do łóżeczka. Bo tak, do tej pory spała tylko na mnie i nie było takiej opcji, by uśpić ją poprzez noszenie, w łóżeczku, w wózku, na naszym łóżku. Zaczęło się już w ubiegłym miesiącu, gdy podczas snu zaczęła ze mnie schodzić, ale nadal się tuląc, aż wreszcie załapała. Nie jest idealnie. Nie zawsze na to pozwala, ale zaczęło się właśnie w Zawiatach. Mówiłam, że magiczne miejsce, prawda? Oj nawet nie wiesz, jaka ja jestem szczęśliwa. Na razie chodzę jak myszka po cichutku, byle się nie zbudziła, ale obserwując, że śpi czuję się coraz swobodniej. To chyba jest wiadomość miesiąca.

Majunia, cały miesiąc była zdrowa! A to u nas sukces ponad miarę i stan, którego nie zaznaliśmy od sierpnia ubiegłego roku. Koleżanka radośnie chodziła na końcówkę przedszkola, była taka szczęśliwa. Weekendy zupełnie inne, wyjazdy zupełnie inne, życie zupełnie inne. I rower kupiony, więc nauka trwa. Tyle uciech, tyle nowości. Tyle śmiechu i zabawy. Tyle czasu we czworo, tak jak Maja lubi najbardziej. To szalona czterolatka. Pełno energii, mało rozwagi. Próbuje nowych rzeczy, dziwnych zachowań podpatrzonych u innych dzieci. Nie są niestety najmądrzejsze. Przerażenie mnie bierze, jak widzę, co wyprawia przy stole. Jest też niesamowicie wrażliwa i już zaczynają się akcję typu "Mamo, a X powiedziała, że nie jestem jej koleżanką". Zastanawiam się czasem, skąd w dzieciach jest tyle wredoty.

Zaskoczeniem było dla Nas zakończenie przedszkola. Otóż Pani zaproponowała nam przesunięcie Mai o rok wyżej, ze względu na jej rozwój. Wiązałoby się to z wcześniejszym pójściem do szkoły. Długo z mężem debatowaliśmy, czy faktycznie się na to zgodzić. Ostatecznie, odmówiliśmy. Może uznasz, że jestem szalona, ale znam Majuchę. Psychicznie jest taka krucha. Zmiana grupy i Pani byłaby dla niej naprawdę ciężka. Jest zdolna, inteligentna. Potrafi dodawać do dziesięciu. Nauczyła się sama. Ani ja, ani mój mąż, ani nawet Pani w przedszkolu jej nie uczyła. Potrafi napisać większość liter alfabetu oraz kilka słów jak: Maja, Elsa, Anna, Mama, Tata. Wciąż prosi by jej pokazywać. Sama jej nawet nie namawiam, nie pokazuję pierwsza. Podejrzewam, że gdyby w naszym życiu nie pojawiła się Emilia, a ja bym miała dla niej te 100% uwagi oraz czas, by z nią pracować i bawić się, jak robiłam to do tej pory, już by czytała. Jest niesamowicie ciekawa wszystkiego. Psychicznie jednak jest bardzo delikatna, pełna empatii i wrażliwości. W jej życiu na raz pojawiło się zbyt wiele zmian. Własny pokój i odstawienie piersi oraz smoka, moja ciąża, potem siostra, przedszkole i poczucie odrzucenia.  Zobaczymy, jak będzie wyglądał ten rok. Mam nadzieję, że przestanie tyle chorować i wreszcie znajdziemy więcej czasu dla siebie. A raczej ja dla Niej.

zawiaty


W tym miesiącu działo się tyle, że własnych imienin nawet nie zauważyłam. Trwaliśmy w szale przygotowań do weekendu czerwcowego, który był po prostu idealny. No dobra droga na Kaszuby, była męcząca, bo Emisia chyba nie lubi podróży autem. To siedzenie w jednym miejscu, dla takiego małego robaczka, to zdecydowanie zbyt wiele, a jak się robi sennym, to nie ma jak do mamuni się przytulić. Wyjazd na Zawiaty totalnie przerósł moje oczekiwania. Była idealna pogoda, a miejsce. Jeju, miejsce jest tak urokliwe, a infrastruktura dla rodzin z dziećmi dzieci dopieszczona, że nie tylko ośrodek polecam, ale wręcz Was namawiam, by skusić się na pobyt. Las, śpiew ptaków, jezioro, animacje dla najmłodszych, pełne wyżywienie (5 posiłków, a nie 2). Coś wspaniałego. Z resztą, jeśli nie czytałaś jeszcze postu, to serdecznie zapraszam na relacje i cudowne fociaszki. To był najpiękniejszy Dzień Dziecka, jaki do tej pory Mai zafundowaliśmy. Wspólnie od rana do nocy, w tak wspaniałym otoczeniu.

O ile Dzień Dziecka spędziliśmy w Zawiatach, o tyle Dzień Ojca świętowaliśmy znów na pakowaniu. Tata dostał masę prezentów i niespodzianek, które wspólnie razem przygotowałyśmy. A ja zafundowałam mu dzionek z dziewczynkami, sama poznając osobiście znajomości wyhodowane w internecie podczas jednego z najsłynniejszych zlotów blogerów na SeeBloggers w moim rodzinnym mieście, w Łodzi.

córczeki tatusia
hel 

A na koniec, nasze wakacje nad morzem. Niestety w tym roku były bardzo krótkie, a ja... no miałam przygody. Jeśli śledzisz nasz instastory, wiesz już, że dostałam udaru słonecznego, dlatego trąbię o ochronie przed słońcem. Szczególnie malutkich dzieci. 

Mimo wielu nieprzyjemnych sytuacji, to był cudny miesiąc. Cudny początek lata. Co dalej? Czas pokaże. O dziwo, nie mam żadnych planów. Mam nadzieję, że spotka nas coś miłego.

Blogowo, objęłam swój pierwszy patronat, nad książką autorki, którą szczerze lubię i czytam wszystkie jej powieści. Mam nadzieję, że to nie będzie ostatni raz, gdy wydawnictwo zaufa mi na tyle, by znów powierzyć mi swoją podopieczną. Natalia Sońska to wspaniała, młoda autorka. Ciekawa jestem bardzo, w któym kierunku pójdzie i w jaki sposób rozwinie się jej kariera. Czytałaś już może "Całą przyjemność po mojej stronie". Bardzo przyjemna lektura na wakacje. Na moim fanpage na facebooku zasypałam Was konkursami książkowymi. Jeden nadal trwa. Na ista nakręciłam swój pierwszy life, bo ... zostałam książkową wróżką. No i rozpoczęłam kolejną kampanię blogerów. Ciekawa jaką? Zerknij tu... już więcej nic nie mówię.

Fajny miesiąc miałam. A Ty? Na czym upłynął Ci czerwiec? 

 
jak schłodzić dziecko w upały

Latem, gdy słupek rtęci wskazuje ponad 30 stopni, wszyscy zaczynamy wcześniej, czy później odczuwać dyskomfort. Jednak małe dzieci, szczególnie niemowlęta, wymagają wówczas szczególnej troski. Ze względu na brak wykształconych kanalików potnych niemowlęta źle znoszą wysokie temperatury. Ich skóra jest też dwa razy cieńsza od skóry dorosłego. Zauważ, że dzieci się nie pocą, one się nagrzewają. Należy zatem przestrzegać pewnych zasad oraz zastosować pewne środki, by ulżyć im podczas naprawdę wysokich temperatur.

Podczas upału dzieci tracą humor, marudzą, niektóre popłakują, częściej żądają piersi. Są jednak sposoby, by maluszkowi przynieść nieco ulgi lub zawczasu ochronić przed kiepskim samopoczuciem. Konsekwencje przegrzania małego ciała mogą być niebezpieczne dla jego organizmu. Potówki, odparzenia, oparzenia, odwodnienie czy udar słoneczny to przykre skutki wystawiania dziecko na promienie słoneczne. O ile potówki może nie są aż tak uciążliwe, o tyle pozostałe konsekwencje są o wiele poważniejsze. Jak więc pomóc dziecku przetrwać upały?


NIE WYSTAWIAJ DZIECKA NA SŁOŃCE


Wiem, że większość z Nas marzy o urlopie, smażeniu się na plaży i opaleniu ciała, by po powrocie wszyscy nam zazdrościli, ale będąc mamą naprawdę warto przedłożyć dobro dziecka, nad zazdrosne spojrzenia innych kobiet. Dziecko nie powinno przebywać na słońcu. Szczególnie w godzinach, gdy jest ono najbardziej szkodliwe t.j. między 11 a 16. Ja staram się unikać spacerów nawet między 10 - 11, a 17. Gdy jest naprawdę gorąco, wolę na cały dzień schronić się w domu. Małe dzieci nie mogą się opalać, mają dwa razy cieńszą skórę. W domu warto zaciągać żaluzje lub zasłony, by uniknąć nagrzania się pomieszczeń. Na spacerach wybierać miejsca naturalnie zacienione (np. park), unikać nosideł oraz chust na rzecz wózka, a zamiast postawionej budki warto użyć parasolki.


STOSUJ WYSOKIE FILTRY 


Gdy decydujesz się na spacer (nawet w godzinach porannych) zawsze stosuj kremy z najwyższym filtrem dobrej jakości. Najlepsze są 50 SPF. Zwracaj uwagę również, czy krem nadaje się dla noworodka i niemowlęcia. Warto wybierać kosmetyki zawierające filtry mineralne, nie chemiczne, a czynność smarowania powtarzać co 2 godziny, a nawet co godzinę oraz stosować się do instrukcji na opakowaniach. Zanim posmarujesz dziecko na słońce, sprawdź w domu, czy krem nie uczula. W zetknięciu ze słońcem bowiem, niektóre alergeny mogą silniej uczulać.


PRZYSTAWIAJ DO PIERSI DUŻO CZĘŚCIEJ NIŻ ZWYKLE


Niektóre mamy narzekają, że dziecko nic tylko by leżało na piersi i non stop jadło. Zapominają jednak, że same non stop w upały coś piją. Dziecko karmione piersią dostaje tylko pierś. Jest ona śniadaniem, drugim śniadaniem, obiadem, podwieczorkiem, kolacją i napojem. Pokarm matki również gasi pragnienie, szczególnie na samym początku, gdy jest rzadszy. Maluszki szczególnie dotkliwie przeżywają upały. Warto reagować na każde żądanie dziecka, przystawiać, gdy tylko tego potrzebuje, a nawet, gdy samo nie prosi o nie zbyt często, przystawiać je częściej.


ZAKŁADAJ CIUCHY Z NATURALNYCH TKANIN


Na upały najlepsze są lekkie, zwiewne ubranka uszyte z naturalnych tkanin np. bawełna czy len. W sklepach znajdziesz delikatne batysty czy muślin. To zwiększa przewiewność, dając uczucie komfortu, bowiem w takich ciuchach skóra oddycha, a więc małe ciałko tak się nie nagrzewa. Unikaj wówczas bodziaków, kaftaników i wszystkich zabudowanych ciuszków. Warto założyć lekką koszulkę, a spać położyć nawet w samym pampersie. Podczas snu przykrywaj jedynie delikatną pieluchą muślinową (najwygodniejsze są te duże, które świetnie zastępują kocyki), bawełnianym prześcieradłem lub chociażby zwykłą pieluchą tetrową.

ZAWSZE ZAKŁADAJ NAKRYCIE NA GŁÓWKĘ


Najlepsze będą czapeczki z dużym rondem lub przewiewne kapelusze słomkowe (gdy dziecko już siedzi, czy chodzi). Powinny chronić przed słońcem nie tylko główkę, ale również oczy. Dobrze by zakrywały uszy. Tu skóra bowiem jest bardzo podatna na "spalenie". Nie polecam baseballówek. Główka niesamowicie się w nich poci, do tego nie chronią uszu, ani karku. Czapka mimo wszystko ochroni również nieco szyjkę.


CZĘŚCIEJ ZMIENIAJ PIELUCHY


Odparzenie pupy jest dla dziecka bardzo bolesnym przeżyciem. Pieczenie intymnych części ciała to nieprawdopodobny dyskomfort. Zmieniaj częściej pieluchy, a  gdy dziecko ząbkuje, sprawdzaj czy nie zrobiło kupy. Niestety biegunka przy ząbkowaniu jest czymś częstym, o czym zapominamy. 


WIETRZ PUPĘ


Podczas każdej zmiany pieluchy, pozwól dziecku poleżeć nieco bez niej. Wietrzenie pupy daje niesamowita ulgę. Sama zobaczysz, jak Twój maluszek będzie w tym czasie widocznie ożywiony. Niemowlę wystarczy położyć na podkładzie i czymś zabawić. Gdy dziecko jest już bardziej ruchliwe, warto raz, czy dwa zetrzeć te panele, by maleństwo odczuwało większy komfort prawda? Poza tym wakacje, to najlepszy czas na odpieluchowanie. 


PRZYGOTUJ NIECO CHŁODNIEJSZĄ KĄPIEL W CIĄGU DNIA


Gdy słupki rtęci szaleją, każdy z Nas marzy o zimnym morzu, kąpieli w chłodnym jeziorze, albo po prostu o odświeżającym prysznicu. Pamiętaj, że dziecko to też człowiek, do tego drobniutki i całkowicie zależny od Ciebie. Nie powie Ci, żebyś go wykąpała. Sama o to zadbaj. Przygotuj nieco chłodniejszą kąpiel. Dziecko odczuje zdecydowaną ulgę. 


UŻYWAJ WODY TERMALNEJ W SPRAYU, MOKREGO WACIKA LUB MOKREJ TETRY DO PRZETARCIA DZIECKA


Jeśli nie kąpiesz dziecka, warto od czasu do czasu przetrzeć jego ciałko mokrym wacikiem. Szczególnie w miejscach newralgicznych. Twarz, szyjka (która u maluszka ma tak wiele fałdek), zgięcia rąk i nóg, które narażone są na największe nagrzewanie się organizmu. Wychodząc poza dom warto zaopatrzyć się w wodę termalną w sprayu. Ja zawsze taką noszę latem w torebce. A już na plażę to mój absolutny must have. 
 


Pamiętajmy, że nie tylko maluch, ale również dziecko do szóstego roku życia nie powinno przebywać na słońcu ze względu na fakt, że są one bardziej narażone na negatywne skutki upałów.

Jeśli masz jeszcze jakieś swoje sprawdzone sposoby, chętnie je poznam. Ciekawa jestem, jak sobie radzicie. Jak zachowują się Wasze dzieci? 
 
Colleen Hoover
 
To zostało udowodnione, jak świat światem stoi latem ludzie częściej sięgają po lekturę. Wakacje, urlopy, wolne, czas się wreszcie zatrzymuje, choć dla niektórych tylko zwalnia, to jednak wystarcza, by zrobić coś, na co nie mamy czasu w codziennej krzątaninie. By sięgnąć po książkę. Pytanie tylko jaką?  Najlepiej po dobrą, wciągającą, pobudzającą wyobraźnię, poruszającą emocje, mądrą, ale niezbyt ciężką, by nie czuć zmęczenia. Warto sięgnąć po autora, który nie zawodzi. Pozwól, że troszkę Ci podpowiem, co wybrać. 


WITHOUT MERIT to najnowsza powieść spod pióra jednej z najbardziej uwielbianych na świecie autorek tj. Colleen Hoover. Z pewnością ją znasz, a jeśli nie, nawet się nie przyznawaj, sięgaj w ciemno, żeby nadrobić. Naprawdę warto. Nie wiem, jakim cudem jeszcze nie pisałam o niej na swoim blogu. Może nadrobię. Długo się przed nią wzbraniałam. Nad Hoover wszyscy pieją z zachwytu. Nad jej książkami w internecie jest tyle ochów i achów, że mnie na przekór nieco to zniechęcało. Okazało się, że zupełnie niesłusznie. Gdy w zeszłym roku zdecydowałam się jednak przekonać, czemu w sieci o  niej tyle szumu, przeczytałam  wszystkie dostępne publikacje. Niemal jedna po drugiej. Gdy skończyłam, wzięłam się za te nieprzetłumaczone. Ta kobieta po prostu wnika w krwiobieg. Tworzy książki grające na emocjach, poruszające najczulsze struny, wyrzucając na wierzch najgłębiej skrywane marzenia, sekrety oraz sny. W otoczce niesamowitego romansu, pięknej wręcz miłości, podejmuje się naprawdę trudnych tematów jak przemoc w rodzinie, depresja czy bezdomność. Tematów zwykle w literaturze nie poruszanych. Robi to z niezwykłą lekkością, dotykając sedna, jednoznacznie rzucając karty na stół, dogłębnie i prawdziwie. 
 
Hoover potrafi bawić się słowem, jej język jest niesamowicie plastyczny, zwiewny, zgrabny, mieniący się wszystkimi odcieniami uczuć. Bogate słownictwo oraz doskonale dobrane epitety sprawiają, że jej opisy są tak bliskie sercu, że uzależniają. Tytuły zaś świadomie nie są tłumaczone, są bowiem zwykle grą słów związanych z treścią lub głównym bohaterem.

WITHOUT MERIT to książka nie tylko dla młodzieży, ale również dla dorosłych. Szczególnie tych, którzy mają w domu wrażliwych, zagubionych nastolatków, którzy żyją w świecie którego nie rozumiemy, bo ... no właśnie czemu się nie rozumiemy z naszymi dziećmi? Czemu relacje w rodzinie są zwykle tak skomplikowane? Czemu się kłócimy, krzyczymy, wykorzystujemy miłość dla własnych pobudek? Czemu się oszukujemy? Nie mówimy prawdy?

Siedemnastoletnia Merit to zakompleksiona introwertyczka, która jest niezwykle osobliwą dziewczyną. Gdy tylko spotyka ją większa porażka, nagradza się pucharem. Kupuje cudze i je kolekcjonuje. Jej życie jest nieco skomplikowane, bo należy do dość dziwacznej rodziny. Ojciec zdradził matkę z jej pielęgniarką, gdy ta zachorowała na raka. Kochankę pojął za żonę, a mimo to mama nadal mieszka z nimi, posiadając w piwnicy domu własne domostwo. Sam dom też nie jest zwyczajny. W ich salonie znajduje się gigantyczna figura ukrzyżowanego Chrystusa, którego Merit  uwielbia przebierać. Wraz z bliźniaczą siostrą Honor (od której Merit czuje się wiecznie gorsza i która na swoich chłopców wybiera umierających rówieśników), perfekcyjnym starszym bratem oraz przybranym słodkim braciszkiem zamieszkują bowiem stary Kościół, który nazwali Litrem Vossów. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy Merit przypadkowo zakochuje się w chłopaku bliźniaczki, a do ich domu wprowadza się brat macochy. W tym natłoku niezdrowych relacji wrze coraz bardziej, a Merit nie może znieść więcej sekretów. Prędzej czy później ten tygiel musi pęknąć. Tylko czy komuś nie stanie się krzywda?
 
Najnowsza powieść Hoover to z pozoru spokojna powieść obyczajowa. Jeśli spodziewasz się jak zawsze romansu, w którym od emocji aż kipi, będziesz zaskoczona, bo w tej książce miłość jest jedynie tłem. Tłem do spraw o wiele ważniejszych, o wiele istotniejszych. Jednym z głównych tematów powieści jest szczerość i otwartość na bliskie osoby. Kolejnym jest rodzina i empatia na problemy bliskich. Jeszcze innym przewijającym się tematem jest punkt widzenia. Autorka pokazuje jak zdeformowana perspektywa potrafi zniekształcić rzeczywistość, zmienić relacje z bliskimi, doprowadzić do zerwania więzi. WITHOUT MERIT to książka o rodzinie, o relacjach, bliskości i braku zrozumienia. To książka, która pokazuje jak ważna jest rozmowa, zrozumienie oraz wsparcie i akceptacja. Jestem pod wrażeniem wnikliwości autorki w psychikę nastolatków, w ich poczucie osamotnienia, braku zrozumienia, braku samoakceptacji. 

Nie brakuje jeszcze ważniejszych wątków np. uchodźca oraz... nie, nie mogę więcej powiedzieć, bo czytając nie będziesz zaskoczona, nie będziesz wstrząśnięta. Recenzja nie powinna zdradzać wszystkiego. Powinna zachęcać. Dlatego nie chcę by coś mi się wymsknęło. 

Po przeczytaniu lektury byłam szczerze poruszona. Ty też będziesz. Koniecznie przeczytaj, a potem daj mi znać, co myślisz. Autorka idzie w bardzo dobrym kierunku. Jej książki bowiem nie są zwykłymi romansidłami z gatunku New Adult. W każdej z nich znajdziesz ważny przekaz. Przekaz, który Hoover kieruje bezpośrednio do czytelnika, strzelając w serce "zatrutą" strzałą tak, by "problem" rozlał się po całym Twoim ciele, aż znajdzie podatny grunt, by zakiełkować. By pozwolić Ci zareagować wtedy, gdy będziesz tego potrzebowała. Gdy zapali się czerwona lampka. Przeczytaj. Będziesz wiedziała, o co mi chodzi.

 
#WAKACJEzKSIĄŻKĄ
 

Tą książką otwieram kolejną kampanię mojego Klubu Książki "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" promującą czytelnictwo. #WAKACJEzKSIĄŻKĄ to inicjatywa blogerek oraz pozostałych członkiń mojego klubu, która ma pomóc Ci w doborze odpowiedniej lektury na lato. Bo wierzę głęboko, że książka może porwać każdego, wystarczy znaleźć tę odpowiednią. Każdy z nas ma inny gust, inne oczekiwania i inne potrzeby, dlatego proponować będziemy różnorodne gatunki.

PRZEZ MIESIĄC (a może i dłużej, kto wie) CODZIENNIE (z wyłączeniem weekendów) NA NASZYCH BLOGACH POJAWIAĆ SIĘ BĘDZIE RECENZJA KSIĄŻKI, KTÓRĄ POLECAMY NA WAKACJE. Znajdziesz je pod hasłem #wakacjezksiążką wpisane w media społecznościowe. 

 
lektura na wakacje

Do akcji dołączają również osoby prywatne, szczególnie na instagramie, tworząc swoje mini recenzje. Możesz dołączyć i Ty. 
 
My mamy swój harmonogram, jednak jeśli jesteś blogerką i zechcesz napisać swoją recenzję, będzie mi niezwykle miło, gdy do nas dołączysz. We wpisie uwzględnij proszę małe info na temat kampanii, wskazując mój Klub Książki oraz mnie jako organizatora. Napisz recenzję książki, która Twoim zdaniem jest idealna do czytania na kocyku, w hamaku czy na leżaku. I pamiętaj proszę, by oznaczyć mnie w mediach społecznościowych, bym mogła odnaleźć Twój wpis.

PS. Na koniec mam dla Was niespodziankę. Już jutro na moim facebookowym fanpage konkurs w ramach którego do wygrania będzie świeżutki egzemplarz książki Colleen Hoover. Co Ty na to?
 



Maj to zdecydowanie był nasz czas. Dzieci wyszły z chorób, pogoda dopisała, a my skakaliśmy tylko z imprezy na imprezę, w ciągłych przygotowaniach do kolejnych uroczystości, rodzinnie, razem, tak jak lubię najbardziej. Wreszcie zaczęliśmy żyć na pełnej petardzie.

Oj tak, imprezowy szał nas ogarnął. W maju okazja goniła okazję, by celebrować życie, uczcić nasze małe święta i totalnie się rozpieniężyć. Zaczęliśmy od urodzin dziadka, poprzez majóweczkę, która w tym roku była nad wyraz udana, bo odwiedziliśmy wreszcie najbliższą rodzinkę na Opolszczyźnie, przeżyliśmy moje 35 urodziny, szósty już start Majucha w zawodach sportowych, urodziny Majeczki, złapaliśmy nieco oddechu, a następnie świętowaliśmy Dzień Matki :) Po raz pierwszy byłam w przedszkolu na uroczystości zorganizowanej dla mam. Najadłam się ciast i tortów. Oj wręcz się obżarłam. Wypiłam morze Pikolaka. Narobiłam tysiące zdjęć i widziałam najcudniejsze uśmiechy pod słońcem.

A dzieci? Emisia postawiła na rozwój ruchowy. Chodzi, biega, podnosi nóżki do góry, wspina się na wszystko na co może. Jest nieugięta. Przewróci się, to tylko nas informuje, że zrobiła bach i leci dalej. Żadnego płaczu. Minimum żalu, maksimum determinacji. Przecież musi dogonić starszą siostrę. Jestem naprawdę pod wrażeniem jej zaciętości. Jeśli chodzi o mowę, kompletnie się mała zatrzymała. Pozostaje nam mama, tata, baba, dziadzia, kom (czyli daj), Aja (Maja), bach. I to na tyle. Nie przejmuje się tym kompletnie. Wierzę, że na wszystko nam przyjdzie czas. Nadziwić się jednak nie mogę, jak dziewczynki mimo niezaprzeczalnego podobieństwa fizycznego, różnią się charakterem, poziomem rozwoju, umiejętnościami. 

 
 
Podczas, gdy Ema biega jak szalona i złapać się nie daje, Maja na tym etapie chodziła tylko za rączkę. Gdy Ema przemawia do nas swoim językiem, którego nikt nie rozumie i wydaje śmieszne dźwięki przypominające echolokację, Maja wypowiadała coraz bardziej skomplikowane wyrazy, jak RABARBAR, dziura, burza czy konewka (kawka w jej wykonaniu). Mówiła: auto, cyca, daj, ciumcium (czyli pić), pada. Emisia boi się psów, woli ptaki. Maja kochała wszystkie sierściuchy. Gdy Emisia jedzie na dziadków na wieś, nie schodzi mi z rąk. Nie chce pląsać wesoło po trawie, nie wącha kwiatuszków, bo paraliżuje ją totalnie pies. Maja uwielbiała być w ogrodzie. Podziwiała listki tańczące na wietrze, porównywała kolory kwiatów i radośnie podlewała z babcią swoją małą koneweczką. 
 
Emisia ogólnie jest bardzo żywotną dziewczynką. Wchodzi wszędzie, otwiera mi wszystkie szafki (gdzie kompletnie nie miałam tego problemu z Majuchą), rysuje po ścianach, wykładzinie, szybach, gdzie tylko się da. Maja mi raz pomalowała ścianę i to na tyle. Nie słucha się, robi co chce. Gdy nie otrzyma czegoś, co upatrzyła, robi mi taki płacz, że aż nie wiem, co mam zrobić. Sama wchodzi na krzesełko, wręcz zrzuca z niego Maję. Maluje kredkami. No i uwaga! Zaczęła dawać okładać się do łóżeczka, co u Nas jest niesamowitym krokiem milowym na przód. Nie codziennie, nie zawsze, nie na długo. Ale to zawsze coś. Ma jej się ku dobremu. Mam nadzieję. 
 
Dla Majeczki zaś maj był miesiącem walki o zdrowie: laryngolog, ortodonta, logopeda i konsultant SI. Oj sporo tego, a to jeszcze nie koniec, bo musimy skonsultować się również z rehabilitantem oraz kardiologiem, a także rozpocząć zajęcia logopedyczne i sensoryczne. Ciągle coś. Długa, żmudna droga przed nami, jednak mam nadzieję, że wyjdziemy na prostą. Trzeba się spiąć, zorganizować i działać.

W maju zaliczyła kolejny bieg i wiecie co? Zajęła szóste miejsce, co jak się okazało, było dodatkowo nagradzane. Stanęła lala przy podium, uścisnęła dłoń burmistrza, dostała dyplom oraz nagrodę i była najszczęśliwsza na świecie. Nawet nie wiecie, jak mi wówczas serce rośnie, patrząc jaka ona jest uchachana. Daje jej to tyle radości i satysfakcji. Tylko prosi o wyszukanie kolejnych biegów.

O taki był maj. Piękny, prawda? Oczywiście sielanki non stop nie było. Emocje nadal u czterolatka odgrywają pierwsze skrzypce, a zamiast symfonii w domu czasem istna kakofonia się odgrywa, ale staramy się, staramy, jak możemy. Trzymajcie za nas kciuki.

 

Na blogu w maju objęłam swój pierwszy patronat, co dla mnie jest nie lada zaszczytem. Mąż mówi, że zostałam mecenasem sztuki. Podoba mi się to żartobliwe określenie. Tak więc, puszczając oczko, zapraszam na recenzję książki Natalii Sońskiej "Cała przyjemność po mojej stronie". Jest mnie tu zdecydowanie mniej, za to, gdy już się pojawiam, zawsze staram się robić to z jeszcze większym zaangażowaniem.

A jaki dla Was był maj?



Wielkimi krokami zbliżają się upragnione wakacje. Upragniony czas odpoczynku, relaksu i ucieczki od dnia powszedniego. Choć od dawna jestem dorosła, w okresie wakacyjnym zawsze czuję powiew dzieciństwa. Mam lenia, a jednocześnie niesamowitą energię do działania. Co roku nie mogę się doczekać końca roku szkolnego i choć to nie mnie dzwoni dzwonek obwieszczający labę, to ja i tak tego dnia chodzę szczęśliwa. Wakacje muszą być wyjątkowe. Dlatego zawsze szukam wyjątkowych miejsc, na spędzenie czasu z rodzinką. Odkąd założyłam bloga, marzyłam o tym, by móc polecać miejsca szczególnie przyjazne dzieciom. Takie naprawdę godne polecenia, które zostały stworzone właśnie z myślą o rodzinach z dziećmi. Jednak, tak naprawdę, dopiero w tym roku udało mi się odnaleźć miejsce, w które chcę wrócić i mogę polecić z czystym sumieniem. To miejsce, z którego żal było wyjeżdżać, w którym było dobrze zarówno nam, jak i dzieciom, w którym czuliśmy się zrelaksowani, szczęśliwi i w którym było nam po prostu dobrze. Weekend czerwcowy spędziliśmy w Zawiatach, urokliwym ośrodku na Kaszubach.

Zawiaty to bardzo specyficzne miejsce, bo stworzone z myślą o dzieciach. Tak naprawdę można z ośrodka się kompletnie nie ruszać, a i  tak nie da się tam nudzić. Jest tam wszystko. Kompletne wyżywienie, komfortowe domki, animacje, infrastruktura i menu dla dzieci, sprzęty wodne, mała plaża z pomostem oraz szereg atrakcji. W domku zaś w na życzenie dostaniecie łóżeczko dla maluszka, wanienkę, krzesełko do karmienia, a nawet nakładkę na toaletę wraz z podestem. Dla nas to cudowna rzecz, bo nie trzeba wozić wszystkiego ze sobą. Łóżeczko jest drewniane, z materacem i zestawem pościeli. Masz więc ten komfort, że Twoje dziecko nie śpi na dykcie. Dlaczego o tym piszę? Bo w większości ośrodków zwykle otrzymuje się łóżeczko turystyczne zupełnie gołe, bez materaca, co oznacza, że dziecko śpi na twardej, rozkładanej dykcie. Nie wiem, jak Tobie, ale mnie to bardzo przeszkadza. Nie znam dorosłej osoby, która śpi na stelażu łóżka zamiast na materacu, a Ty? Dlaczego więc dziecko ma spać na czymś tak niekomfortowym? W Zawiatach nie mieliśmy z tym żadnego problemu.

Drewniane domki rozsiane na terenie ośrodka, są ułożone tak, że zapewniają uczucie prywatności, a co za tym idzie komfortu. Ulokowane w lesie, nad przepięknym, malowniczym Jeziorem Jasień zapewniają stały kontakt z przyrodą. Gdy tylko pogoda dopisuje, a nam jej nie zabrakło, przebywacie caluteńki dzień na dworze, w zacisznym miejscu, gdzie słychać śpiew ptaków i piski szczęśliwych dzieci. Do tego czyste powietrze. Czy można chcieć czegoś więcej?


Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom miejsce przyjazne dzieciom Po raz pierwszy byliśmy też w miejscu, gdzie nie musieliśmy martwić się o jedzenie, bo wykupując pobyt "rodzinne wakacje", w cenę wchodzi pełne wyżywienie, wraz z dodatkowym posiłkiem dla dziecka w południe. A podczas posiłków zawsze znajdzie się owsianka, ryż z owocami, czy inne potrawy odpowiednie dla małego podniebienia.

Podczas naszego pobytu nie zabrakło również specjalnie przygotowanych atrakcji. Dla dzieci są aż 5 godzin animacji dziennie, dla maluszków specjalna sala zabaw. Wieczorami dziecięca dyskoteka lub ognisko. Ośrodek jest przygotowany nawet na niepogodę, bo znajdziecie tam małą biblioteczkę dla dzieci, wraz z  zestawem gier oraz bibliotekę dla rodziców. Ponieważ nam pogoda dopisała, ciągle mieliśmy zajęcie. Mai szczególnie do gustu przypadła tyrolka, na której zjeżdżała na raz ze swoją koleżanką. Nie powiem, mnie ta opcja też bardzo przypadła do gustu. Do dyspozycji był też świetny plac zabaw, trampoliny, domek na drzewie czy boisko.

Szczerze mówiąc, nie udało nam się skorzystać z połowy tego, co oferuje to miejsce. Dziewczyny wcześnie chodzą spać szczególnie, gdy cały dzień brykają na dworze i mają tak wiele nowych doznań. Będąc w ciągłej euforii, wieczorem padały jak muchy. Właśnie wówczas, gdy odbywała się dyskoteka dla dzieci czy ognisko. Za to byliśmy pierwsi, którzy zaczynali dzień. Ze względu na upał nie wybraliśmy się również na wycieczkę rowerową, czego bardzo żałuję, bo rowery z fotelikami dla dzieci również były dostępne, ani nie zwiedziliśmy okolicy. Jednak zawsze mam pretekst by wrócić w to miejsce, prawda?

To, co najważniejsze dla mnie to fakt, że mogliśmy być non stop razem i to na powietrzu. Biegaliśmy tylko z tyrolki, na pomost albo na plac zabaw. Zarówno Emisia jak i Maja były totalnie zachwycone. Nie odważyliśmy się wypożyczyć kajaka, ani łódki. Nasze dzieci są zbyt żywotne i obawiam się, że skończyło by się to przymusową, rodzinną kąpielą w jeziorze. Łypałam jedynie zazdrosnym okiem na rodziny ze starszymi dziećmi, które wypływają na to bajkowe jezioro, pocieszając się jedynie tym, że przez żar lejący się z nieba, przynajmniej uniknę mdłości i poparzenia słonecznego. Pogoda bowiem była nieprawdopodobna. Wręcz chowaliśmy się przed słońcem. No i ten widok. Mogłabym tak leżeć na tym pomoście cały dzień i patrzeć w wielki błękit.


Miejscce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciomMiejsce przyjazne dzieciom
Dla nas to był wspaniały czas, gdy jedyną rzeczą o którą dbaliśmy była nasza rodzinka. Bawiliśmy się świetnie, a Maja po raz pierwszy poznała koleżankę, której najchętniej nawet na chwilę by nie opuszczała. Bawiły się, chodziły za rękę jak siostry, razem jadały posiłki, razem biegały na animacje, razem zjeżdżały na tyrolce. Serce rosło, patrząc na taką rozkwitającą pierwszą przyjaźń. Szkoda tylko, że koleżanka nie jest z naszego miasta i mieszka tak bardzo daleko.

Pięć dni minęło tak przyjemnie, że ani się obejrzeliśmy, a  trzeba było wracać do domku. I powiem szczerze, że po raz pierwszy w życiu nie miałam na to ochoty. Zwykle wychodzę z założenia, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, ale stamtąd naprawdę nie chciałam wyjeżdżać. Dziewczynki spały sobie razem w pokoiku, Emisia wreszcie się przemogła i zaczęła nam chodzić po trawie, nauczyła się też wchodzić i schodzić po schodach, Mai uśmiech z twarzy nie schodził, a  my wreszcie poczuliśmy luz, którego tak bardzo potrzebowaliśmy. Oczywiście nocki mieliśmy, jak zawsze, pełne pobudek, ale za to dni wypełnione totalnym, błogim lenistwem.

W takich miejscach jak Zawiaty czas płynie inaczej. Nie liczy się w godzinach, a w ilości uśmiechów. To miejsce, gdzie można prawdziwie wypocząć, zrelaksować się, poczuć dystans do codziennych problemów.  I nawet nie chodzi o samą infrastrukturę, wspaniale przygotowane dla gości atrakcje, czy fakt, że nie muszę sprzątać, ani gotować, czy o przepięknie położenie tego miejsca, na łonie natury, w lesie, nad  cudnym jeziorem. Myślę, że to magiczne połączenie wszystkich tych części składowych stanowi o jego atrakcyjności.


Miejsce przyjazne dzieciom
Miejsce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciom
miejsce przyjazne dzieciom Zdecydowanie polecam. Ciężko było mi wrócić do rzeczywistości, oj bardzo. Na Instagramie wciąż spamuje Was zdjęciami z wyjazdu. Widzieliście już?

 


Ps. Kochani, dwa dni temu czytelniczka dała mi znać, że na fanpagu Zawiatów rozpoczął się konkurs, w którym do wygrania jest TYGODNIOWY POBYT W OŚRODKU dla CAŁEJ RODZINY! Gracie? My chyba spróbujemy naszych sił. Jak tata nie dostanie urlopu, pojedziemy z babcią, a co!


Byliście już w Zawiatach? A może znacie takie wspaniałe miejsca dla rodziców z dzieciaczkami? Koniecznie dajcie znać.
 
Natalia Sońska
Lubię zapach książek. To przyjemne, gdy roztacza nad czytelnikiem swoją woń.  Pachnie aromatami, którymi pragnie uraczyć mnie autor. Uwielbiam wręcz, gdy książka pobudza nie tylko wyobraźnię, ale i zmysły. A gdy w obroty weźmie, i smak, i węch, zatapiam się w magicznym świecie prozy z prawdziwą rozkoszą. Właśnie taka jest najnowsza książka Natalii Sońskiej, apetyczna i aromatyczna. Przepełniona ciepłem oraz słodko - gorzkimi smakami.
 
CAŁA PRZYJEMNOŚĆ PO MOJEJ STONIE to pierwszy tom serii "Jagodowe serce". To powieść pachnąca sernikiem, wanilią i miłością. To książka o budowaniu życia na nowo, o ciężkiej stracie, rodzinnych tragediach, bolesnym rozstaniu, toksycznym związku oraz wielkiej pasji. To lekka, przyjemna i bardzo apetyczna opowieść dla kobiet, które pragną zatracić się w ciepłej, otulającej niczym koc, lekturze.
 
Pasją Jagody Mazurek są wypieki. Rzuciła pracę w korporacji, by zatrudnić się w cukierni "Słodka", która mieści się na parterze jej odziedziczonej po zmarłej ciotce kamienicy. Bohaterka w kuchni czyni cuda: piecze, lukruje, ozdabia tworząc prawdziwą magię dla podniebień swoich klientów. Jednym z nich jest niezwykle elegancki i przystojny Tomasz, który najchętniej kupuje ciasta właśnie z rąk wesołej, kulturalnej i szeroko uśmiechniętej Jagody. Stały klient zjawia się regularnie, w każdą niedzielę, nie spuszczając z niej oczu. Czy ta jednak zainteresuje się obcym mężczyzną, gdy sama właśnie złożyła pozew o rozwód? Czy zdrady męża faktycznie spływają po niej, jak po kaczce? A może wesołe usposobienie to tylko fasada, za którą chowa się zawstydzona i zakompleksiona kobieta, która  o swojej "porażce" lęka się poinformować nawet brata bliźniaka.

Autorka stworzyła przesympatycznych bohaterów, z krwi i kości, których życie nie oszczędza. Oto spotykają się kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością. Może właśnie dlatego tak łatwo jest ich polubić? Bo są tak naturalni? Do tego dobrzy? Przecież chcemy wierzyć, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy z natury są dobrzy, którzy postępują właściwie, którzy są kulturalni, liczą się z innymi i kierują się w życiu zasadami moralnymi? A może dlatego, że życie jest jeszcze bardziej gorzkie? 
 
Książce słodkości zdecydowanie dodaje cukiernicza pasja Jagody. Wypieki opisywane są z takim kunsztem i namaszczeniem, że ślinka cieknie co kilka stron. W przerwach między czytaniem sama nie wytrzymałam i pobiegłam do kuchni, by wraz z mężem upichcić ukochanego drożdżowca z truskawkami. Myślę, że za to pokochałam Jagodę. Też kocham piec, też  poprawia mi to nastrój. Nie mam oczywiście takiego talentu, ale uwielbiam ten aromat roznoszący się po mieszkaniu i pierwszy kęs idealnie wypieczonego ciasta. Tak, na głodniaka absolutnie nie można się brać za tą lekturę. Na diecie też nie polecam. Za bardzo kusi, za dobrze opisuje doznania. Przygotuj się, że nieco uślinisz stronice, albo utłuścisz je czekoladą. Masz to jak w banku.

CAŁA PRZYJEMNOŚĆ PO MOJEJ STRONIE to książka o budowaniu życia na nowo, o drugiej szansie, jaką nam podrzuca los. To również powieść o sile przyjaźni i trudnych relacjach z rodzicami, o wsparciu jakie daje bliskość rodzeństwa oraz przyjaciół, o pomyłkach, które rzutują na całe nasze życie. Autorka porusza też kwestię zatracania się w drugiej osobie, kosztem własnych ambicji, relacji z innymi czy pasji. Życie nie jest proste, ale Natalia Sońska w swoich książkach zawsze pokazuje jak ważna jest rozmowa i wsparcie bliskich osób, a także dystans i pozytywne myślenie. Życie żadnego z Nas nie jest usłane różami, ale zawsze można osłodzić je sobie dobrze wypieczonym ciastem. Szczególnie, gdy przy tym ma się z kim podzielić swoją historią.


natalia Sońska

Natalia Sońska to jedna z nielicznych polskich autorek, która chwyciła mnie za serce i trafiła w mój czytelniczy gust. Jej powieści są słodkie, aromatyczne i kończą się szczęśliwie. Infantylne? Nie dla mnie. Ja lubię szczęśliwe zakończenia. Lubię, gdy autor ma lekkie pióro. Lubię, gdy jest kulturalny, delikatny, a jego książki są wysmakowane, wolne od wulgaryzmów i zbyt wyuzdanych opisów. Lubię, gdy miłość jest piękna, subtelna i delikatna. Nie wzniosła, ordynarna czy nachalna. Przeczytałam wszystko, co wyszło spod pióra Natalii, dlatego propozycję z wydawnictwa, bym objęła patronat nad jej najnowszą książką, przyjęłam z wielką radością, wiedząc, że się nie rozczaruję. Nie ma nic lepszego, niż podpisywać się pod szczerą opinią i wspierać rozwój osoby, którą się autentycznie lubi. 
 
Jeśli masz ochotę poznać autorkę, serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z Natalią, który przeprowadziłam już jakiś czas temu. Przekonasz się, jaka to wspaniała, ciepła osoba, pełna dobra i entuzjazmu. Z całego serca życzę dalszych sukcesów, rozwoju, a przede wszystkim wspaniałych pomysłów na kolejne książki. 
 
Natalia, ja naprawdę czekam na przepis na ten apetyczny, jagodowy sernik! 

ps. Jeśli zaintrygował Was opis powieści, serdecznie zapraszam do udziału w konkursie, gdzie zdobyć możecie jeden z trzech egzemplarzy książki. Zapraszam na Facebook


 

Bycie mamą nie jest proste. Szczególnie, gdy ma się wymagające dziecko. Huba jest wymagająca, pragnie Cię mieć tylko dla siebie. Nie lubi się dzielić, nie lubi rozłąki. Młoda mama zwykle przedkłada swoje dobro nad potrzeby dzieci. Szuka zatem alternatyw, nie tylko dla zaspokojenia własnych potrzeb, ale i uproszczenia zwykłych, codziennych czynności, które dawniej nie przysparzały żadnych problemów.  Dawniej bowiem dysponowała czymś, o czym mamy ciągle marzą: CZASEM. Jako mama nauczyłam się naginać czas do maximum. Poznałam szereg sztuczek, jak go nieco wydłużyć, naciągnąć, przeciągnąć na swoją korzyść, a dziś chciałabym zdradzić Ci jeden z moich trików.
  
Tak, czas płynie nieubłaganie, a wbrew pozorom, gdy siedzisz z maluszkiem w domu, odnosisz wrażenie, że ktoś włączył Ci przyśpieszone tempo. Nie masz czasu na gorącą kawę. Nie masz czasu na umycie głowy. Nie masz czasu na stanie w kuchni i pichcenie zmyślnych dań. Zakupy? Jakie zakupy? Gdy karmisz piersią masz jakieś 3 h na małe zapomnienie, przy czym musisz pamiętać o czasie, jaki zajmuje Ci dojazd. Z Bogiem, jak Twoje dziecko zaakceptowało butelkę (moje nie chciało na nią patrzeć, ani jedno, ani drugie), bo wówczas Twój czas się wydłuża (ale musisz pamiętać, by zabrać ze sobą laktator). Kosmetyczka?  Fryzjer? Spa? Nie żartuj. To dopiero luksus.
 
Ale czy musi tak być? Nie. Wszystko zaczyna się w głowie. Gdy wreszcie zrozumiesz, że potrzebujesz odskoczni, gdy wreszcie dojrzejesz do tego, że musisz pobyć sama ze sobą (mimo, iż to dosłownie momencik w ciągu dnia), Twoje życie stanie się bardziej znośne. Jak to mówią Szczęśliwa mama, szczęśliwe dziecko. Troszkę mi zajęło, by wreszcie to zrozumieć. Trochę zajęło mi, by wyrwać się ze słodkiego uścisku tych malutkich, kochających łapek.

Musisz wiedzieć jedno: potrzebujesz czasu dla siebie!


Potrzebujesz się zorganizować tak, by codziennie znaleźć chwilkę tylko dla siebie. Chociaż te 15 minut! Gdzie tam,  15 minut to za mało. Pół godziny dziennie. Powinnaś wygospodarować ten czas wyłącznie dla siebie. Nie na stojąco popijając zimną kawę. Nie malując paznokcie w samochodzie, bo tylko na kierownicy Ci wyschną (to swoją drogą też mój patent), ale naprawdę na dobre Ci wyjdzie, gdy w ciszy i spokoju zrobisz coś tylko dla siebie. Biegasz? Czytasz? Słuchasz muzyki? Bierzesz kąpiel przy świecach? Cokolwiek, co sprawia Ci przyjemność, poprawia Twój nastrój, pozwala zapomnieć, że jesteś mamą. Tylko jak tego dokonać? 
 
 

INTERNETOWA MAMA 

 

Nie jestem wróżką ani Hermioną Granger. Nie mam czasołapacza. Nie naginam czasoprzestrzeni, by być w dwóch miejscach na raz. Choć wierz mi, bardzo bym tego chciała. Szczególnie teraz, gdy mam nie jedno, a dwoje dzieci. Zawsze coś odbywa się kosztem czegoś innego. Inaczej się nie da. Dlatego warto nauczyć się oszczędzać na czasie. Jak? Zakupy przez internet. Tak. Dziś jesteś w stanie wszystko, ale to dosłownie wszystko, zamówić nie wychodząc z domu. Wszystkie prezenty od dawna kupuję z domu, szczególnie te gwiazdkowe. Nie ma bata, bym stała w tych kolejkach i traciła swój cenny czas. Ciuchy, pampersy, kosmetyki. Jeszcze tylko zakupów spożywczych nie robiłam, bo lubię mieć świeże warzywa i owoce ze straganu. Jednak chyba nie ma rzeczy, której bym nie zamawiała online. Zarówno kurierzy, jak i listonosz znają mnie już z imienia i nazwiska. Internet jest moim największym przyjacielem i sprzymierzeńcem w oszczędzaniu czasu. 
 
Zastanów się, ile takie zakupy mają korzyści. Nie marnujesz czasu na dojazd, na wybieranie produktów, nie rozpraszają Cię inne rzeczy, które sprzedawcy specjalnie wystawiają, by Cię skusić. Nie kupujesz więcej, niż Ci to potrzebne, bo nic Cię nie nęci. Oszczędzasz dodatkowo poprzez niższe ceny i częstsze promocje. Nie dźwigasz. Wszystko przynoszą Ci pod dom.

Doszło już do tego, że nawet do tej wymarzonej kosmetyczki i fryzjera również umawiam się przez internet. Tak! Już nie dzwonię, bo gdy dziewczynki szaleją i tak nikt nie słyszy mnie, tylko piski wokół i dziwne dźwięki zabawek. Nie tracę zatem czasu na szukanie numeru ani na rozmowy, tylko wchodzę w neta i umawiam. Znam terminy, ceny wszystko. Odkryłam ostatnio stronkę o wdzięcznej nazwie Moment.pl Idealna dla mamy, prawda? Mam tylko moment na to, by zrobić coś dla siebie, więc staram się wykorzystać go w pełni. Wchodzę na stronkę, wyszukuję, gdzie chce się umówić, gdzie najszybciej mnie przyjmą, gdzie mam najbliżej, moment i bookuję wolny termin. Proste, prawda? Mogę w ten sposób umówić się do kosmetyczki, na paznokcie, do spa, fryzjera, a nawet dietetyka czy z trenerem personalnym (oj trening by mi się przydał przed latem). I choć samo wyjście to już większa logistyka, które angażuje osoby trzecie oraz wygospodarowanie nieco więcej czasu niż te pół godziny, to dzięki temu, że mogę szybciej taką wizytę umówić, łatwiej jest mi ją zorganizować.


No dobrze, poznałaś mój sekret. Jestem mocno internetowa. A Ty? Znasz jakieś ciekawe stronki ułatwiające mamine życie? A może masz jakieś inne patenty na oszukiwanie czasu? Chętnie wypróbuję, bo ostatnio mam bardzo silną potrzebę, by ochłonąć, zdystansować się i odpocząć. Gdy nie mam snu w nocy, muszę czymś to sobie zrekompensować w dzień.
 
czemu inne mamy mnie krytykują

Jutro Dzień Matki, a ja na przekór wszystkim zamiast przekonywać Cię, jakie prezenty chciałaby dostać Twoja mama, albo sama TY, chcę Cię zachęcić byś w tym dniu prócz o sobie i własnej mamie, pomyślała też o innych mamach. Zaraz Ci wytłumaczę dlaczego. 

Nie odnosisz wrażenia, że mama mamie zawsze wilkiem? Ile razy zaznałaś krzywych spojrzeń, bo karmisz piersią/nie karmisz piersią/ jesteś na wychowawczym/wcześniej wróciłaś do pracy/nosisz dziecko w chuście/wozisz w wózku....* (wybierz sama). Mamy tak łatwo oceniają, krytykują, pouczają, obgadują, szufladkują. Tymczasem wszystkie każdego dnia zmagamy się z tymi samymi problemami. Jasne jednym jest łatwiej, innym ciężej. Nie zawsze to ma związek z naszym widzimisię. Każdy z nas ma inny charakter, każdy inne problemy, inne dziecko, inny status społeczny, inne choroby, ale łączy nas jedno: JESTEŚMY MAMAMI.

Gdy na świecie pojawia się maleństwo, brakuje nam pewności siebie. Potrzebujemy wsparcia, wiary i pokrzepienia. Potrzebujemy by ktoś nam powiedział: Hej! To Twoje dziecko, cokolwiek robisz, chcąc dla Niego dobrze, nie zrobisz mu krzywdy. Uwierz w siebie! Zaufaj swojej intuicji! Zaufaj swojemu dziecku, bo ma najlepszą mamę pod słońcem! A ile z Was to usłyszało? No właśnie. Już od samego początku, każdy chce nam narzucać swój światopogląd, swoje cenne, złote rady. Tymczasem każda rodzina jest inna, każde dziecko jest inne. I wiecie co? Mam tylko jedną koleżankę, która mimo odmiennego stylu macierzyństwa, jaki obrała, nigdy mnie nie oceniała, "nie prostowała", ani nie pouczała. Zawsze była wyrozumiała, pełna empatii, dawała mi po prostu wsparcie (tak Ramciu o Tobie mowa :*) Wysłuchiwała, kiedy potrzebowałam się wypłakać. Postawiła do pionu, gdy się nad sobą użalałam. Ale ile jest takich mam? Mało. Bardzo mało. Za mało.

Sama utraciłam większość znajomych, bo mam dzieci/nie mam czasu/nie zawsze oddzwaniam, bo najzwyczajniej w świecie zapominam albo zasypiam ze zmęczenia/bo obrałam taki system rodzicielstwa, a nie inny/bo zrozumiałam, że nie warto uszczęśliwiać innych, gdy oni nie chcą mojego dobra. Mama często czuje się bezradna, sfrustrowana, przemęczona, a co najgorsze osamotniona i niezrozumiana. Potrzebuje naprawdę dużo, dużo wsparcia. Dużo empatii. Dużo wyrozumiałości, akcpetacji i uszanowania własnych wyborów. Tymczasem inne mamy tak chętnie kogoś oceniają, jakby wytykanie błędów innych kobiet poprawiało im samopoczucie. Jakby dzięki temu czuły się lepsze! No pewnie! Karmię piersią - jestem lepsza! Jestem zadbana, a ona taka odpychająca. - to są myśli mam! Myśli siejące nienawiścią, brakiem akceptacji, myśli alienujące innych. A tymczasem są po prostu formą radzenia sobie z trudnością w macierzyństwie, chęcią podbudowania własnego ego kosztem umniejszania innym. Każda z Nas chce być super mamą, ale wiecie co?

Każda z Nas jest super mamą! A pomyślcie, jak fajnie, gdy supermamy się wspierają i sobie nawzajem pomagają? Nie byłoby fajniej? Mam to szczęście, że prowadząc bloga poznaję całą masę wspaniałych kobiet. Kobiet, które się rozumieją, potrafią poprawić humor ciepłym słowem, okazaniem zrozumienia. Buduję sobie tu swoją małą wioskę, bo potrzeba całej wioski, by przetrwać w macierzyństwie. Naprawdę potrzeba. Dzięki innym mamom można poczuć siłę, nabrać wiary w skrzydła. Można przetrwać, wytrwać najgorsze. Można też zyskać inne spojrzenie, cenne rady i przyjaźń.

Dlatego w tym tak pięknym dniu, jakim jest Dzień Matki, chciałabym byś poczuła tą siłę. Siłę, jaka płynie od innych mam. Pomyśl o ich codziennych trudach. Wiem, że jesteś często przemęczona, masz dość. Wiem, że czasem nie wiesz, w co masz włożyć ręce i chciałabyś się schować przed całym światem. Wiem, że masz ochotę wystawić swoje dzieci na allegro i wiem, że to jest tylko krótka myśl, a zaraz po niej nie wyobrażasz sobie świata poza Twoimi pociechami. Wiem, że chciałabyś odpocząć, odsapnąć, poczuć się doceniona, zrozumiana, wysłuchana. Wiem, jak marzysz o tym, by jutro było spokojniej. Wiem, jakie masz wyrzuty sumienia, gdy sfrustrowana wyżyjesz się na dziecku, ale wiem też, jak bardzo je kochasz. Jakbyś bez chwili zastanowienia oddała za nie życie. Wiem, jak w duchu czasem się uśmiechasz, choć zachowujesz pozory, by być konsekwentną. Macierzyństwo to sztuka, którą każda z Nas praktykuje każdego dnia. Mamy wzloty i upadki. Mamy też triumfy, swoje pięć minut oraz chwile zwątpienia i porażek. ALE MAMY TEŻ SIEBIE. MAMY TAKIE, JAK TY! Dlatego szanujmy się nawzajem. Wspierajmy. Twórzmy jedną wspólną wioskę, a nie społeczność kastową. 

Łatwo jest ocenić. Łatwo skrytykować, ale hej! Ty nie masz gorszego dnia? Czy nie masz nic na sumieniu? Zawsze jesteś super? Skąd wiesz, że dziecko nie chce do mamy, bo jest zła? A  może po prostu woli tatę, bo jest go tak mało w domu? Skąd wiesz, że karmienie piersią jest lepsze niż karmienie mm? No dobra, jest to zdrowsze, ale czy to, że ta mama nie chce, jest gorsza? Mniej kocha swoje dziecko? Pamiętaj o jednym: KAŻDA Z NAS KOCHA TAK, JAK POTRAFI. Każda daje 100%  siebie. Jesteśmy różne, mamy różne doświadczenia, różne traumy, różne życiorysy. Nigdy nie wiesz, co daną osobę spotkało, co sprawiło, że jest taka, jaka jest. Nie oceniaj! Nie wywyższaj się! Nie krytykuj! Nie dyskryminuj! 

Dzień Mamy, to idealny dzień, by powiedzieć innej mamie, jaka jest wspaniała. Więc ja mówię Tobie. Jesteś fantastyczna! Uśmiechnij się! Dziś jest nasze święto! 
 
 

Do wpisu zainspirowały mnie dwie blogerki Ewelina Mierzwińska oraz  Edyta Zając, które zapoczątkowały kampanię #odmamydlamamy Kampanię, która ma na celu dodawanie skrzydeł innym mamom. Pokazanie im, że je podziwiamy, doceniamy i chcemy, by sobie uświadomiły jakimi są super babkami. Wraz z nimi chcę Ci pokazać jak ważne jest wzajemne wspieranie się oraz dzielenie się dobrymi emocjami w miejsce krytykowania czy ocenienia. Zachęcam Cię do dołączenia. Obojętne w jakiej formie to zrobisz: wyślij kartkę, zadzwoń, powiedz w cztery oczy, oznacz na facebooku, napisz posta. Cokolwiek. Ważne, by to zrobić. 
 
A jutro... Miłego świętowania!
 
 


Diane Chamberlain słynie z intryg, zawiłości, sekretów, tajemnic i niedomówień. Jej powieści to kawał dobrej obyczajówki, lecz to nie są spokojne powieści o przedmieściach, gdzie akcja toczy się w ślimaczym tempie, a ważne jest jedynie tło. Nie, nie. Książki Diane Chamberlain są pełne dynamiki, wspaniałych, realnych bohaterów, z którymi łatwo się nie tylko zaprzyjaźnić, ale również utożsamić oraz historii życiem pisanych. Trzecia część sagi z Kiss River "W CIENIU MATKI" to nie tylko kontynuacja wydarzeń z poprzednich tomów, ale również uzupełnienie, które pomoże w bardzo zgrabny sposób zamknąć całość z klasą.
 

"W CIENIU MATKI" to powieść, która wciąga od pierwszych stron. Oto duch Annie O'Neill nie zaginął. Nie dla jej córki Lacey, którą za wszelką cenę stara się nie iść w ślady matki. Ale czy faktycznie można zmienić swoje życie od tak? Czy wybory, których dokonujemy, faktycznie nie są nasze?

Przez dwanaście lat córka "Świętej Anny", kochanej przez całą społeczność lokalną społecznicy, robi wszystko niemal jotka w jotkę jak matka. Po części nieświadomie Lacey naśladuje swoją mamę do czasu, gdy dowiaduje się o jej mrocznym sekrecie. Od tej chwili dziewczyna pragnie się zmienić. Musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, stawić czoła swoim słabościom i dokonać trudnych wyborów, a życie wcale jej tego nie ułatwia. Oto na jej drodze stawia małą,  przerażoną i nieszczęśliwą jedenastolatkę, która przeżywa tragiczną śmierć swojej mamy. Lacey obejmuje opiekę prawną nad Mackenzie w imię starej przyjaźni z jej matką, która w testamencie jasno wskazała, kto ma zająć się dzieckiem na wypadek jej śmierci. Nie łatwo zostać rodzicem, a co dopiero z dnia na dzień i to od razu nastolatki, którą rządzą hormony, emocje i poczucie winy. Co więcej, na horyzoncie pokazuje się dwóch mężczyzn, walczących o jej względy, morderca matki ma wyjść na wolność za dobre sprawowanie, a przeszłość wdziera się w życie Lacey coraz bardziej natarczywie. Zmierzenie się z nią, z jej konsekwencjami będzie bardzo bolesne, ale i wyzwalające oraz zaskakujące.

Najnowsza powieść Diane Chamberlain to opis walki człowieka o samego siebie, o odnajdywanie swojej drogi, swojej tożsamości. To lektura, w której aż kipi emocjami. Znajdziesz tu całą masę trudnych wątków, które przeplatają się w bardzo zgrabny sposób: motyw zbrodni i kary, resocjalizacji,  ale również zmierzenie się z żałobą po utracie bliskiej osoby czy istota wybaczania. Po mistrzowsku wręcz autorka opisuje proces zmiany człowieka, jego walkę o lepsze ja. Nie sztuką jest podejmowanie złych decyzji, sztuką jest podjęcie wyboru.
 
Czasami osoby, które wydaje nam się, że tak dobrze znamy, skrywają mroczne sekrety. Sekrety, które zmieniają nasze życie i kształtują je w sposób, który nam nie odpowiada. Konfrontacja z prawdą zaś może doprowadzić człowieka do rozpaczy. Czy można wybaczyć wszystkie winy? Czy można dalej żyć z takim obciążeniem?
 
"W CIENIU MATKI" to bardzo przyjemna lektura. Lektura, którą czyta się niezwykle szybko, przerzucając kolejną stronę za stroną, chłonąc życie w murach latarni w Kiss River. Bohaterowie, tak realni, tak żywi, pełni człowieczeństwa stają się czytelnikowi bardzo bliscy. Akcja zaś zaskakuje za każdym razem, gdy tylko wydaje Ci się, że już wszystko zaczyna układać Ci się w głowie. Skomplikowane relacje rodzinne, miłość, ból, rozpacz i problemy, z którymi wciąż musi się mierzyć rodzina O'Neilów są tak emocjonujące, że zanim się obejrzysz, a przeczytasz ostatnią stronę.
 
Jeśli nie czytałaś poprzednich tomów, zachęcam do zajrzenia do  recenzji "Światła, które nie może zgasnąć" oraz "Latarni z Kiss River", a jeśli chciałabyś przeczytać powieść Diane zajrzyj na mój profil instagramowy, gdzie z okazji DNIA MATKI czeka na Ciebie KONKURS, w którym do wygrania mam jeden egzemplarz powieści. Zapewniam Cię, że warto.
 
A w ogóle znasz autorkę? Czytałaś jakieś jej książki? Lubisz literaturę obyczajową? Ja przyznam, że wcześniej nie sięgałam po taki gatunek, ale powieści tej autorki zachęcają mnie do zgłębiania jej bibliografii i odkrywania nowych autorów.
przepis na tort
Urodziny to dla mnie jeden z najmilszych dni w roku. Ale ten jeden jest wyjątkowy, bo tylko mój. Bliscy cieszą się z niego razem ze mną, celebrując moje święto. Tego dnia szczególnie czuję się kochana, doceniana i ważna, bo każdy o mnie pamięta. Wiem, że każdy choć chwilę o mnie pomyśli, a co najważniejsze, uśmiechnie się na myśl o mnie. Ale tak naprawdę kocham każdy pretekst, by móc cieszyć się życiem i jego magicznymi momentami. Może właśnie dlatego tak bardzo lubię piec torty. Nie są tak zachwycające, jak te kupne. Może nie tak imponujące, ani wystawne, ale robione z sercem, z myślą o jubilacie. A taki tort, w którym w składzie znajdziemy szczyptę miłości, smakuje wybornie.

Zebrałam dziś przepisy na 4 pyszne, domowe torty urodzinowe. Robię je naprzemiennie, choć moja rodzinka szczególnie upatrzyła sobie jeden. Bo jest smaczny, lekki i za każdym razem dodaję od Niego coś innego oraz inaczej go dekoruję. 

DLACZEGO WARTO SAMEMU PIEC TORTY?


1. SĄ ZDROWSZE - sam decydujesz o tym, jakie produkty i jakiej jakości do nich wkładasz. Nawet jeśli używasz, tak jak ja cukru czy cukru pudru, to nie ma tam już żadnej chemii, ulepszaczy, spulchniaczy, ani innych cudów. Jeśli masz alergika, masz szanse upiec coś bez składniki alergizującego.

2. SĄ SMACZNIEJSZE - bo sam komponujesz skład, a nikt od Ciebie nie wie lepiej, ile słodyczy jesteś w stanie zaakceptować.

3. SĄ PREZENTEM SAMYM W SOBIE - bo ofiarowujesz swoje serce poprzez zaangażowanie, poświęcenie własnego czasu, a przede wszystkim liczysz się z gustem jubilata.

Tak, tak, tort powinnaś dobrać pod jubilata. Ocenić jakie smaki lubi najbardziej, czy nie jest na coś uczulony (nie chodzi mi tylko o jaja, ale chociażby orzechy, kakao itp.), jakie ma gusta kulinarne. A potem tylko znaleźć idealny przepis. 
 

4 PRZEPISY NA PYSZNY, DOMOWY TORT URODZINOWY


1. TORT MALINOWO - CYTRYNOWY - to nic innego jak pyszny biszkopt przekładany kremem na bazie serka mascarpone. Tak naprawdę wcale nie musi być, ani cytrynowy, ani malinowy. Ja za każdym razem dodaję coś innego. Latem to są zdecydowanie świeże owoce. No i dekoracja tego tortu należy w 100% do Ciebie - mogą to być zwykłe posypki, mogą być jadalne kwiaty, mogą być np. różne rodzaje czekolad i czekoladek, wówczas stworzysz coś a la tort kinderkowy. Możesz, jak ja ostatnio kupić figurkę na wierzch.

tort na biszkopcie
2. TORT PAVLOVA - kocham smak bezy. Ten przepis kiedyś mnie przerażał, a okazuje się, że jest bardzo prosty. 
Długo się go robi, ale tak naprawdę długo to piecze go piekarnik :) a to co włożycie na wierzch, zależy od Was. W przepisie wersja zimowy z figami, ale teraz polecam świeże truskawki.

pavlova

3. LEKKI TORCIK MALINOWY - jest dla fanów delikatnych pianek, które nie są zbyt słodkie, a raczej przepysznie owocowe. Uwielbiam smak malin, a tak puszystej wersji to coś fantastycznego. Bez pieczenia. Na zimno. Nie polecam robić przy dużych upałach.
 
tort piankowy

4. TORT FERRERO ROCHER - to prawdziwa kaloryczna bomba. Jeśli kochasz nutellę ten tort, który w smaku jest czekoladowo - orzechowy w pełni zaspokoi twoje kupki smakowe. Efekt wow murowany. Dość drogi do przygotowania, nieco pracochłonny, ale... zdecydowanie wart zachodu.

toer ferrrero rocher
Przy którym popłynęła Ci ślinka? Który byś chętnie schrupała? Mam nadzieję, że te przepisy Ci się przydadzą i będą dla Ciebie doskonałą inspiracją na urodziny, rocznice czy inne Wasze, prywatne święta. 


SMACZNEGO!